Z czasem u mnie krucho, widać to zresztą po częstotliwości wpisów. Natłok obowiązków spowodował, że rzadziej gotuję. Jak już mi się zdarzy są to najczęściej dania szybkie, proste i zadomowione w mojej kuchni. Jedną z takich potraw jest makaron z sosem pomidorowym. Przygotowanie go trwa tyle co ugotowanie makaronu. Niektórzy powiedzą, że szybciej jest z pesto. Tak, ale... jeśli przygotowujesz pesto samodzielnie to kosztuje cię to więcej zachodu niż sos pomidorowy. Szczególnie jeśli przygotowuje się go z pomidorów z puszki albo passaty rustiki. Ostatnio częściej wybieram tą opcje, ze względu na mojego niejadka i jego problem z kawałkami pomidorów.
Do przygotowania tego super szybkie dania potrzeba:
makaron
kawałek cebuli
2 puszki krojonych pomidorów lub butelkę passaty rustici
oliwę z oliwek
suszone oregano
cukier
sól
czarny pieprz
tarty grana padano
Makaron gwesoło gotuje się w słonej wodzie, a w tym czasie na rozgrzaną patelnię wlewamy pomidory lub passatę. Dodajemy drobno pokrojoną cebulę (wystarczy grubszy plaster z małej cebulki), wlewamy dwie łyżki oliwy, dosypujemy pół łyżeczki cukru, suszone oregano, sól i pieprz. Całość mieszamy, żeby sos równomiernie się redukował. Wszystko trwa około 15 minut. Na głęboki talerz nakładamy makaron, plewmy sosem i szczodrze obsypujemy tartym serem. Obiad gotowy.
Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiad. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 października 2018
środa, 25 maja 2016
Szybka tarta z kozim serem, bakłażanem i innymi smakołykami
Przez chwilę mieliśmy całkiem gorąco. Często przy takiej pogodzie nie mam kompletnie ochoty na gotowanie. Staram się wybierać dania szybki i nieskomplikowane. Zawsze mogę przygotować młode ziemniaczki i mizerię, a do tego jajko sadzone, jednak nie da się tego zestawu jeść codziennie. W lecie często przygotowuję na obiad tart ze świeżymi warzywami i ziołami z balkonowych doniczek. Myślę, że wczoraj mimo woli zaczęłam sezon na szybkie tarty.
Do przygotowania pierwszej w tego "lata" tarty potrzebowałam:
1 opakowanie ciasta francuskiego
1 paprykę czerwoną
pół małego bakłażana
kilka pomidorków koktajlowych
3 ząbki czosnku
4 plastry sera koziego
1 jajko
4 łyżki jogurtu greckiego
garść świeżych liści bazylii
czarny pieprz
sól
Formę ceramiczną wyłożyłam ciastem, które powykuwałam widelcem. Następnie wysypałam pokrojoną paprykę, ułożyłam cienkie plastry bakłażana, listki bazylii, plasterki czosnku, połówki pomidorów i porwane plastry sera koziego. Jajko rozbełtałam z jogurtem greckim i wylałam na warzywa, obsypałam wszystko pieprzem i solą. Wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza i piekłam ok. 15-20 minut. Efekt końcowy widać na zdjęciu.
Do przygotowania pierwszej w tego "lata" tarty potrzebowałam:
1 opakowanie ciasta francuskiego
1 paprykę czerwoną
pół małego bakłażana
kilka pomidorków koktajlowych
3 ząbki czosnku
4 plastry sera koziego
1 jajko
4 łyżki jogurtu greckiego
garść świeżych liści bazylii
czarny pieprz
sól
Formę ceramiczną wyłożyłam ciastem, które powykuwałam widelcem. Następnie wysypałam pokrojoną paprykę, ułożyłam cienkie plastry bakłażana, listki bazylii, plasterki czosnku, połówki pomidorów i porwane plastry sera koziego. Jajko rozbełtałam z jogurtem greckim i wylałam na warzywa, obsypałam wszystko pieprzem i solą. Wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza i piekłam ok. 15-20 minut. Efekt końcowy widać na zdjęciu.
piątek, 15 kwietnia 2016
Obiad: zapiekanka z kaszy jęczmiennej z rybą
Obiecana druga odsłona kaszy jęczmiennej, tym razem wersja obiadowa. Przepis jest mój, nigdzie nie podejrzany, a specjalnie wymyślony dla męża, który po ciężkiej pracy w terenie chciał ciepły obiad i może jakąś rybę. Doszłam do wniosku, że zapiekanka z kaszy z jajkiem na wierzchu będzie dokładnie tym czego facet potrzebuje. Do jej przygotowanie potrzebowałam:
4 szklanki ugotowanej kaszy jęczmiennej (średniej)
200g pasty z suszonych pomidorów
3 ząbki czosnku
2 łyżki kaparów
3 filety z mintaja
3 jajka
masło
bułka tarta
szczypiorek
Wcześniej ugotowaną kaszę zmieszałam z pastą z pomidorów, ząbkami czosnku pokrojonymi w plasterki i kaparami. Pastę z pomidorów można spokojnie kupić, nie trzeba jej przygotowywać samemu. Ważne, żeby była tłusta. Filety z mintaja wrzuciłam do wrzątku na niecałą minutę (wybrałam tą rybę, bo ma najmniej intensywny zapach, a mnie teraz wszystko drażni i kojarzy się ze zgagą, taki efekt uboczny rosnącego brzuszka). Chciałam, żeby ryba nie była surowa, ale trzeba uważać, żeby jej nie przegotować, bo zacznie się rozpadać. Naczynie ceramiczne wysmarowałam masłem i oprószyłam bułką tartą.
Połowę kaszy wyłożyłam do foremki. Ułożyłam na niej rybę i przykryłam kolejną warstwą kaszy, w której zrobiłam trzy zagłębienia na jajka. Tak przygotowane danie wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza z termoobiegiem. Po 15 minutach wyjęłam, wbiłam jajka w przygotowane dołeczki i piekłam przez kolejne 5 minut. Zakończyłam pieczenie kiedy jajka były ładnie ścięte. Na koniec posypałam posiekanym drobnym szczypiorkiem. Późnym popołudniem pojawi się kolejny przepis z kaszą. Tym razem lekka kolacja.
4 szklanki ugotowanej kaszy jęczmiennej (średniej)
200g pasty z suszonych pomidorów
3 ząbki czosnku
2 łyżki kaparów
3 filety z mintaja
3 jajka
masło
bułka tarta
szczypiorek
Wcześniej ugotowaną kaszę zmieszałam z pastą z pomidorów, ząbkami czosnku pokrojonymi w plasterki i kaparami. Pastę z pomidorów można spokojnie kupić, nie trzeba jej przygotowywać samemu. Ważne, żeby była tłusta. Filety z mintaja wrzuciłam do wrzątku na niecałą minutę (wybrałam tą rybę, bo ma najmniej intensywny zapach, a mnie teraz wszystko drażni i kojarzy się ze zgagą, taki efekt uboczny rosnącego brzuszka). Chciałam, żeby ryba nie była surowa, ale trzeba uważać, żeby jej nie przegotować, bo zacznie się rozpadać. Naczynie ceramiczne wysmarowałam masłem i oprószyłam bułką tartą.
