Tak rzadko ostatnio piszę, że nie pamiętam, czy wspominałam jak pond rok temu dostaliśmy z mężem, od przyjaciół, na rocznicę ślubu niesamowitą książkę - Jerozolima. Powiedzieli nam wtedy, że mają z niej wiele ulubionych przepisów, część już zmienionych pod własne przyzwyczajenia, ale wciąż z niej czerpią. Książka autorstwa
Tamimi Sami i Ottolenghi Yotam jest niesamowita, pięknie wydana i za każdym razem kiedy ją przeglądam znajduję w niej coś nowego. Któregoś dnia trafiłam na sałatkę ze szpinakiem. Potrzebne były do niej chlebki pita. Tak bardzo mi się spodobała, że przygotowałam te chlebki. Jednak przepis wydawał mi się na tyle zawiły, że robiłam trzy podejścia do jej przyrządzenia. Pity zdążyły się "zestarzeć" i koniec końców wszystko było jak w przepisie.
Po pierwszej próbie, okazało się, że sałatka jest absolutnie prosta w przygotowaniu. Wszystkie czynności wynikają jedna z drugiej, a w momencie kiedy przestałam patrzeć na proporcje z książki, stała się ona najczęściej przygotowywaną sałatką w moim domu, której mój mąż domagała się nieustannie. Jako, że nie mieszkamy na Bliskim Wschodzie i pita gości na naszym stole z rzadka, zastępuję ją czerstwym pieczywem, tradycyjnie u nas spożywanym, co jest zgodne z ideą tego dania.
Do przygotowania sałatki potrzeba:
ok. 150 g świeżego szpinaku
1/2 średniej czerwonej cebuli
garść daktyli
ocet z białego wina
sól
masło
oliwę z oliwek
całe migdały
czerstwe pieczywo
sumak
płatki chilli
sok z cytryny
Szpinak należy umyć, osuszyć i ułożyć na płaskiej misce czy na paterze. Cebulę pokroić w piórka, daktyle w ćwiartki, odrobinę podsypać solą, zalać dwoma-trzema łyżkami octu i wstawić do lodówki. Ja wrzucam wszystko do słoika, zakręcam i mocno wstrząsam, żeby dobrze się zmieszały. Zamknięte w słoiku nie roznoszą zapachu po lodówce. Migdały rozbijam w moździerzu na mniejsze kawałki, które następnie prażę na maśle z dodatkiem oliwy. Kiedy się zarumienią, dodaję pieczywo. Gdy grzanki są gotowe, ściągam garnek z kuchenki posypuję jego zawartość łyżeczką sumaku i łyżeczką płatków chilli. Pozostaje poczekać, aż wystygną. Gdy to nastąpi, na szpinak wykładam daktyle i cebulę, (nadmiar octu wylewam, jest on niepotrzebny), migdały z grzankami i wszystko skrapiam sokiem z cytryny i oliwą z oliwek. Danie jest gotowe w 15-20 minut. Ważne jest, żeby cebula z daktylami nie stały za długo w lodówce. Ich smak się wtedy zbyt mocno zmieni i psuje całość.
Na ostatnim przyjęciu, jeden z przyjaciół, który stroni od nowości kulinarnych, był przekonany, że grzanki są kurczakiem, sumak i chilli powodują to złudzenie, więc nałożył sobie sałatkę na talerz. Był zdecydowanie zaskoczony, gdy okazało się, że to chleb. Koniec końców ucieszył się, że dał się nabrać, bo bardzo mu smakowało.
Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpinak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpinak. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 czerwca 2017
środa, 9 marca 2016
Ciecierzyca na szpinaku
Ciecierzyca kojarzy mi się przede wszystkim z daniami wegetariańskim. Przez myśl mi nie przeszło, że można ją łączyć z mięsem. Zostało mi w lodówce pudełko z ugotowaną ciecierzycą i nie bardzo miałam pomysł co z nią zrobić. Było jej, tak na oko, dwie szklanki. Postanowiłam, że zrobię to co zawsze. Wykombinuję coś z produktów, które są w lodówce i szafkach kuchennych, zanim część z nich będzie chciała wymaszerować. Znalazłam i wykorzystałam następujące z nich:
2 szklanki ugotowanej ciecierzycy
5 plastrów boczku
100 ml białego wina (bezalkoholowego)
łyżkę masła orzechowego
sól
czarny pieprz
2 garści świeżych liści szpinaku
Pewnego wyjaśnienia wymaga wino bezalkoholowe. Może oczywiście być alkoholowe. Ja miałam tylko bezalkoholowe ponieważ brzuch mi rośnie i alkoholu nie tykam. Mąż twierdzi, że ta wersja jest jak każde inne wino tylko ma posmak lekkiego rozczarowania. W potrawach nie czuć różnicy bo alkohol i tak odparowuje. Wracając do ciecierzycy. Plastry boczku pokroiłam na małe paseczki i wrzuciłam na rozgrzaną patelnię. Gdy się porządnie zarumieniły na patelni wylądowała ciecierzyca. Podlałam ją winem i dodałam solidną łyżkę masła orzechowego z fistaszków (moje miało kawałki niezmielonych orzechów). Kiedy wszystkie składniki dokładnie się połączyły zdjęłam patelnię z kuchenki. Gorącą ciecierzycę podałam na listkach świeżego szpinaku, jako dodatek do burgerów. Takie danie może być świetną przystawką albo nawet daniem głównym.
2 szklanki ugotowanej ciecierzycy
5 plastrów boczku
100 ml białego wina (bezalkoholowego)
łyżkę masła orzechowego
sól
czarny pieprz
2 garści świeżych liści szpinaku
Pewnego wyjaśnienia wymaga wino bezalkoholowe. Może oczywiście być alkoholowe. Ja miałam tylko bezalkoholowe ponieważ brzuch mi rośnie i alkoholu nie tykam. Mąż twierdzi, że ta wersja jest jak każde inne wino tylko ma posmak lekkiego rozczarowania. W potrawach nie czuć różnicy bo alkohol i tak odparowuje. Wracając do ciecierzycy. Plastry boczku pokroiłam na małe paseczki i wrzuciłam na rozgrzaną patelnię. Gdy się porządnie zarumieniły na patelni wylądowała ciecierzyca. Podlałam ją winem i dodałam solidną łyżkę masła orzechowego z fistaszków (moje miało kawałki niezmielonych orzechów). Kiedy wszystkie składniki dokładnie się połączyły zdjęłam patelnię z kuchenki. Gorącą ciecierzycę podałam na listkach świeżego szpinaku, jako dodatek do burgerów. Takie danie może być świetną przystawką albo nawet daniem głównym.
wtorek, 22 września 2015
Naleśniki pszenno-gryczane ze szpinakiem i serem kozim
Na szczęście wszystko kiedyś ulega zmianie. Zamiłowanie mojego niejadka do "niepróbowania" też. W czasie pobytu na Węgrzech wziął na ząb kawałek mięsa z gulaszu, co uważam za jedno z najważniejszych wydarzeń kulinarnych sierpnia. Wielokrotnie pisałam już o tym, że sosy to najstraszniejsza możliwa rzecz jaka może znaleźć się na jego talerzu. Zaczęłam więc powoli wypuszczać się na szerokie wody bezkresnego oceanu kulinarnych eksperymentów. Oczywiście bardzo powoli. Na razie podniosłam kotwicę i wypływam z portu.
Moje kochane dziecko zawsze jadało naleśniki, jednak jeśli wyczuło smak innej mąki niż pszenna to było już po obiedzie. Postanowiłam zaryzykować i przygotowałam naleśniki z mieszanki mąki pszennej i gryczanej, ze zdecydowaną przewagą tej drugiej. Zużyłam:
2 szklanki mąki gryczanej
1 szklanka mąki pszennej
3 jajka
mleko
szczypta soli
olej rzepakowy
Oczywiście nie wiem ile wlałam mleka, praktycznie nigdy nie pamiętam ile płynów wlewam do ciasta. Wszystkie składniki wymieszałam i usmażyłam naleśniki bez większej filozofii. Po wakacjach na Węgrzech niejadkowi pozostała słabość do dżemów. Codziennie w restauracji hotelowej zjadał co najmniej jedną kanapkę posmarowaną jakimś smakiem owocowym. Przetestował wszystkie dostępne, co było olbrzymim zaskoczeniem. Dlatego naleśniki na obiad były idealnie asekuracyjnym daniem. Dzięki dżemowi wyjście z portu było zagwarantowane. Chodziło o spróbowanie czegoś nowego. Na jego chęć skosztowania zielonej brei nawet nie liczyłam, ale ją przygotowałam i nawet podjęłam próbę, która oczywiście zakończyła się fiaskiem. Szpinak do naleśników przygotowałam korzystając z następujących składników:
1 paczka świeżych liści szpinaku
1 opakowanie twarożku koziego
3 ząbki czosnku
czarny pieprz
sól
Listki wrzuciłam na gorącą wodę, która wesoło bulgotała na dużej patelni. Dodałam pokrojony w plasterki czosnek i posypałam solą. Kiedy woda się zredukowała dodałam serek. Na zielonej brei robiły się piękne pęcherzyki, które pękając radośnie zachlapywały mi kuchenkę. Po 2-3 minutach przestawiłam patelnię na deskę posypałam pieprzem i zabrałam się za rolowanie.
