Lato, lato, lato i tyle świeżych warzyw wszędzie. Jednym z moich ulubionych sposobów na szybki obiad z warzywami w roli głównej są warzywa na ciepło z patelni. Oczywiście nie wszystkie jakie tylko znajdę w domu. Mam swój ulubiony zestaw, który współgra smakowo i kolorystycznie.
Bazą jest moja ukochana oberżyna. Do przygotowania lekkigo obiadu potrzeba:
bakłażana
cukinię
paprykę (najlepiej żółtą i czerwoną)
czerwoną cebulę
fetę
czarny pieprz
sól
oliwę z oliwek
W jakiej ilości wrzucimy dane warzywo na patelnię zależy tylko od zainteresowanych. Bakłażana po rozkrojeniu na pół solę i czekam na gorzkie łzy, które wycieram ręcznikiem papierowym, następnie kroję go w kostkę i razem z cukinią pokrojoną tak samo wrzucam na patelnię, dodaję do nich cebulę pokrojoną w piórka. Posypuje solą i czekam kilka minut, po czym dodaję paprykę pokrojoną w kostkę. Przez cały czas mieszam warzywa, żeby nie przywarły. Ściągam patelnię z kuchenki, kruszę ser i obsypuję świeżo zmielonym czarnym pieprzem, pozostaje tylko wyciągnąć widelec i się zajadać.
Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cukinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cukinia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 sierpnia 2017
czwartek, 5 maja 2016
Makaron z sardynkami - szybki, prosty obiad
Chciałam ugotować coś innego. Jednak jak poszłam na zakupy to okazało się, że najważniejszych składników nie ma! No cóż, musiałam szybko coś zaimprowizować, bo inaczej nie byłoby obiadu. Pomyślałam, że zrobię tak jak z reguły robi mój mąż. Postawię na rybę. Mimo, że trwał jeszcze tydzień włoski wszystkie fajne rybki były wykupione. Musiałam się zadowolić puszką zwykłych sardynek w oleju. Oto lista składników, które były mi potrzebne do tego szybkiego obiadu:
puszka sardynek w oleju
2 ząbki czosnku
mała cukinia
pół papryki
puszka krojonych pomidorów
makaron (porcja dla dwóch osób)
grana padano
sól
czarny pieprz
Sardynki wrzuciłam na rozgrzaną patelnię, nieco je rozdrabniając. Dodałam do nich czosnek pokrojony w plasterki. Kiedy białe trójkąciki zarumieniły się odrobinę dorzuciłam cukinię pociętą w plastry i paprykę pokrojoną w kostkę. Wszystko zalałam zawartością puszki z pokrojonymi pomidorami, przykryłam pokrywą i zostawiłam na małym ogniu na kilka minut. Na koniec doprawiłam solą, czarnym pieprzem i wymieszałam z wcześniej ugotowanym makaronem. Podałam z grana padano.
puszka sardynek w oleju
2 ząbki czosnku
mała cukinia
pół papryki
puszka krojonych pomidorów
makaron (porcja dla dwóch osób)
grana padano
sól
czarny pieprz
Sardynki wrzuciłam na rozgrzaną patelnię, nieco je rozdrabniając. Dodałam do nich czosnek pokrojony w plasterki. Kiedy białe trójkąciki zarumieniły się odrobinę dorzuciłam cukinię pociętą w plastry i paprykę pokrojoną w kostkę. Wszystko zalałam zawartością puszki z pokrojonymi pomidorami, przykryłam pokrywą i zostawiłam na małym ogniu na kilka minut. Na koniec doprawiłam solą, czarnym pieprzem i wymieszałam z wcześniej ugotowanym makaronem. Podałam z grana padano.
czwartek, 17 marca 2016
Szybki obiad dla dwojga z pęczakiem w roli głównej
Chodziła za mną ostatnio kasza. Do tego stopnia, że wszędzie jakąś widziałam, a najbardziej nachalny był pęczak. Skończyło się na tym, że dłużej nie mogłam się opierać pokusie i ugotowałam pół paczki tej kaszy. Zamiast ziemniaków do kotleta był świetny. Okazało się, że 200g pęczaku to strasznie dużo i zostało go sporo na drugi dzień. Niejadek miała swoją wizję obiadu. Uznał, że rosół z makaronem mu wystarczy i drugiego jeść nie chce. Dlatego z pozostałej kaszy przygotowałam danie dla dwojga, czyszcząc przy okazji lodówkę z niedojedzonych warzyw. Nie oznacza to, że posiłek był byle jakim eintopfem bez wyrazistego smaku. Uważam, że danie które wykreowałam na wielkiej patelni jest jak najbardziej godne powtórzenia. Do przygotowania porcji dla dwóch osób potrzeba:
100g ugotowanego pęczaku
1 malutką cukinię
1/2 fenkułu
1/2 czerwonej cebuli
różową sól
czerwony pieprz
sok z cytryny
olej
Na rozgrzany olej (użyłam oleju z pestek winogron) wrzuciłam pokrojoną w plasterki cukinię oraz fenkuł i cebulę pocięte w piórka. Kiedy warzywa zmiękły dodałam kaszę, dokładnie wymieszałam i przykryłam, żeby się poddusiło ok. 5 minut na małym ogniu. Patelnię zdjęłam z kuchenki skropiłam danie sokiem z cytryny i nałożyłam na talerze. Ostatecznego kształtu dodałam obsypując potrawę świeżo utartym w moździerzu czerwonym pieprzem wymieszanym z różową solą himalajską. Przygotowanie posiłku trwało jakieś 15 minut. W sam raz coś dla zapracowanych osób.