Połowę kaszy wyłożyłam do foremki. Ułożyłam na niej rybę i przykryłam kolejną warstwą kaszy, w której zrobiłam trzy zagłębienia na jajka. Tak przygotowane danie wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza z termoobiegiem. Po 15 minutach wyjęłam, wbiłam jajka w przygotowane dołeczki i piekłam przez kolejne 5 minut. Zakończyłam pieczenie kiedy jajka były ładnie ścięte. Na koniec posypałam posiekanym drobnym szczypiorkiem. Późnym popołudniem pojawi się kolejny przepis z kaszą. Tym razem lekka kolacja.
czwartek, 7 kwietnia 2016
Zapiekanka ziemniaczana z boczkiem i kaparami
Dawno nie robiłam żadnych zapiekanek. Coś mnie naszło na proste smaki, a ziemniaki są dla mnie najprostszym co może być. Są świetną bazą do eksperymentów kuchennych - tych nieskomplikowanych i tych karkołomnych. Kilkakrotnie zeskrobywał wiórki ziemniaczane albo pure z blachy bo "coś poszło nie tak". Tym razem wszystko się udało i zapiekanka wyszła całkiem smaczna. Do jej przygotowania potrzebowałam:
kilka ziemniaków
ok. 6 plastrów boczku
łyżkę kaparów
1 jajko
3 łyżki śmietany 12%
starty ser żółty
sól
czarny pieprz
Ziemniaki gotowałam przez 15 minut, pokroiłam je w plastry i ułożyłam w foremce nasmarowanej masłem i obsypanej bułką tarą. Górę posypałam pokrojonym boczkiem i kaparami, a na koniec oblałam zalewają z jajka i śmietany przyprawioną pieprzem i solą. Oczywiście przed wstawieniem do piekarnika ustawionego na 180 stopni Celsiusza obsypałam startym serem żółtym. Efekt końcowy widać na zdjęciu.
kilka ziemniaków
ok. 6 plastrów boczku
łyżkę kaparów
1 jajko
3 łyżki śmietany 12%
starty ser żółty
sól
czarny pieprz
Ziemniaki gotowałam przez 15 minut, pokroiłam je w plastry i ułożyłam w foremce nasmarowanej masłem i obsypanej bułką tarą. Górę posypałam pokrojonym boczkiem i kaparami, a na koniec oblałam zalewają z jajka i śmietany przyprawioną pieprzem i solą. Oczywiście przed wstawieniem do piekarnika ustawionego na 180 stopni Celsiusza obsypałam startym serem żółtym. Efekt końcowy widać na zdjęciu.
czwartek, 29 października 2015
Pieczone klopsiki
Zacznę inaczej niż zwykle, bo od zdjęcia. Bardzo chciałam zrobić zdjęcie adekwatne do smaku dania, które na nim jest. Tylko problemem zawsze było światło. Uważam, że najtrudniejszym obiektem do sfotografowania jest mięso. Poświęcam taki zdjęciom wiele czasu i uwagi. Jednak w tym przypadku coś zawiodło, a raczej wszystko skomplikował brak czasu. Od zdjęcia poniżej, na który jest również kolorowa, pieczona marchew minęło chyba półtora miesiąca. Klopsy robię średnio co pięć, sześć dni, a jednak nie udało mi się ich uchwycić w lepszym świetle. Trudno, klopsy mi jakoś wybaczą. Zapewniam, że smakują o niebo lepiej niż wyglądają.
Mój niejadek jada coraz więcej. I próbuje coraz więcej. Niedługo przestane pisać o nim niejadek, a żarłok. Swego czasu jedynym mięsem jakie spożywał były klopsy z Ikei. Nie mam nic przeciwko gotowym danią od czasu do czasu, ale co za dużo to nie zdrowo. Ja lubię gotować i poświęcenie godziny snu na rzecz zdrowego posiłku dla dziecka nie jest tragedią, a wręcz przyjemnością. Okazało się, że uprzedniego faworyta zdeklasowałam zupełnie. Moje klopsy są "najlepsze na świecie", oczywiście zdaję sobie sprawę, że mówiąc to niejadek podlizuje się. Jednak to nieważne, jest mi i tak miło bo talerz zostawia pusty.
Do przygotowania klopsów potzrebuję:
1/2 kg mięsa mielonego (wybieram wieprzowo-wołowe, dobrej jakości)
1 ciemna bułka z ziarnami
3 łyżki siemienia lnianego
1 mała cebulka
1 jajko
1 łyżka świeżego cząbru
sól
czarny pieprz
oliwa z oliwek
Najpierw moczę bułkę w wodzie, a gdy zmięknie odciskam ją dokładnie. Dzięki niej klopsy są wilgotne w środku. Dodaje mięso, drobno posiekaną cebulkę, pocięte listki cząbru, siemię lniane, jajko, trochę soli i pieprzu, a potem dokładnie wyrabiam ręką. W międzyczasie ustawiam piekarnik na 200 stopni z termoobiegiem i smaruję gliniane naczynie (a w zasadzie to dwa) do zapiekanek oliwą z oliwek. Tłustymi rączkami łatwiej się ugniata zawartość miski. Kiedy wszystkie składniki są dokładnie połączone, robię kulki o średnicy ok. 4cm i układam w formach. Piekę, aż mięso z wierzchu będzie ciemno brązowe, jak na zdjęciu poniżej.
Mój niejadek jada coraz więcej. I próbuje coraz więcej. Niedługo przestane pisać o nim niejadek, a żarłok. Swego czasu jedynym mięsem jakie spożywał były klopsy z Ikei. Nie mam nic przeciwko gotowym danią od czasu do czasu, ale co za dużo to nie zdrowo. Ja lubię gotować i poświęcenie godziny snu na rzecz zdrowego posiłku dla dziecka nie jest tragedią, a wręcz przyjemnością. Okazało się, że uprzedniego faworyta zdeklasowałam zupełnie. Moje klopsy są "najlepsze na świecie", oczywiście zdaję sobie sprawę, że mówiąc to niejadek podlizuje się. Jednak to nieważne, jest mi i tak miło bo talerz zostawia pusty.
Do przygotowania klopsów potzrebuję:
1/2 kg mięsa mielonego (wybieram wieprzowo-wołowe, dobrej jakości)
1 ciemna bułka z ziarnami
3 łyżki siemienia lnianego
1 mała cebulka
1 jajko
1 łyżka świeżego cząbru
sól
czarny pieprz
oliwa z oliwek
Najpierw moczę bułkę w wodzie, a gdy zmięknie odciskam ją dokładnie. Dzięki niej klopsy są wilgotne w środku. Dodaje mięso, drobno posiekaną cebulkę, pocięte listki cząbru, siemię lniane, jajko, trochę soli i pieprzu, a potem dokładnie wyrabiam ręką. W międzyczasie ustawiam piekarnik na 200 stopni z termoobiegiem i smaruję gliniane naczynie (a w zasadzie to dwa) do zapiekanek oliwą z oliwek. Tłustymi rączkami łatwiej się ugniata zawartość miski. Kiedy wszystkie składniki są dokładnie połączone, robię kulki o średnicy ok. 4cm i układam w formach. Piekę, aż mięso z wierzchu będzie ciemno brązowe, jak na zdjęciu poniżej.
niedziela, 27 września 2015
Makaron w ziołach (nie znam, nie wiem, nie umiem)
Nie znam się na włoskiej kuchni. Nie wiem czy coś prawdziwie włoskiego kiedykolwiek jadłam. Nie umiem określić co jest właściwe albo nie. Mój mąż za to wielokrotnie podróżował do tego kraju i był w różnych jego częściach. Jego podejście do makaronu jest zupełnie inne niż to jakie ja miałam dotychczas. Myślałam stereotypowo (po naszemu, po polsku): makaron spaghetti z sosem pomidorowym i twardym startym serem, a szczytem było zrobienie wersji z mięsem. O ja biedna! Żyłam w okropnej nieświadomości! Z czasem zaczęłam podchodzić do tematu z coraz większym zainteresowaniem. Oczywiście, odkąd zaczęliśmy jadać razem, ja makaronów już nie przygotowywałam.