Usłyszałam, że robię najlepsze naleśniki na świecie. Nawet chętnie by zjadł te zielone, ale tylko pod jednym warunkiem, że w środku będzie dżem z kiwi.
Moje kochane dziecko zawsze jadało naleśniki, jednak jeśli wyczuło smak innej mąki niż pszenna to było już po obiedzie. Postanowiłam zaryzykować i przygotowałam naleśniki z mieszanki mąki pszennej i gryczanej, ze zdecydowaną przewagą tej drugiej. Zużyłam:
2 szklanki mąki gryczanej
1 szklanka mąki pszennej
3 jajka
mleko
szczypta soli
olej rzepakowy
Oczywiście nie wiem ile wlałam mleka, praktycznie nigdy nie pamiętam ile płynów wlewam do ciasta. Wszystkie składniki wymieszałam i usmażyłam naleśniki bez większej filozofii. Po wakacjach na Węgrzech niejadkowi pozostała słabość do dżemów. Codziennie w restauracji hotelowej zjadał co najmniej jedną kanapkę posmarowaną jakimś smakiem owocowym. Przetestował wszystkie dostępne, co było olbrzymim zaskoczeniem. Dlatego naleśniki na obiad były idealnie asekuracyjnym daniem. Dzięki dżemowi wyjście z portu było zagwarantowane. Chodziło o spróbowanie czegoś nowego. Na jego chęć skosztowania zielonej brei nawet nie liczyłam, ale ją przygotowałam i nawet podjęłam próbę, która oczywiście zakończyła się fiaskiem. Szpinak do naleśników przygotowałam korzystając z następujących składników:
1 paczka świeżych liści szpinaku
1 opakowanie twarożku koziego
3 ząbki czosnku
czarny pieprz
sól
Listki wrzuciłam na gorącą wodę, która wesoło bulgotała na dużej patelni. Dodałam pokrojony w plasterki czosnek i posypałam solą. Kiedy woda się zredukowała dodałam serek. Na zielonej brei robiły się piękne pęcherzyki, które pękając radośnie zachlapywały mi kuchenkę. Po 2-3 minutach przestawiłam patelnię na deskę posypałam pieprzem i zabrałam się za rolowanie.
Usłyszałam, że robię najlepsze naleśniki na świecie. Nawet chętnie by zjadł te zielone, ale tylko pod jednym warunkiem, że w środku będzie dżem z kiwi.
poniedziałek, 29 września 2014
Urodzinowe paszteciki
W zeszłym roku na swoje urodziny postanowiłam upiec do pracy ciasto. Niestety przez urok, przypadkowo rzucony nic z tego nie wyszło. Jedno było zakalcem, a drugie za mocno się spiekło. W tym roku postanowiłam nie ryzykować i zrobić coś na słono i w mniejszym formacie. Padło na paszteciki.Oczywiście jak to co roku bywa, musiało coś nawalić. Tym razem nigdzie nie było pieczarek. Udało mi się kupić tylko 25dag. Zaplanowałam połowę pasztecików z pieczarkami, a drugą połowę ze szpinakiem. Niestety większość zrobiłam z zielonym nadzieniem. Na braki w zaopatrzeniu w okolicznych sklepach nic nie da się poradzić.
Najpierw przygotowałam farsze. Pieczarki obrałam i pokroiłam w plastry i jeszcze na pół. Potrzebna była jeszcze duża cebula. Pokroiłam ją w kostkę i podsmażyłam, dodałam pieczarki, posoliłam i smażyłam, aż był miękkie, na koniec posypałam czarnym pieprzem.
Szpinak miałam mrożony. Gotowałam go na wolnym ogniu, żeby odparować jak najwięcej wody. Dodałam do niego trzy wyciśnięte ząbki czosnku, sól i pieprz. Kiedy większość wody zniknęła dodałam pół kostki fety i gotowałam jeszcze jakieś piętnaście minut.
