Sezon grillowy już w
pełni. Nawet mi udało wybrać się na łono natury i zażyć
przyjemności obcowania z komarami. Te potwory w tym roku gryzą
nawet w pełnym słońcu. Z wycieczki wróciłam z pocałunkiem
wampira na policzku. Mam na nie alergie i od razu wyskoczył mi trzy
centymetrowy bąbel. Grillowanie to bardzo przyjemne zajęcie,
spożywanie posiłków na dworze to też wyjątkowo przyjemne
zajęcie. Dzień przed planowanym wypadem przygotowałam
karczek wieprzowy. Potrzebowałam:
5 plastrów karczku
sól
czarny pieprz
oliwa z oliwek
gałązki świeżego rozmarynu
Karczek umyłam i rozgniotłam w palcach, przełożyłam do
plastikowego zamykanego pudełka. Polałam oliwą, nie żałowałam
soli i pieprzu. Na koniec między mięso powkładałam gałązki
rozmarynu. Na drugi dzień mięso (bez ziół) wylądowało na
grillu.
Kiełbasy nie próbowałam i nawet tego nie planowałam, kilka lat
temu skosztowałam takiej jednej i trafiłam na chrząstkę.
Obrzydzenie trzyma mnie do tej pory. Prócz standardowych warzywnych
szaszłyków, o których napisze kiedy indziej zrobiłam szaszłyki
owocowe. Składały się na nie:
1 melon cantaloupe
1/2 kg truskawek
Melona pokroiłam w kostkę wielkości truskawek i razem z
czerwonymi owocami ponadziewałam na patyki. Świetnie smakowały
takie na ciepło z rusztu. Do kwaskowatych truskawek świetnie pasuje
słodki, waniliowy sos. Grill się całkiem udał i myślę, że w na
urlopie będę miała jeszcze wiele okazji do eksperymentów. Tym
czasem moja musztarda biła rekordy popularności na ogrodowym stole.
Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grill. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grill. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 24 czerwca 2013
środa, 1 maja 2013
Musztarda inna niż zwykła
Obudziłam się rano i pomyślałam, że chcę zrobić musztardę.
Dlaczego? Z kilku powodów. Po pierwsze dostałam duży słoik
gorczycy (zółtej albo białej, nie jestem pewna). Dała mi go
matka, ale się wypiera, więc w sumie nie wiadomo skąd się wziął.
Po drugie, nie mogłam ostatnio dostać smacznej musztardy. Żadna z
popularnych marek, które można dostać w naszym kraju nie robi
musztardy, która by mi smakowała. Mam wrażenie, że bez względu
na nazwę na etykietce wszystkie są takie same. Rosyjska jest
odrobinę ostrzejsza, a francuska ma całe ziarna i na tym kończą
się różnice. Od wielu lat udawało mi się posiadać przynajmniej
jeden słoik musztardy kupionej u naszych zachodnich sąsiadów. Tam
nawet najzwyklejsza musztarda ma to coś i jest idealnie ostra, a ja
jestem zwolenniczką ostrych. Jako dziecko objadałam się chlebem posmarowanym płonącą musztardą.
Skoro postanowiłam to wzięłam się naukowo do dzieła. Poczytałam trochę, poszperałam w internecie, zapoznałam się z pochodzeniem, rodzajami i sposobem przygotowania. Od przyjaciela dowiedziałam się o przepisie Apicjusza, który będę musiał kiedyś przetestować, a póki co wybrałam się do miejsca gdzie można kupić wszystko po czarną gorczycę. Po drodze zaszłam jeszcze po ocet z białego wina. Sprawdziłam czy mam wszystkie składniki, a mianowicie:
3 łyżki czarnej gorczycy
5 łyżek żółtej albo białej, raczej żółtej gorczycy
8 łyżek octu z białego wina
4 + 6 łyżek wody
sól
2 łyżki miodu lipowego
Wszytko było, nawet woda. Do miski wsypałam gorczycę, wlałam osiem łyżek octu i cztery łyżki wody. Przykryłam folią spożywczą i wstawiłam do lodówki. Kiedy na drugi dzień gorczyca spuchła wzięłam się za ucieranie. Uznałam, że skoro już robię musztardę to użyję moździerza. Połowę gorczycy przełożyłam do naczynia, dodałam płaską łyżkę miodu lipowego, trzy łyżki wody i trzy szczypty soli. Dzielnie ucierałam, konsystencja już była całkiem kremowa, a smak całkiem niezły. Jednak ziarenka nadal były za duże. Postanowiłam, że spróbuję innej metody. Drugą część spuchniętej gorczycy przełożyłam do blendera, dałam trzy łyżki wody, płaską łyżkę miodu i trzy szczypty soli. Ziarenka były lepiej rozdrobnione, a smak taki sam, zawartość moździerza przełożyłam do blendera i zmiksowałam całość. Udało się. Smakowała lepiej niż taka zwykła ze sklepu. Zamknęłam krem z gorczycy w słoiku. Wydaje mi się, że jak się przegryzie będzie jeszcze lepsza. Mam w planach kilka następnych prób, w końcu zaczął się sezon grillowy.
Skoro postanowiłam to wzięłam się naukowo do dzieła. Poczytałam trochę, poszperałam w internecie, zapoznałam się z pochodzeniem, rodzajami i sposobem przygotowania. Od przyjaciela dowiedziałam się o przepisie Apicjusza, który będę musiał kiedyś przetestować, a póki co wybrałam się do miejsca gdzie można kupić wszystko po czarną gorczycę. Po drodze zaszłam jeszcze po ocet z białego wina. Sprawdziłam czy mam wszystkie składniki, a mianowicie:
3 łyżki czarnej gorczycy
5 łyżek żółtej albo białej, raczej żółtej gorczycy
8 łyżek octu z białego wina
4 + 6 łyżek wody
sól
2 łyżki miodu lipowego
Wszytko było, nawet woda. Do miski wsypałam gorczycę, wlałam osiem łyżek octu i cztery łyżki wody. Przykryłam folią spożywczą i wstawiłam do lodówki. Kiedy na drugi dzień gorczyca spuchła wzięłam się za ucieranie. Uznałam, że skoro już robię musztardę to użyję moździerza. Połowę gorczycy przełożyłam do naczynia, dodałam płaską łyżkę miodu lipowego, trzy łyżki wody i trzy szczypty soli. Dzielnie ucierałam, konsystencja już była całkiem kremowa, a smak całkiem niezły. Jednak ziarenka nadal były za duże. Postanowiłam, że spróbuję innej metody. Drugą część spuchniętej gorczycy przełożyłam do blendera, dałam trzy łyżki wody, płaską łyżkę miodu i trzy szczypty soli. Ziarenka były lepiej rozdrobnione, a smak taki sam, zawartość moździerza przełożyłam do blendera i zmiksowałam całość. Udało się. Smakowała lepiej niż taka zwykła ze sklepu. Zamknęłam krem z gorczycy w słoiku. Wydaje mi się, że jak się przegryzie będzie jeszcze lepsza. Mam w planach kilka następnych prób, w końcu zaczął się sezon grillowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