Lipiec był w tym roku upalny, mąż wyjechał na kontrakt, a mi się gotować nie chciało. W upały najczęściej nic się nie chce. Głodna byłam jak pierun. Pomyślałam, że to dobra okazja, żeby pod jego nieobecność spróbować... Jak coś nie wyjdzie przynajmniej tylko ja będę o tym wiedzieć i nie będzie wstydu na całą galaktykę. Na balkonie mam ziołowy ogródek. Pozbierałam trochę listków i zabrałam się za przygotowania. Do zmajstrowania mojej pierwszej w życiu autorskiej pasty potrzebowałam:
1 garść ziół: bazylia, oregano. szałwia i mięta
oliwę z oliwek
ząbek czosnku
sól
sok z cytryny
grana padano
pomidorki koktajlowe
250 g makaron
Szałwii i mięty było po trzy listki, większość stanowiły bazylia i oregano. Zioła posiekałam drobno, dodałam wyciśnięty ząbek czosnku, szczyptę soli i zalałam oliwą, tak żeby posiekane listki były przykryte. Makaron odcedziłam, wlałam do niego zioła i wrzuciłam pomidorki pokrojone na połówki. Porcję makaronu z ziołami przełożyłam na talerz, skropiłam kilkoma kroplami soku z cytryny i posypałam startym serem.
Pasta była lekka, szybka w przygotowani i bardzo smaczna. Niejadek również w niej zagustował, tyle że bez sera i pomidorów. Zaserwowałam mężowi i teraz dosyć regularnie przygotowuję to danie. Podoba mi się moja zmiana podejścia do makaronu. Nie wiem na ile to włoskie, za to na pewno smaczne.
Lipiec był w tym roku upalny, mąż wyjechał na kontrakt, a mi się gotować nie chciało. W upały najczęściej nic się nie chce. Głodna byłam jak pierun. Pomyślałam, że to dobra okazja, żeby pod jego nieobecność spróbować... Jak coś nie wyjdzie przynajmniej tylko ja będę o tym wiedzieć i nie będzie wstydu na całą galaktykę. Na balkonie mam ziołowy ogródek. Pozbierałam trochę listków i zabrałam się za przygotowania. Do zmajstrowania mojej pierwszej w życiu autorskiej pasty potrzebowałam:
1 garść ziół: bazylia, oregano. szałwia i mięta
oliwę z oliwek
ząbek czosnku
sól
sok z cytryny
grana padano
pomidorki koktajlowe
250 g makaron
Szałwii i mięty było po trzy listki, większość stanowiły bazylia i oregano. Zioła posiekałam drobno, dodałam wyciśnięty ząbek czosnku, szczyptę soli i zalałam oliwą, tak żeby posiekane listki były przykryte. Makaron odcedziłam, wlałam do niego zioła i wrzuciłam pomidorki pokrojone na połówki. Porcję makaronu z ziołami przełożyłam na talerz, skropiłam kilkoma kroplami soku z cytryny i posypałam startym serem.
Pasta była lekka, szybka w przygotowani i bardzo smaczna. Niejadek również w niej zagustował, tyle że bez sera i pomidorów. Zaserwowałam mężowi i teraz dosyć regularnie przygotowuję to danie. Podoba mi się moja zmiana podejścia do makaronu. Nie wiem na ile to włoskie, za to na pewno smaczne.
środa, 27 maja 2015
Kasza gryczana z botwinką
Jak mąż wyjeżdża na kontrakt, to jadłospis zmienia się całkowicie. Teoria, że kobieta tyje jak mieszka z facetem jest stuprocentową prawdą. Doświadczalnie sprawdziłam na sobie. Udało mi się zrzucić 2 kg i waga sama spada, chociaż się nie głodzę, a nawet podjadam słodycze. Specjalizuję się teraz w daniach, które wygodnie jest zabrać do pracy i są najczęściej jednogarnkowe. Do takich kombinacji świetnie nadaje się kasza. Nie ważne jaka, ważne, że kasza.
Ostatnio przygotowałam sobie danie sezonowe na bazie kaszy gryczanej. Z reguły używałam jej jako dodatku do dań z mięsem, a tym razem było wegetariańsko.
Do przygotowania potrzebowałam:
100 g kaszy gryczanej
pęczek botwinki
200 g pieczarek
1 cebulę szalotkę
2 ząbki czosnku
2 łyżki śmietany 12%
sól
masło
olej
ocet
Botwinkę drobno posiekałam (bez bulw) i obgotowałam jak na chłodnik, w litrze wody z dodatkiem octu. Na gorącym maśle z olejem podsmażyłam drobno posiekaną cebulę i czosnek. Jak się zarumieniły wrzuciłam na patelnie pokrojone w kostkę grzyby. Kiedy te z kolei puściły wodę dodałam miękką botwinkę i podlałam wszystko szklanką wody. Kidy uznałam że smaki wystarczająco się zmieszały, wsypałam kaszę gryczaną i dodałam dwie łyżki śmietany. Tym sposobem miałam obiad na dwa dni.
Ostatnio przygotowałam sobie danie sezonowe na bazie kaszy gryczanej. Z reguły używałam jej jako dodatku do dań z mięsem, a tym razem było wegetariańsko.
Do przygotowania potrzebowałam:
100 g kaszy gryczanej
pęczek botwinki
200 g pieczarek
1 cebulę szalotkę
2 ząbki czosnku
2 łyżki śmietany 12%
sól
masło
olej
ocet
Botwinkę drobno posiekałam (bez bulw) i obgotowałam jak na chłodnik, w litrze wody z dodatkiem octu. Na gorącym maśle z olejem podsmażyłam drobno posiekaną cebulę i czosnek. Jak się zarumieniły wrzuciłam na patelnie pokrojone w kostkę grzyby. Kiedy te z kolei puściły wodę dodałam miękką botwinkę i podlałam wszystko szklanką wody. Kidy uznałam że smaki wystarczająco się zmieszały, wsypałam kaszę gryczaną i dodałam dwie łyżki śmietany. Tym sposobem miałam obiad na dwa dni.
sobota, 16 maja 2015
Kasza jaglana z cukinią i pieczarkami
Z całym uporem wykopałam pokłady silnej woli zakopane gdzieś głęboko i zaczęłam się racjonalnie odżywiać. Z domu do pracy nie mam za blisko i godziny spędzone w mieście sprzyjają jedzeniu w okolicznych kantynach i knajpkach. Obiecałam sobie, że kończę z tym i dzielnie robię sobie sama kanapki i przygotowuję obiady tak, żebym mogła je podgrzać w pracy. Staram się przygotowywać stałe posiłki. Każda nawet najgęstsza zupa stwarza ryzyko wylania. A zawartość torebki utytłana w lepkiej mazi nie jest czymś co poprawia nastrój w poniedziałkowy poranek.
Najczęściej nie muszę nawet specjalnie robić zakupów, żeby zmontować obiad. Ostatnio po przebobrowaniu lodówki i szafek, udało mi się przygotować całkiem nieźle wyglądające, aromatyczne i na prawdę smaczne danie z kaszą jaglaną w roli głównej.
Do przygotowania obiadu użyłam:
100g kaszy jaglanej
200g pieczarek
1 małą cukinię
sól
czarny pieprz
sok z limonki
czosnek niedźwiedzi
masło
olej orzechowy
Pieczarki posypane solą podsmażyłam na maśle z dodatkiem oleju z orzechów włoskich. Lubię kiedy grzyby mają taką aromatyczną nutę. Kidy były prawie gotowe dorzuciłam cukinię pokrojoną w plastry i skropiłam sokiem z limonki. Chciałam, żeby zmiękła ale zachowała świeży kolor. Trzymałam przez chwilę na patelni. Kiedy było już gotowe przyprawiłam czosnkiem niedźwiedzim i czarnym pieprzem. Kasza jaglana w międzyczasie się ugotowała, więc wszystko wymieszałam. Obiad na dwa dni jak nic.
Najczęściej nie muszę nawet specjalnie robić zakupów, żeby zmontować obiad. Ostatnio po przebobrowaniu lodówki i szafek, udało mi się przygotować całkiem nieźle wyglądające, aromatyczne i na prawdę smaczne danie z kaszą jaglaną w roli głównej.