Kluczowe było ciasto. Do jego przygotowania potrzebowałam:
0,5kg mąki pszennej
0,5 kostki świeżych drożdży
2 jajka
ciepłą wodę
sól 2 łyżki oleju słonecznikowego
żółtko
odrobinę mleka
W przesianej mące zrobiłam dołek i wlałam rozrobione drożdże. Kiedy urosły dodałam jajka, wodę i sól. Pod koniec wyrabiania dodałam olej. Ciasto zostawiłam do wyrośnięcia i włączyłam piekarnik ustawiając go na 200 stopni. Kiedy ciasto wyrosło dzieliłam je na części i rozwałkowywałam na szerokie pasy. W środkowej części układałam farsz, zlepiałam brzegi i smarowałam ciasto z wierzchu żółtkiem rozrobiony z odrobiną mleka. Następnie kroiłam "roladę" na paski i układałam na papierze do pieczenia. Trzymałam w piekarniku, aż miały złoty kolor i wyglądały jak na poniższym zdjęciu.
środa, 16 kwietnia 2014
Wielkanocne tarteletki z łososiem, szpinakiem i jajkami przepiórczymi
Postanowiłam, przygotować coś mniej tradycyjnego na Wielkanocne śniadanie i zdecydowałam się na tarteletki. Ostatni dostałam bardzo fajne foremki, więc miałam już dwa powody, a nie tylko jeden. W kwestii tart jestem trochę noga, zdążyłam się już do tego przyznać parokrotnie, jednak wciąż próbuję. Efekty nie są takie jakbym chciała. Uznałam, że zanim wezmę się za przygotowanie właściwych tarteletek przeprowadzę próbę. Nie była ona do końca uda.
Problemem było ciasto. Chciał, żeby było kruche. Sięgnęłam do książki z przepisami i zastosowałam pierwszy z brzegu:
200 g mąki
150 g masła
sól
Ciasto wyszło zdecydowanie za kruche, chociaż w smaku całkiem dobre. Podejrzewam, że przy innym farszu inaczej by się zachowywało. Zostało jeszcze nadzienie. To mi się udało. Jednak następnym razem zamiast gotować jajka, przed dodaniem ich do tarty, po prostu je wbiję i pozwolę ściąć im się w piekarniku. Do przygotowania farszu do czterech małych tarteletek potrzebowałam:
200g szpinaku mrożonego, rozdrobnionego
kilka łyżek śmietany 12%
2 ząbki czosnku
sól
kolorowy pieprz
50g wędzonego na zimno łososia
8 przepiórczych jajek
Szpinak zrobiłam na gęsto i wystudzony ułożyłam na opieczonym, kruchym cieście (zgodnie z zaleceniami z książki opiekałam ciasto prze 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 180°C) Dodałam porwane kawałki łososia i pokrojone na połówki jajka, posypałam jeszcze odrobiną pieprzu, soli i wstawiłam do piekarnika na 40 minut.
Problemem było ciasto. Chciał, żeby było kruche. Sięgnęłam do książki z przepisami i zastosowałam pierwszy z brzegu:
200 g mąki
150 g masła
sól
Ciasto wyszło zdecydowanie za kruche, chociaż w smaku całkiem dobre. Podejrzewam, że przy innym farszu inaczej by się zachowywało. Zostało jeszcze nadzienie. To mi się udało. Jednak następnym razem zamiast gotować jajka, przed dodaniem ich do tarty, po prostu je wbiję i pozwolę ściąć im się w piekarniku. Do przygotowania farszu do czterech małych tarteletek potrzebowałam:
200g szpinaku mrożonego, rozdrobnionego
kilka łyżek śmietany 12%
2 ząbki czosnku
sól
kolorowy pieprz
50g wędzonego na zimno łososia
8 przepiórczych jajek
Szpinak zrobiłam na gęsto i wystudzony ułożyłam na opieczonym, kruchym cieście (zgodnie z zaleceniami z książki opiekałam ciasto prze 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 180°C) Dodałam porwane kawałki łososia i pokrojone na połówki jajka, posypałam jeszcze odrobiną pieprzu, soli i wstawiłam do piekarnika na 40 minut.
wtorek, 11 marca 2014
Pomysł na całkiem szybki obiad z kurczakiem i szpinakiem
Jak tylko usiadłam za biurkiem w pracy poczułam pulsujący ból głowy i dreszcze. Choroba się zaczęła. Wypiłam aspirynę i zrobiło mi się nieco lepiej. Jednak perspektywa powrotu do domu i gotowania skomplikowanego obiadu zaczęła mnie osłabiać i paraliżować. Nie miałam w lodówce rosołu dla niejadka i potrzebowałam czegoś na szybko. Po oczach i plątaninie w zeznaniach wiedziałam, że na pewno nie jadł drugiego dania w przedszkolu. Potrzebowałam coś co zje on i mi też będzie odpowiadać.
Naleśniki! Tylko, że ja nie miałam ochoty na takie z samym cukrem pudrem, tym przecież nie da się najeść, poza tym są za słodkie. Niejadek jednak takie preferuje, chyba, że w przedszkolu, to wtedy i z serem, i z dżemem, i chyba ze wszystkim zje, ale w domu... Trudno. Byłąm skazana na naleśniki, które swoją drogą bardzo lubię i robię je ekspresowo, a co najważniejsze mniej śmierdzą niż placki ziemniaczane. Przepis na naleśniki podałam już kiedyś w poście Proste jak naleśnik.
Zostaje kwestia farszu. Postawiłam na kurczaka i szpinak. Widziałam ostatnio jakieś zdjęcie rolady z tymi składnikami i jakoś mi ich zestawienie w pamięć zapadło. Do przygotowania szybkiego farszu potrzeba:
300g piesi z kurczaka
300g rozdrobnionego mrożonego szpinaku
kilka kawałków pomidorów suszonych
2 ząbki czosnku
olej
sól
czarny pieprz
parmezan
Kurczaka pokrojonego w drobną kostkę podsmażyłam na oleju na złoto kolor. Wrzuciłam szpinak na patelnię i wszytko mieszałam, kiedy szpinak się całkiem roztopił i zaczął bulgotać dodałam drobno pokrojone pomidory suszone i wycisnęłam czosnek. Od czasu do czasu musiałam dolewać trochę wody, szybko wyparowywała. Na koniec przyprawiłam solą, pieprzem i posypałam startym parmezanem. Wymieszałam i miałam obiad gotowy w 20 minut, a co ważniejsze każdy jadł to co chciał.
Naleśniki! Tylko, że ja nie miałam ochoty na takie z samym cukrem pudrem, tym przecież nie da się najeść, poza tym są za słodkie. Niejadek jednak takie preferuje, chyba, że w przedszkolu, to wtedy i z serem, i z dżemem, i chyba ze wszystkim zje, ale w domu... Trudno. Byłąm skazana na naleśniki, które swoją drogą bardzo lubię i robię je ekspresowo, a co najważniejsze mniej śmierdzą niż placki ziemniaczane. Przepis na naleśniki podałam już kiedyś w poście Proste jak naleśnik.
Zostaje kwestia farszu. Postawiłam na kurczaka i szpinak. Widziałam ostatnio jakieś zdjęcie rolady z tymi składnikami i jakoś mi ich zestawienie w pamięć zapadło. Do przygotowania szybkiego farszu potrzeba:
300g piesi z kurczaka
300g rozdrobnionego mrożonego szpinaku
kilka kawałków pomidorów suszonych
2 ząbki czosnku
olej
sól
czarny pieprz
parmezan
Kurczaka pokrojonego w drobną kostkę podsmażyłam na oleju na złoto kolor. Wrzuciłam szpinak na patelnię i wszytko mieszałam, kiedy szpinak się całkiem roztopił i zaczął bulgotać dodałam drobno pokrojone pomidory suszone i wycisnęłam czosnek. Od czasu do czasu musiałam dolewać trochę wody, szybko wyparowywała. Na koniec przyprawiłam solą, pieprzem i posypałam startym parmezanem. Wymieszałam i miałam obiad gotowy w 20 minut, a co ważniejsze każdy jadł to co chciał.
sobota, 9 marca 2013
Stworzyłam potwora
Miałam pomysł, który kołatał mi się po głowie od pewnego czasu. Nie miałam tylko sposobności, żeby go zrealizować. Zbliżał się Dzień Kobiet i uznałam, że to świetna okazja. Mój plan był diaboliczny, a jego efekt trudny do przewidzenia. Widać łaknęłam adrenaliny, cały tydzień czekałam z niecierpliwością na czwartek wieczór, kiedy to zabiorę się za pieczenie.