Do przygotowania obiadu użyłam:
100g kaszy jaglanej
200g pieczarek
1 małą cukinię
sól
czarny pieprz
sok z limonki
czosnek niedźwiedzi
masło
olej orzechowy
Pieczarki posypane solą podsmażyłam na maśle z dodatkiem oleju z orzechów włoskich. Lubię kiedy grzyby mają taką aromatyczną nutę. Kidy były prawie gotowe dorzuciłam cukinię pokrojoną w plastry i skropiłam sokiem z limonki. Chciałam, żeby zmiękła ale zachowała świeży kolor. Trzymałam przez chwilę na patelni. Kiedy było już gotowe przyprawiłam czosnkiem niedźwiedzim i czarnym pieprzem. Kasza jaglana w międzyczasie się ugotowała, więc wszystko wymieszałam. Obiad na dwa dni jak nic.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Kolorowe penne z fistaszkowym pesto
Brak czasu i kuchnia prowadzona pod kaprysy niejadka powoduje, że swoim obiadom nie poświęcam dużo czasu, a wręcz zjadam je bez planu. Te przypadkowe dania można w zasadzie podzielić na trzy grupy. Pierwsza: to co nie smakowało albo to czego w ogóle nie chciało tknąć dziecko i zostało bo perzcież nie wyrzucę. Druga grupa to posiłki gotowane z zamiarem podania ich dziecku, ale z możliwością alternatywnej wersji. Trzecia grupa to posiłki zrobione z tego co jadło dziecko, ale termin się kończy i trzeba to zużyć. Ten smakowicie wyglądający obiad jest połączeniem grupy drugiej i trzeciej.
Mój kochany niejadek lubi pesto, ale pod warunkiem, że jest ono domowe i zawiera trzy składniki plus sól. Pesto dla niejadka przygotowuję z:
liści świeżej bazylii
orzechów arachidowych
oleju z orzechów arachidowych
ewentualna szczypta soli
Wszystko musi być gładkie, orzechy mogą się delikatnie odznaczać i wtedy jest smacznie. Pesto którego użyłam było z gatunku trzecia grupy. Trzeba zjeść bo pokryje się pleśnią. Piękny kolorowy makaron był pomysłem mojego syna który czasem lubi jak na talerzu coś się dzieje i jest barwnie.
Do przygotowania takiego jak na zdjęciu potrzeba:
arachidowe pesto
kolorowy makaron
suszone pomidory
parmezan
Makaron ugotowałam al dente, (Połowę paczki zjadła niejadek Oczywiście na sucho, nie miał melodii na pesto. Po pochłonięciu góry kolorowych rurek zjadł łyżeczkę zielonej pasty, żeby przypadkiem w trakcie jedzenia nic się nie zmieszało.) odcedziłam i do gorącego dodałam pesto oraz pokrojone na kawałki suszone pomidory. Przełożyłam do talerza, posypałam z tartym serem i obiad był gotowy. Wyglądał jak zaplanowany dla mnie, a w zasadzie ja zjadłam przy okazji. Tak to niestety już jest, w końcu jestem mamą.
Mój kochany niejadek lubi pesto, ale pod warunkiem, że jest ono domowe i zawiera trzy składniki plus sól. Pesto dla niejadka przygotowuję z:
liści świeżej bazylii
orzechów arachidowych
oleju z orzechów arachidowych
ewentualna szczypta soli
Wszystko musi być gładkie, orzechy mogą się delikatnie odznaczać i wtedy jest smacznie. Pesto którego użyłam było z gatunku trzecia grupy. Trzeba zjeść bo pokryje się pleśnią. Piękny kolorowy makaron był pomysłem mojego syna który czasem lubi jak na talerzu coś się dzieje i jest barwnie.
Do przygotowania takiego jak na zdjęciu potrzeba:
arachidowe pesto
kolorowy makaron
suszone pomidory
parmezan
Makaron ugotowałam al dente, (Połowę paczki zjadła niejadek Oczywiście na sucho, nie miał melodii na pesto. Po pochłonięciu góry kolorowych rurek zjadł łyżeczkę zielonej pasty, żeby przypadkiem w trakcie jedzenia nic się nie zmieszało.) odcedziłam i do gorącego dodałam pesto oraz pokrojone na kawałki suszone pomidory. Przełożyłam do talerza, posypałam z tartym serem i obiad był gotowy. Wyglądał jak zaplanowany dla mnie, a w zasadzie ja zjadłam przy okazji. Tak to niestety już jest, w końcu jestem mamą.
niedziela, 25 stycznia 2015
Rozgrzewająca zimowa kasza
Już było tak pięknie, a tu znowu spadł śnieg. I przypomniały mi się święta. Po choince już nawet nie został aromat, ale w powietrzu coś przypomniało o grudniu. W ferworze przedświątecznych przygotowań zabrakło mi czasu na umieszczenie kilku wpisów. Między innymi został mi post o zimowej kaszy. Któregoś zimnego popołudnia wróciłam z pracy przemarznięta, herbatka z miodem nie pomogła i bałam się, że dopadnie mnie jakieś choróbsko. Doszłam do wniosku, że rozgrzeje się obiadem. Podstawowym składnikiem była kasza gryczana, którą bardzo lubię, a mam wrażenie, że często o niej zapominam. Do przygotowania rozgrzewającego zimowego posiłku potrzeba:
200 g kaszy gryczanej
kawałek świeżego imbiru
2 ząbki czosnku
kilka pieczarek
2 papryczki chilli
2 łyżki miodu
kieliszek rieslingu
masło
sól
pieprz cayenne
Kaszę bez woreczków gotowałam tak, żeby wchłonęła wodę. Dodałam do niej wtedy czosnek i pieczarki podsmażone na maśle, drobno posiekany imbir i chilli. Wymieszałam z miodem i na koniec wlałam riesling. Zostawiłam jeszcze na jakieś pięć minut na kuchence, żeby smaki się połączyły. Przed przełożeniem do miseczek przyprawiłam szczyptą soli i pieprzem.
200 g kaszy gryczanej
kawałek świeżego imbiru
2 ząbki czosnku
kilka pieczarek
2 papryczki chilli
2 łyżki miodu
kieliszek rieslingu
masło
sól
pieprz cayenne
Kaszę bez woreczków gotowałam tak, żeby wchłonęła wodę. Dodałam do niej wtedy czosnek i pieczarki podsmażone na maśle, drobno posiekany imbir i chilli. Wymieszałam z miodem i na koniec wlałam riesling. Zostawiłam jeszcze na jakieś pięć minut na kuchence, żeby smaki się połączyły. Przed przełożeniem do miseczek przyprawiłam szczyptą soli i pieprzem.
środa, 27 sierpnia 2014
Gulasz wołowy
Przez wyjazdy i rozjazdy, nie bardzo miałam okazję ostatnio pogotować. I bardzo nieszczęśliwa jestem z tego powodu.Na szczęście wszystko wraca powoli do normy i zaczynam kręcić się po kuchni. Chodził za mną od jakiegoś czasu gulasz wołowy. Przez dobry tydzień szłam do sklepu po mięso i coś cały czas się nie chciało kupić. W końcu jednak kupiłam całkiem przyzwoitą porcję mięsa na gulasz i się zaczęło. Chciałam, żeby był ostry, ale nie za bardzo. Do jego przygotowania potrzebowałam:
400g mięsa wołowego
1 czerwoną cebulę
3 ząbki czosnku
1 średnią zieloną paprykę
2 łyżki mąki żytnie
1 łyżkę białej gorczycy
czarny pieprz
sól
1 wysuszoną papryczkę chilli
łyżka oleju słonecznikowego
Mięso pokroiłam w kostkę i podsmażyłam na oleju. Kiedy jego kolor zrobił się intensywnie brązowy dodałam cebulę pokrojoną również w kostkę. Gdy ta się ze szkliła zalałam zawartość garnka wodą, tak żeby dokładnie wszystko przykryło. Wrzuciłam gorczycę i chilli. Z zieloną papryką wolałam poczekać, żeby się nie rozgotowała.