Miałam jak zwykle ten sam problem. Ile mi czego potrzeba? Uznałam, że wszystkiego zrobię podwójnie. Jak zostanie to trudno. Wybrałam się na zakupy. Oczywiście tuż przed zamknięciem sklepu. Z ciężkimi siatkami weszłam do domu, zaczęłam je rozpakowywać i ręce mi opadły. Jak ja robiłam tą listę, że zapomniałam dopisać masła. Pogoda byłą paskudna, wiało i padał deszcz. Rozczarowana samą sobą, założyłam płaszcz, wsadziłam papierosa między zęby i w strugach wody, bez parasola ruszyłam na wyprawę do nocnego po masło. Musiałam wyglądać wyjątkowo żałośnie, bo nawet żule pod sklepem nic ode mnie nie chciały. To wiosenne przesilenie jest dla mnie za silne.
Ja zwykle prawie w środku nocy zabrałam się za gotowanie. Efektem mojego pichcenia tą ponurą ciemną porą miał być tort szpinakowy. Najpierw przygotowałam szpinak na gęsto z kaparami. Zrobiłam dwa razy więcej niż potrzebowałam, ale przynajmniej od razu miałam obiad z głowy, ugotowałam makaron i było po sprawie, ale wracając do tortu. Do przygotowania odpowiedniej ilości szpinaku, do ciast potrzeba:
1 paczka mrożonego szpinaku rozdrobnionego
1 łyżka posiekanych kaparów (najlepiej taka z górką)
2 ząbki czosnku
1 łyżka twarożku naturalnego (też taka jak kaparów)
1 łyżka śmietany
2 płaskie łyżki tartego sera typu parmezan
sól
pieprz
Kiedy zielona papka wesoło bulgotała na małym ogniu, zabrałam się za ciasto. Szpinaku zrobiłam podwójną ilość, ciasta też mi wyszło za dużo. W zasadzie to ten fakt całkiem mnie ucieszył. Dostałam ostatnio dwie nowe foremki sylikonowe do babeczek i miałam sposobność je wykorzystać. Ciasto ze szpinakiem, które przygotowywałam na tort, było typowo babeczkowe. Jetem przekonana, że na sam tort, wystarczyłaby połowa, a mianowicie:
2 jajka
100 g masła
2 1/2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 jogurt typu greckiego
200 ml kefiru
1 1/2 szklanki szpinaku na gęsto
sól
pieprz
Po kolei połączyłam wszystko ze sobą. Jajka z rozpuszczonym masłem zmiksowałam do gładkiej konsystencji, potem mąkę i proszek przesiałam przez sitko, wlałam jogurt i kefir. Kiedy ciasto było gładkie dolałam szpinak i połączyłam z nim. Upiekłam dwa spody. Przy pierwszym do tortownicy (oczywiście sylikonowej) wlałam ciasto na wysokość niepełnego centymetra, a przy drugim na trochę więcej.
Miałam jak zwykle ten sam problem. Ile mi czego potrzeba? Uznałam, że wszystkiego zrobię podwójnie. Jak zostanie to trudno. Wybrałam się na zakupy. Oczywiście tuż przed zamknięciem sklepu. Z ciężkimi siatkami weszłam do domu, zaczęłam je rozpakowywać i ręce mi opadły. Jak ja robiłam tą listę, że zapomniałam dopisać masła. Pogoda byłą paskudna, wiało i padał deszcz. Rozczarowana samą sobą, założyłam płaszcz, wsadziłam papierosa między zęby i w strugach wody, bez parasola ruszyłam na wyprawę do nocnego po masło. Musiałam wyglądać wyjątkowo żałośnie, bo nawet żule pod sklepem nic ode mnie nie chciały. To wiosenne przesilenie jest dla mnie za silne.