400g mięsa wołowego
1 czerwoną cebulę
3 ząbki czosnku
1 średnią zieloną paprykę
2 łyżki mąki żytnie
1 łyżkę białej gorczycy
czarny pieprz
sól
1 wysuszoną papryczkę chilli
łyżka oleju słonecznikowego
Mięso pokroiłam w kostkę i podsmażyłam na oleju. Kiedy jego kolor zrobił się intensywnie brązowy dodałam cebulę pokrojoną również w kostkę. Gdy ta się ze szkliła zalałam zawartość garnka wodą, tak żeby dokładnie wszystko przykryło. Wrzuciłam gorczycę i chilli. Z zieloną papryką wolałam poczekać, żeby się nie rozgotowała.
Gdy mięso zrobiło się miękkie, zagęściłam gulasz mąką żytnią, dodałam sól i czarny pieprz. Początkowo chciałam do gulaszu podać kaszę gryczaną, jednak odkryłam w szafce makaron razowy i zmieniłam zdanie. Druga porcja była z dietetycznymi plackami ziemniaczanymi, ale o tym innym razem.
czwartek, 7 sierpnia 2014
Tradycyjny, letni, polski obiad
Jak myślimy o typowym letnim obiedzie to co przychodzi nam na myśl? Oczywiście świeże warzywa. W lecie najbardziej cieszą mnie młode ziemniaki ze śmietaną czy maślanką albo ziemniaki, a do nich mizeria z pachnących ogórków. W ciepłe miesiące objadam się bobem i arbuzami (tylko wtedy mają przyzwoite ceny i smakują tak jak powinny). Myśląc o typowym, letnim obiedzie przychodzi mi na myśl przede wszystkim jedno połączenie. Młode ziemniaki, fasolka szparagowa i jajko sadzone. Jeszcze na początku studiów nie mogłam zdzierżyć fasoli, nie znosiłam jej! Na szczęście człowiek mądrzej. Teraz nie wyobrażam sobie przeżyć lata bez niej. Jest jej wiele gatunków. Ostatnio dostałam fioletową, która podczas gotowania robi się zielona i nakrapianą, której we wrzątku znikają plamki. Obie były pyszne i bez łyka. Przygotowuję fasolkę szparagową nieco inaczej niż większość. Nie podaję jej z bułką tartą, podsmażoną na maśle. Po prostu gotuję ją w osolonej wodzie i masłem. Ma wtedy lekko słodkawy smak.
Oczywiście do fasolki muszą być młode ziemniak. Obskrobane, a nie obrane, bezwzględnie posypane świeżym, posiekanym koperkiem. Zawsze można je jeszcze dodatkowo polać śmietaną albo jogurtem naturalny. To jednak kwestia smaku i przyzwyczajeń jakie zabieramy ze sobą z domu.
Oczywiście do fasolki muszą być młode ziemniak. Obskrobane, a nie obrane, bezwzględnie posypane świeżym, posiekanym koperkiem. Zawsze można je jeszcze dodatkowo polać śmietaną albo jogurtem naturalny. To jednak kwestia smaku i przyzwyczajeń jakie zabieramy ze sobą z domu.
Na koniec oczywiście jajko sadzone. Żeby było udane musi mieć płynne żółtko. A jeśli ma mieć idealne białko bez śladów przypieczenia trzeba usmażyć je na oleju. Tylko kto będzie przekładał wygląd nad smak? Lekki, letni obiad gotowy.
piątek, 1 sierpnia 2014
Arachidowe pesto dla niejadka
Wielokrotnie pisałam, że mam w domu niejadka. Próby podsunięcia czegoś nowego pod pyszczek spotykają się z reguły ze stanowczym i ostentacyjnym: NIE! Jednak jest na niego pewna metoda. Jak uda się wcisnąć mu jednego kęsa i jeśli mu posmakuje... To czasem nawet prosi o dokładkę. Poza tym ostatnio oglądał ze mną programy kulinarne w telewizji. Wszystkiego tam próbowali i w dodatku dzieci gotowały. Postanowiłam wykorzystać chwilę zapału i dałam mu do spróbowania listek bazylii. Posmakowało! Opowiedziałam o pesto, nie takim prawdziwym, tylko takim na potrzeby niejadka. Pomysł przypadła do gustu i został zaakceptowany.
Miałam trochę ciasta makaronowego w lodówce. Rozwałkowany placek mógł sam przepuścić przez maszynkę i zrobić nitki. Pesto sam miksował i sam wrzucał wszystkie składniki do maszyny rozdrabniającej. Nie ucieraliśmy, zbyt duży nakład pracy, zbyt szybko by się znudził. Do przygotowania arachidowego pesto potrzeba:
1/2 krzaczka bazylii
100g orzeszków ziemnych nie solonych
4 łyżki oleju arachidowego
sól
Jak wspomniałam wyżej, wszystko zostało zmiksowane na papkę. Soli użyłam bardzo mało. Gotowe pesto zmieszałam z gorącym, odcedzonym makaronem i obiad był gotowy. Potrawa się przyjęła. Poniżej nasz pierwszy po urlopowy obiad, wersja dla mamy, dziecko jada bez parmezanu oczywiście.
Miałam trochę ciasta makaronowego w lodówce. Rozwałkowany placek mógł sam przepuścić przez maszynkę i zrobić nitki. Pesto sam miksował i sam wrzucał wszystkie składniki do maszyny rozdrabniającej. Nie ucieraliśmy, zbyt duży nakład pracy, zbyt szybko by się znudził. Do przygotowania arachidowego pesto potrzeba:
1/2 krzaczka bazylii
100g orzeszków ziemnych nie solonych
4 łyżki oleju arachidowego
sól
Jak wspomniałam wyżej, wszystko zostało zmiksowane na papkę. Soli użyłam bardzo mało. Gotowe pesto zmieszałam z gorącym, odcedzonym makaronem i obiad był gotowy. Potrawa się przyjęła. Poniżej nasz pierwszy po urlopowy obiad, wersja dla mamy, dziecko jada bez parmezanu oczywiście.
piątek, 20 czerwca 2014
Tarta ze szparagami
Dwa tygodnie temu odkurzałam pod szafkami w kuchni. Byłam tak zawzięta w tym czyszczeniu, że rurą strąciłam blachy i dwa ceramiczne naczynia do zapiekania. Blachą nic się nie stało, ale wszystko co było do potłuczenia rozsypało się w drobny mak. Najbardziej żal mi było dużej owalnej formy. No cóż, zamiast płakać poszłam do sklepu. Kupiłam okrągłą formę do tarty z falowanym brzegiem. Musiałam oczywiście od razu ja przetestować.
Sezon na szparagi w pełni, więc będzie tarta ze szparagami!!! Postanowiłam i niezwłocznie pobiegłam do warzywniaka. Ostatnio nie wychodzą mi ciasta pod tarty, dlatego kupiłam gotowe francuskie. Czasem można trafić paczkowane okrągła do specjalnie dedykowane do tarty, które jest naprawdę smaczne, ale niestety nie tym razem.
Do przygotowania tarty ze szparagami potrzebowałam:
1 ciasto francuskie
1 garść żółtych pomidorków koktajlowych
10 dag niebieskiego sera pleśniowego
10 dag szynki w kawałku
1 pęczek cienkich zielonych szparagów
3 jajka
mleko
sól
czarny pieprz
Ciasto dopasowałam do formy. Ponakłuwałam jego spód widelcem.Gęsto ułożyłam zblanszowane szparagi, którym wcześniej obcięłam stwardniała końcówki. Ser i szynkę pokroiłam w kostkę, a pomidorki na połówki. Wysypałam wszystko na wierzch. Zrobiłam zalewajkę z rozbełtanych jajek i odrobiny mleka z dodatkiem soli i czarnego pieprzu. Całość wstawiłam do piekarnika na ok. 30 minut przy temperaturze 190 C.
Sezon na szparagi w pełni, więc będzie tarta ze szparagami!!! Postanowiłam i niezwłocznie pobiegłam do warzywniaka. Ostatnio nie wychodzą mi ciasta pod tarty, dlatego kupiłam gotowe francuskie. Czasem można trafić paczkowane okrągła do specjalnie dedykowane do tarty, które jest naprawdę smaczne, ale niestety nie tym razem.
Do przygotowania tarty ze szparagami potrzebowałam:
1 ciasto francuskie
1 garść żółtych pomidorków koktajlowych
10 dag niebieskiego sera pleśniowego
10 dag szynki w kawałku
1 pęczek cienkich zielonych szparagów
3 jajka
mleko
sól
czarny pieprz
Ciasto dopasowałam do formy. Ponakłuwałam jego spód widelcem.Gęsto ułożyłam zblanszowane szparagi, którym wcześniej obcięłam stwardniała końcówki. Ser i szynkę pokroiłam w kostkę, a pomidorki na połówki. Wysypałam wszystko na wierzch. Zrobiłam zalewajkę z rozbełtanych jajek i odrobiny mleka z dodatkiem soli i czarnego pieprzu. Całość wstawiłam do piekarnika na ok. 30 minut przy temperaturze 190 C.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Mini bomby - faszerowane malutkie cukinki
Buszując w dziale z warzywami, w jednej ze skrzynek zobaczyłam coś, co mogłam określić jednym słowem: słodkie. Tak urzekająco wyglądającego warzywa jeszcze nigdy nie widziałam. Były to małe okrągłe cukinie. Bez zastanowienia wrzuciłam do koszyka pięć i zaczęłam kombinować co z nimi zrobić.Uznałam, że nafaszeruję je mięsem, tak jak z reguły robię z papryką i zapiekę.
Do przygotowania moich małych bomb potrzebowałam:
5 małych okrągłych cukinii
500g mielonej wołowiny
1 średnią cebulę
4 plastry boczku parzonego
2 puszki pomidorów krojonych
garść marynowanych papryczek jalapeño (pokrojonych w plastry)
sól
czarny pieprz
Cukinie umyłam i częściowo obrałam ze skórki. Odcięłam "czapeczki" i wydrążyłam. Boczek pokroiłam na kwadraciki i wrzuciłam na rozgrzaną patelnie bez dodawania tłuszczu. Kiedy się zarumienił dodałam drobno posiekaną cebulę. Wołowinę przełożyłam do miski, posoliłam, popieprzyłam i wymieszałam z podsmażoną cebulą i boczkiem. Wydrążone cukinie wypchałam mięsem. Początkowo chciałam zrobić farsz z ryżem, ale koniec końców zrezygnowałam z zapychacza. Miałam nadzieję, że znajdę odpowiedniej wielkości naczynie żaroodporne. Niestety nic w odpowiednim rozmiarze nie miałam i musiałam użyć dwóch małych. Ułożyłam faszerowane cukinie i do każdego naczynia wlałam po puszce krojonych pomidorów. Oprószyłam wszystko solą i już miałam wstawiać do piekarnika..., ale wpadł mi do głowy pewien pomysł. Miałam słoik marynowanych papryczek jalapeño i postanowiłam powciskać ich plasterki pomiędzy pomidory. Wsunęłam naczynia z faszerowana cukinią do piekarnika rozgrzanego do 180°C. Po ok. 20 minutach przykryłam je pokrywkami. Po niecałej godzinie obiad był gotowy. Nagle w kuchni pojawiła się mój niejadek popatrzył z zaciekawieniem na cukinie i spytał "Mamo skąd masz te indiańskie miseczki". Mi kojażyły się raczej z bombami czy granatami, ale chyba byłam w błędzie.
Do przygotowania moich małych bomb potrzebowałam:
5 małych okrągłych cukinii
500g mielonej wołowiny
1 średnią cebulę
4 plastry boczku parzonego
2 puszki pomidorów krojonych
garść marynowanych papryczek jalapeño (pokrojonych w plastry)
sól
czarny pieprz
Cukinie umyłam i częściowo obrałam ze skórki. Odcięłam "czapeczki" i wydrążyłam. Boczek pokroiłam na kwadraciki i wrzuciłam na rozgrzaną patelnie bez dodawania tłuszczu. Kiedy się zarumienił dodałam drobno posiekaną cebulę. Wołowinę przełożyłam do miski, posoliłam, popieprzyłam i wymieszałam z podsmażoną cebulą i boczkiem. Wydrążone cukinie wypchałam mięsem. Początkowo chciałam zrobić farsz z ryżem, ale koniec końców zrezygnowałam z zapychacza. Miałam nadzieję, że znajdę odpowiedniej wielkości naczynie żaroodporne. Niestety nic w odpowiednim rozmiarze nie miałam i musiałam użyć dwóch małych. Ułożyłam faszerowane cukinie i do każdego naczynia wlałam po puszce krojonych pomidorów. Oprószyłam wszystko solą i już miałam wstawiać do piekarnika..., ale wpadł mi do głowy pewien pomysł. Miałam słoik marynowanych papryczek jalapeño i postanowiłam powciskać ich plasterki pomiędzy pomidory. Wsunęłam naczynia z faszerowana cukinią do piekarnika rozgrzanego do 180°C. Po ok. 20 minutach przykryłam je pokrywkami. Po niecałej godzinie obiad był gotowy. Nagle w kuchni pojawiła się mój niejadek popatrzył z zaciekawieniem na cukinie i spytał "Mamo skąd masz te indiańskie miseczki". Mi kojażyły się raczej z bombami czy granatami, ale chyba byłam w błędzie.
wtorek, 27 maja 2014
Uczę się czegoś nowego, makaron...
Makaron jest integralną częścią rosołu - krótkie drobne nitki, które lądują podstępnie na krawatach, albo bluzkach w trakcie oficjalnych obiadów. To moje pierwsze skojarzenie. Drugie to wersja włoska. Spaghetti, czyli makaron z sosem pomidorowym i parmezanem, ewentualnie z sosem mięsnym. Trzecie skojarzenie - mój przyjaciel, który jest absolutnym wielbicielem kuchni włoskiej i w tej kulinarnej kwest wierzę mu bez jakichkolwiek zastrzeżeń.
Ostatnio dostałam zadanie przygotowania obiadu według instrukcji wykrzykiwanych jak komendy pomiędzy pokojem, a kuchnią. Miałam zrobić makaron z tuńczykiem, szalenie prosty przepis na bardzo szybki obiad. Do jego przygotowania (porcja dla dwóch osób) potrzeba:
250 g makaronu
puszkę tuńczyka (może być w sosie własnym lub w oleju)
pęczek natki pietruszki
rosół
1 średnią cebulę
olej
Uparłam się na olej słonecznikowy, nie lubię oliwy z oliwek na ciepło i to była jedyna zmiana na jaką przystał. Ugotowałam makaron, oczywiście musiał być al dente (wiadomo - u nas to niedogotowany), w miedzy czasie drobno posiekałam cebulę, zeszkliłam ją na oleju i wlałam do niej rosół. Cebula musi się poddusić w nim. Jak będzie miękka dodajemy tuńczyka. Potem wystarczy na patelnię wrzucić makaron, dodać posiekaną pietruszkę i obiad gotowy. Mój makaron wyszedł trochę za suchy, dodałam za mało rosołu, następnym razem będzie na pewno lepiej.