Ja zwykle prawie w środku nocy zabrałam się za gotowanie. Efektem mojego pichcenia tą ponurą ciemną porą miał być tort szpinakowy. Najpierw przygotowałam szpinak na gęsto z kaparami. Zrobiłam dwa razy więcej niż potrzebowałam, ale przynajmniej od razu miałam obiad z głowy, ugotowałam makaron i było po sprawie, ale wracając do tortu. Do przygotowania odpowiedniej ilości szpinaku, do ciast potrzeba:
1 paczka mrożonego szpinaku rozdrobnionego
1 łyżka posiekanych kaparów (najlepiej taka z górką)
2 ząbki czosnku
1 łyżka twarożku naturalnego (też taka jak kaparów)
1 łyżka śmietany
2 płaskie łyżki tartego sera typu parmezan
sól
pieprz
Kiedy zielona papka wesoło bulgotała na małym ogniu, zabrałam się za ciasto. Szpinaku zrobiłam podwójną ilość, ciasta też mi wyszło za dużo. W zasadzie to ten fakt całkiem mnie ucieszył. Dostałam ostatnio dwie nowe foremki sylikonowe do babeczek i miałam sposobność je wykorzystać. Ciasto ze szpinakiem, które przygotowywałam na tort, było typowo babeczkowe. Jetem przekonana, że na sam tort, wystarczyłaby połowa, a mianowicie:
2 jajka
100 g masła
2 1/2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 jogurt typu greckiego
200 ml kefiru
1 1/2 szklanki szpinaku na gęsto
sól
pieprz
Po kolei połączyłam wszystko ze sobą. Jajka z rozpuszczonym masłem zmiksowałam do gładkiej konsystencji, potem mąkę i proszek przesiałam przez sitko, wlałam jogurt i kefir. Kiedy ciasto było gładkie dolałam szpinak i połączyłam z nim. Upiekłam dwa spody. Przy pierwszym do tortownicy (oczywiście sylikonowej) wlałam ciasto na wysokość niepełnego centymetra, a przy drugim na trochę więcej.
W czasie kiedy ciasto i babeczki wygrzewały się w piekarniku (180°C i 35 minut), zabrałam się za kremy. Wymyśliłam, że pierwszy z nich będzie na bazie fety i z dodatkiem ostrych papryczek. Sposób jego przygotowania opisałam poście Zabawa w Doktora Frankensztajna, kolejne warstwy ciasta postanowiłam oddzielić tapenadą, o niej pisałam w poście Indyk późną nocą.... Kiedy ciasto upieczone na złoto porządnie wystygło, grubszy place rozcięłam na pół. Nie rozcięte ciasto ułożyłam na talerzu, a na nie wyłożyłam krem z chili, który przykryłam kolejnym płatem ciast, następnie wyłożyłam tapenadę i kolejny płat ciasta. Na koniec górę tortu posmarowałam kremem z fety, tylko bez chili, przygotowanym z połowy porcji. Odrobiną papryczek pokrojonych w kostkę posypałam całość (trochę papryczki zostawiłam kiedy kroiłam je do kremu).
Tort zostawiłam w lodówce do rana. Całą noc zastanawiałam się czy będzie zjadliwy. Obudziłam się mocno niewyspana i przerażona efektem końcowym. Stwierdziłam, że muszę przynajmniej spróbować jak smakuje babeczka z tapenadą. Pasty z oliwek też zrobiłam dużo za dużo. Uznałam, że jest nieźle i właściwie brakuje tylko ostrego kremu z fety. Tak czy siak bałam się efektu. Pierwszy próbujący stwierdzili, że tort wyszedł świetny i nie sądzę, żeby kłamali, wszyscy poprosili o dokładkę. Szpinakowy eksperyment udał się całkowicie. Mój potwór ożył i został zjedzony.
piątek, 1 marca 2013
Po co się szpinać
Jestem okrutnie sentymentalna. W kółko coś wspominam, najczęściej te same rzeczy, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że tymi nudnymi historyjkami zamęczam wszystkich dookoła. Pamiętam swój pierwszy świadomy kontakt ze szpinakiem. Było to na studiach. Razem z kolegą, który był świetny w gotowaniu, mieliśmy jakiś projekt już nie pamiętam jaki, przecież to był pierwszy rok, czyli bardzo dawno temu. Była godzina popołudniowa i pora obiadu. Doszliśmy do wniosku, że coś u mnie zjemy. Wtedy nie gotowałam. Okazało się, że w lodówce oprócz jajek mam wielki słój oliwek jakąś śmietanę i ser żółty, w szafce znalazła się sól, biały pieprz i makaron. Kolega zastanowił się chwilę, popatrzył na oliwki i bez słowa wyszedł. Po kilkunastu minutach wrócił ze sklepu z czosnkiem i paczką prasowanego szpinaku. Nie pamiętam tajemnych słów, jakie wypowiadał nad garnkiem, pamiętam natomiast efekt. Szpinak z oliwkami i makaron. Może nie było to jakieś specjalne danie, ale wprawiło mnie w zachwyt. Zapałałam szczerą i nie pohamowaną miłością do szpinaku, bo przecież nie do kolegi, on był brzydki.