Ostatnio dostałam zadanie przygotowania obiadu według instrukcji wykrzykiwanych jak komendy pomiędzy pokojem, a kuchnią. Miałam zrobić makaron z tuńczykiem, szalenie prosty przepis na bardzo szybki obiad. Do jego przygotowania (porcja dla dwóch osób) potrzeba:
250 g makaronu
puszkę tuńczyka (może być w sosie własnym lub w oleju)
pęczek natki pietruszki
rosół
1 średnią cebulę
olej
Uparłam się na olej słonecznikowy, nie lubię oliwy z oliwek na ciepło i to była jedyna zmiana na jaką przystał. Ugotowałam makaron, oczywiście musiał być al dente (wiadomo - u nas to niedogotowany), w miedzy czasie drobno posiekałam cebulę, zeszkliłam ją na oleju i wlałam do niej rosół. Cebula musi się poddusić w nim. Jak będzie miękka dodajemy tuńczyka. Potem wystarczy na patelnię wrzucić makaron, dodać posiekaną pietruszkę i obiad gotowy. Mój makaron wyszedł trochę za suchy, dodałam za mało rosołu, następnym razem będzie na pewno lepiej.
poniedziałek, 19 maja 2014
Znowu kombinuję co zrobić z kurczakiem wyjętym z rosołu
Coraz bardziej jestem zaskoczona swoją pomysłowość. Jak tak dalej pójdzie będę mogła stworzyć broszurkę z pomysłami na mięso wyjęte z zupy. Rosół to u mnie ostatnio podstawowe danie. Jakiś pomór padł na dom i wszyscy po kolei zaliczają sztafetę grupowo przeziębieniowo zapaleniową. Całe masy gotowanego mięsa zostają mi z zupy. Wyrzucić nie mogę, zwierząt w domu nie mam, a okoliczne koty i tak są tak tłuste, że można je lać po pyskach najlepszą szynką i tak jeść nie będą chciały.
Poszperałam w lodówce i znalazłam cukinię. Zauważyłam pewną prawidłowość u siebie. Jak idę do warzywniaka, to kupuję wszystko jak leci. Trochę tak bez zastanowienia. Wychodzę z założenia, że "przecież coś z tym zrobię", albo najczęściej mam już jakiś pomysł, którego nie mam czasu zrealizować i zostaję jak w tym przypadku z cukinią w ręku.
Jak gotuję rosół na kurczaku to prawie zawsze obdzieram go ze skóry. W tym przypadku miałam do dyspozycji udko. Oprócz udka zużyłam:
marchewkę z rosołu
kawałek cukini
świeżą pieruszkę
kiełki rzeżuchy
sól
czarny pieprz
wodę
Wszysko włożyłam do naczynia żaroodpornego jak na zdjęciu poniżej, przyprawiłam i podlałam wodą. Od dna jakieś niecały centymetr. Kiedy cukinia nabrała ładnego koloru danie było gotowe. Kurczak wyszedł całkiem soczysty, a bałam się, że go ususzę.
Poszperałam w lodówce i znalazłam cukinię. Zauważyłam pewną prawidłowość u siebie. Jak idę do warzywniaka, to kupuję wszystko jak leci. Trochę tak bez zastanowienia. Wychodzę z założenia, że "przecież coś z tym zrobię", albo najczęściej mam już jakiś pomysł, którego nie mam czasu zrealizować i zostaję jak w tym przypadku z cukinią w ręku.
Jak gotuję rosół na kurczaku to prawie zawsze obdzieram go ze skóry. W tym przypadku miałam do dyspozycji udko. Oprócz udka zużyłam:
marchewkę z rosołu
kawałek cukini
świeżą pieruszkę
kiełki rzeżuchy
sól
czarny pieprz
wodę
Wszysko włożyłam do naczynia żaroodpornego jak na zdjęciu poniżej, przyprawiłam i podlałam wodą. Od dna jakieś niecały centymetr. Kiedy cukinia nabrała ładnego koloru danie było gotowe. Kurczak wyszedł całkiem soczysty, a bałam się, że go ususzę.
czwartek, 15 maja 2014
Fasola w pomidorach, czyli co ciekawego miałam w lodówce
Od pewnego czasu chodziła za mną fasola - taki piękny jasiek. Początkowo myślałam o jakiejś zupie, ale jak zrobiłam remanent w lodówce okazało się, że będzie eintopf. Miałam zamrożone kabanosy, puszkę pomidorów i jakąś ostrą papryczkę. Ze śniadania zostawiłam kawałki pomidorów z łykowatymi częściami.
Fasolę oczywiście namoczyłam wieczorem w dniu poprzedzającym gotowanie. Można użyć takiej z puszki, ale według mnie ma ona mniej uroku. Łudziłam się również, że cały ten proces z pęczniejącym jaśkiem skłoni mojego niejadka d o spróbowania, jednak jak zwykle skończyło się tylko na nadziei. Do przygotowania mojego eintopfu zużyłam:
1/2 paczki pięknego jaśka
3 duże kabanosy wieprzowe
1 puszkę pomidorów krojonych
1 ostrą papryczkę
łyżkę oleju
sól
czarny pieprz
Najpierw ugotowałam fasolę, tak na półtwardo. Odcedziłam ją i wrzuciłam do większego garnka. W międzyczasie usmażyłam na łyżce oleju kabanosy pokrojone w plasterki. Do fasoli wlałam niecałą szklankę wody, dorzuciłam pomidory i całą papryczkę, którą ponacinałam. Ze śniadania zostały mi pomidory, które wrzuciłam do garnka w całości. Świeże mają zupełnie inny smak niż te z puszki, dzięki czemu potrawa się ożywiła. Dodałam kabanosy i gotowałam na małym ogniu przez jakiś czas. Puszkowe pomidory się rozgotowały i sos zrobił się aksamitny. Przed podaniem posypywałam jeszcze świeżą, siekaną natką pietruszki.
Fasolę oczywiście namoczyłam wieczorem w dniu poprzedzającym gotowanie. Można użyć takiej z puszki, ale według mnie ma ona mniej uroku. Łudziłam się również, że cały ten proces z pęczniejącym jaśkiem skłoni mojego niejadka d o spróbowania, jednak jak zwykle skończyło się tylko na nadziei. Do przygotowania mojego eintopfu zużyłam:
1/2 paczki pięknego jaśka
3 duże kabanosy wieprzowe
1 puszkę pomidorów krojonych
1 ostrą papryczkę
łyżkę oleju
sól
czarny pieprz
Najpierw ugotowałam fasolę, tak na półtwardo. Odcedziłam ją i wrzuciłam do większego garnka. W międzyczasie usmażyłam na łyżce oleju kabanosy pokrojone w plasterki. Do fasoli wlałam niecałą szklankę wody, dorzuciłam pomidory i całą papryczkę, którą ponacinałam. Ze śniadania zostały mi pomidory, które wrzuciłam do garnka w całości. Świeże mają zupełnie inny smak niż te z puszki, dzięki czemu potrawa się ożywiła. Dodałam kabanosy i gotowałam na małym ogniu przez jakiś czas. Puszkowe pomidory się rozgotowały i sos zrobił się aksamitny. Przed podaniem posypywałam jeszcze świeżą, siekaną natką pietruszki.
wtorek, 11 marca 2014
Pomysł na całkiem szybki obiad z kurczakiem i szpinakiem
Jak tylko usiadłam za biurkiem w pracy poczułam pulsujący ból głowy i dreszcze. Choroba się zaczęła. Wypiłam aspirynę i zrobiło mi się nieco lepiej. Jednak perspektywa powrotu do domu i gotowania skomplikowanego obiadu zaczęła mnie osłabiać i paraliżować. Nie miałam w lodówce rosołu dla niejadka i potrzebowałam czegoś na szybko. Po oczach i plątaninie w zeznaniach wiedziałam, że na pewno nie jadł drugiego dania w przedszkolu. Potrzebowałam coś co zje on i mi też będzie odpowiadać.