Tamtego popołudnia nauczyłam się jednej bardzo ważnej rzeczy. Gotowanie to nie przepis, którego trzeba się bezwzględnie trzymać. Gotowanie to wielka improwizacja. Liczy się chęć, zapał i kreatywność. Trzeba poznawać smaki i próbować je łączyć. Przygotowanie jedzenia nie może być przymusem, fizjologiczną potrzebą, musi być przyjemne i sprawiać radość temu, który stoi nad kuchenką i temu, który je. Nie można się spinać, a już na pewno nie szpinakiem. Jest on świetny i co najważniejsze nie trzeba długo się z nim bawić, taka solucja na obiad w 15 minut.
Często robię szpinak w podobny sposób, jak tamtego popołudnia przygotował go mój kolega. Jest wygodny, bo mogę go zabrać do pracy i podgrzać na miejscu w mikrofalówce. Do makaronu preferuję mrożony rozdrobniony, a liściasty mrożony jest bombowy do babeczek, ale o tym nie dzisiaj. Do przygotowania mojego
Szpinaku z oliwkami potrzeba:
1 paczka szpinaku mrożonego
2 ząbki czosnku
1 łyżka śmietany, taka z górką
1 łyżka serka naturalnego typu almette, też z górką
1 spora garść czarnych pokrojonych oliwek
1 łyżka tartego sera typu parmezan
sól
pieprz
Taki szpinak jest świetny solo, jest świetny w parze z makaronem, może też występować jako alternatywa dla ziemniaków z owym makaronem na talerzu przy rybie. Przygotowanie jest bajecznie proste. Do garnka wrzucam szpinak i podlewam go odrobiną wody, jak się rozmrozi, wyciskam do niego dwa ząbki czosnku, wrzucam oliwki dodaję serek naturalny, śmietanę i sól. Po kilku minutach jak wszystko się podgrzeje i pobulgocze razem, i smaki się połączą dodaje pieprz, ewentualnie jeszcze trochę soli i ser tarty. Ważne, żeby szpinak nie był zbyt wodnisty, dlatego jak się rozpuści i zanim cokolwiek dodam odlewam nadmiar wody. Kiedy cała zielona papka jest gotowa dorzucam ugotowany makaron, mieszam, żeby się równomiernie połączyło i voilà.Obiad gotowy.
Tamtego popołudnia nauczyłam się jednej bardzo ważnej rzeczy. Gotowanie to nie przepis, którego trzeba się bezwzględnie trzymać. Gotowanie to wielka improwizacja. Liczy się chęć, zapał i kreatywność. Trzeba poznawać smaki i próbować je łączyć. Przygotowanie jedzenia nie może być przymusem, fizjologiczną potrzebą, musi być przyjemne i sprawiać radość temu, który stoi nad kuchenką i temu, który je. Nie można się spinać, a już na pewno nie szpinakiem. Jest on świetny i co najważniejsze nie trzeba długo się z nim bawić, taka solucja na obiad w 15 minut.
Często robię szpinak w podobny sposób, jak tamtego popołudnia przygotował go mój kolega. Jest wygodny, bo mogę go zabrać do pracy i podgrzać na miejscu w mikrofalówce. Do makaronu preferuję mrożony rozdrobniony, a liściasty mrożony jest bombowy do babeczek, ale o tym nie dzisiaj. Do przygotowania mojego
Szpinaku z oliwkami potrzeba:
1 paczka szpinaku mrożonego
2 ząbki czosnku
1 łyżka śmietany, taka z górką
1 łyżka serka naturalnego typu almette, też z górką
1 spora garść czarnych pokrojonych oliwek
1 łyżka tartego sera typu parmezan
sól
pieprz
Taki szpinak jest świetny solo, jest świetny w parze z makaronem, może też występować jako alternatywa dla ziemniaków z owym makaronem na talerzu przy rybie. Przygotowanie jest bajecznie proste. Do garnka wrzucam szpinak i podlewam go odrobiną wody, jak się rozmrozi, wyciskam do niego dwa ząbki czosnku, wrzucam oliwki dodaję serek naturalny, śmietanę i sól. Po kilku minutach jak wszystko się podgrzeje i pobulgocze razem, i smaki się połączą dodaje pieprz, ewentualnie jeszcze trochę soli i ser tarty. Ważne, żeby szpinak nie był zbyt wodnisty, dlatego jak się rozpuści i zanim cokolwiek dodam odlewam nadmiar wody. Kiedy cała zielona papka jest gotowa dorzucam ugotowany makaron, mieszam, żeby się równomiernie połączyło i voilà.Obiad gotowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