Naleśniki! Tylko, że ja nie miałam ochoty na takie z samym cukrem pudrem, tym przecież nie da się najeść, poza tym są za słodkie. Niejadek jednak takie preferuje, chyba, że w przedszkolu, to wtedy i z serem, i z dżemem, i chyba ze wszystkim zje, ale w domu... Trudno. Byłąm skazana na naleśniki, które swoją drogą bardzo lubię i robię je ekspresowo, a co najważniejsze mniej śmierdzą niż placki ziemniaczane. Przepis na naleśniki podałam już kiedyś w poście Proste jak naleśnik.
Zostaje kwestia farszu. Postawiłam na kurczaka i szpinak. Widziałam ostatnio jakieś zdjęcie rolady z tymi składnikami i jakoś mi ich zestawienie w pamięć zapadło. Do przygotowania szybkiego farszu potrzeba:
300g piesi z kurczaka
300g rozdrobnionego mrożonego szpinaku
kilka kawałków pomidorów suszonych
2 ząbki czosnku
olej
sól
czarny pieprz
parmezan
Kurczaka pokrojonego w drobną kostkę podsmażyłam na oleju na złoto kolor. Wrzuciłam szpinak na patelnię i wszytko mieszałam, kiedy szpinak się całkiem roztopił i zaczął bulgotać dodałam drobno pokrojone pomidory suszone i wycisnęłam czosnek. Od czasu do czasu musiałam dolewać trochę wody, szybko wyparowywała. Na koniec przyprawiłam solą, pieprzem i posypałam startym parmezanem. Wymieszałam i miałam obiad gotowy w 20 minut, a co ważniejsze każdy jadł to co chciał.
Naleśniki! Tylko, że ja nie miałam ochoty na takie z samym cukrem pudrem, tym przecież nie da się najeść, poza tym są za słodkie. Niejadek jednak takie preferuje, chyba, że w przedszkolu, to wtedy i z serem, i z dżemem, i chyba ze wszystkim zje, ale w domu... Trudno. Byłąm skazana na naleśniki, które swoją drogą bardzo lubię i robię je ekspresowo, a co najważniejsze mniej śmierdzą niż placki ziemniaczane. Przepis na naleśniki podałam już kiedyś w poście Proste jak naleśnik.
Zostaje kwestia farszu. Postawiłam na kurczaka i szpinak. Widziałam ostatnio jakieś zdjęcie rolady z tymi składnikami i jakoś mi ich zestawienie w pamięć zapadło. Do przygotowania szybkiego farszu potrzeba:
300g piesi z kurczaka
300g rozdrobnionego mrożonego szpinaku
kilka kawałków pomidorów suszonych
2 ząbki czosnku
olej
sól
czarny pieprz
parmezan
Kurczaka pokrojonego w drobną kostkę podsmażyłam na oleju na złoto kolor. Wrzuciłam szpinak na patelnię i wszytko mieszałam, kiedy szpinak się całkiem roztopił i zaczął bulgotać dodałam drobno pokrojone pomidory suszone i wycisnęłam czosnek. Od czasu do czasu musiałam dolewać trochę wody, szybko wyparowywała. Na koniec przyprawiłam solą, pieprzem i posypałam startym parmezanem. Wymieszałam i miałam obiad gotowy w 20 minut, a co ważniejsze każdy jadł to co chciał.
wtorek, 28 stycznia 2014
Gorąca, ostra i w stylu meksykańskim - zupa na mróz
Jestem potwornym zmarzluchem. Pamiętam gorsze mrozy, które lepiej znosiłam. Niestety przez ostatnie tygodnie chyba nieco się rozwydrzyłam i dwa na minusie to dla mnie zdecydowanie za niska temperatura. Postanowiłam przynajmniej poprawić sobie humor, gorącą i sycącą zupą. Nie główkowałam długo. Pomysł miałam gotowy. Ostatnio w restauracji jadłam zupę meksykańską, która bardzo mi smakowała. Podobał mi się też pomysł z mięsem mielonym pływającym na łyżce. Jedyne co mi się nie podobało, to to, że zupa była rzadka. Konsystencja rosołu nie bardzo mi odpowiadała.
Wyskoczyłam na ekspresowe zakupy do biedronki, które okazały się długie jak kolejka na trzydzieści osób. Część składników miałam w zamrażalniku. W lecie dostałam zieloną fasolkę szparagową w nadmiarze i kukurydzy gotowanej też mi kiedyś trochę został. Wymarzłam się jak diabli na dziesięciominutowym spacerze. Wpadłam więc do kuchni i zabrałam się od razu za gotowanie. Do przygotowania mojej zupy potrzebowałam:
500g mięsa mielonego
1 dużą cebulę
3 puszki pomidorów
kawałek papryki
1 garść kukurydzy
2 garści zielonej fasolki szparagowej
1 puszkę czerwonej fasoli
2 papryczki chili
1/2 awokado
sok z limonki
olej
sól
czarny pieprz
słodka papryka w proszku
ostra papryka w proszku
nachos serowe
Zaczęłam od wysmażenia mięsa na małej ilości oleju. W międzyczasie zmiksowałam dokładnie zawartość trzech puszek pomidorów w dużym garnku. Czerwoną fasolę wypłukałam pod bieżącą wodą i wrzuciłam do garnka, tak samo jak kukurydzę, fasolę szparagową, całe papryczki chilli i paprykę pokrojoną w kostkę. Temperatura w garnku powoli zaczęła się podnosić, a ja dodałam zarumienione mięso. Na tej samej patelni przeszkliłam cebulę pokrojoną w drobną kostkę i połączyłam z resztą. Pół obranego awokado starłam na drobnych oczkach prosto do bulgoczącej zupy. Kiedy fasolka szparagowa zmiękłą, użyłam soku z limonki i przypraw. Gorącą zupę podawałam z pokruszonymi serowymi nachos. Na dworze było minus dwanaście stopni, nie pamiętam kiedy ostre jedzenie cieszyło mnie tak bardzo.
Wyskoczyłam na ekspresowe zakupy do biedronki, które okazały się długie jak kolejka na trzydzieści osób. Część składników miałam w zamrażalniku. W lecie dostałam zieloną fasolkę szparagową w nadmiarze i kukurydzy gotowanej też mi kiedyś trochę został. Wymarzłam się jak diabli na dziesięciominutowym spacerze. Wpadłam więc do kuchni i zabrałam się od razu za gotowanie. Do przygotowania mojej zupy potrzebowałam:
500g mięsa mielonego
1 dużą cebulę
3 puszki pomidorów
kawałek papryki
1 garść kukurydzy
2 garści zielonej fasolki szparagowej
1 puszkę czerwonej fasoli
2 papryczki chili
1/2 awokado
sok z limonki
olej
sól
czarny pieprz
słodka papryka w proszku
ostra papryka w proszku
nachos serowe
Zaczęłam od wysmażenia mięsa na małej ilości oleju. W międzyczasie zmiksowałam dokładnie zawartość trzech puszek pomidorów w dużym garnku. Czerwoną fasolę wypłukałam pod bieżącą wodą i wrzuciłam do garnka, tak samo jak kukurydzę, fasolę szparagową, całe papryczki chilli i paprykę pokrojoną w kostkę. Temperatura w garnku powoli zaczęła się podnosić, a ja dodałam zarumienione mięso. Na tej samej patelni przeszkliłam cebulę pokrojoną w drobną kostkę i połączyłam z resztą. Pół obranego awokado starłam na drobnych oczkach prosto do bulgoczącej zupy. Kiedy fasolka szparagowa zmiękłą, użyłam soku z limonki i przypraw. Gorącą zupę podawałam z pokruszonymi serowymi nachos. Na dworze było minus dwanaście stopni, nie pamiętam kiedy ostre jedzenie cieszyło mnie tak bardzo.
Etykiety:
awokado,
chilli,
fasola,
fasola szparagowa,
kukurydza,
meksykańska,
mięso mielone,
nachos,
obiad,
ostra,
papryka,
pomidory,
rozgrzewające,
zupa
Subskrybuj:
Posty (Atom)