100g ugotowanego pęczaku
1 malutką cukinię
1/2 fenkułu
1/2 czerwonej cebuli
różową sól
czerwony pieprz
sok z cytryny
olej
Na rozgrzany olej (użyłam oleju z pestek winogron) wrzuciłam pokrojoną w plasterki cukinię oraz fenkuł i cebulę pocięte w piórka. Kiedy warzywa zmiękły dodałam kaszę, dokładnie wymieszałam i przykryłam, żeby się poddusiło ok. 5 minut na małym ogniu. Patelnię zdjęłam z kuchenki skropiłam danie sokiem z cytryny i nałożyłam na talerze. Ostatecznego kształtu dodałam obsypując potrawę świeżo utartym w moździerzu czerwonym pieprzem wymieszanym z różową solą himalajską. Przygotowanie posiłku trwało jakieś 15 minut. W sam raz coś dla zapracowanych osób.
sobota, 16 maja 2015
Kasza jaglana z cukinią i pieczarkami
Z całym uporem wykopałam pokłady silnej woli zakopane gdzieś głęboko i zaczęłam się racjonalnie odżywiać. Z domu do pracy nie mam za blisko i godziny spędzone w mieście sprzyjają jedzeniu w okolicznych kantynach i knajpkach. Obiecałam sobie, że kończę z tym i dzielnie robię sobie sama kanapki i przygotowuję obiady tak, żebym mogła je podgrzać w pracy. Staram się przygotowywać stałe posiłki. Każda nawet najgęstsza zupa stwarza ryzyko wylania. A zawartość torebki utytłana w lepkiej mazi nie jest czymś co poprawia nastrój w poniedziałkowy poranek.
Najczęściej nie muszę nawet specjalnie robić zakupów, żeby zmontować obiad. Ostatnio po przebobrowaniu lodówki i szafek, udało mi się przygotować całkiem nieźle wyglądające, aromatyczne i na prawdę smaczne danie z kaszą jaglaną w roli głównej.
Do przygotowania obiadu użyłam:
100g kaszy jaglanej
200g pieczarek
1 małą cukinię
sól
czarny pieprz
sok z limonki
czosnek niedźwiedzi
masło
olej orzechowy
Pieczarki posypane solą podsmażyłam na maśle z dodatkiem oleju z orzechów włoskich. Lubię kiedy grzyby mają taką aromatyczną nutę. Kidy były prawie gotowe dorzuciłam cukinię pokrojoną w plastry i skropiłam sokiem z limonki. Chciałam, żeby zmiękła ale zachowała świeży kolor. Trzymałam przez chwilę na patelni. Kiedy było już gotowe przyprawiłam czosnkiem niedźwiedzim i czarnym pieprzem. Kasza jaglana w międzyczasie się ugotowała, więc wszystko wymieszałam. Obiad na dwa dni jak nic.
Najczęściej nie muszę nawet specjalnie robić zakupów, żeby zmontować obiad. Ostatnio po przebobrowaniu lodówki i szafek, udało mi się przygotować całkiem nieźle wyglądające, aromatyczne i na prawdę smaczne danie z kaszą jaglaną w roli głównej.
Do przygotowania obiadu użyłam:
100g kaszy jaglanej
200g pieczarek
1 małą cukinię
sól
czarny pieprz
sok z limonki
czosnek niedźwiedzi
masło
olej orzechowy
Pieczarki posypane solą podsmażyłam na maśle z dodatkiem oleju z orzechów włoskich. Lubię kiedy grzyby mają taką aromatyczną nutę. Kidy były prawie gotowe dorzuciłam cukinię pokrojoną w plastry i skropiłam sokiem z limonki. Chciałam, żeby zmiękła ale zachowała świeży kolor. Trzymałam przez chwilę na patelni. Kiedy było już gotowe przyprawiłam czosnkiem niedźwiedzim i czarnym pieprzem. Kasza jaglana w międzyczasie się ugotowała, więc wszystko wymieszałam. Obiad na dwa dni jak nic.
poniedziałek, 19 maja 2014
Znowu kombinuję co zrobić z kurczakiem wyjętym z rosołu
Coraz bardziej jestem zaskoczona swoją pomysłowość. Jak tak dalej pójdzie będę mogła stworzyć broszurkę z pomysłami na mięso wyjęte z zupy. Rosół to u mnie ostatnio podstawowe danie. Jakiś pomór padł na dom i wszyscy po kolei zaliczają sztafetę grupowo przeziębieniowo zapaleniową. Całe masy gotowanego mięsa zostają mi z zupy. Wyrzucić nie mogę, zwierząt w domu nie mam, a okoliczne koty i tak są tak tłuste, że można je lać po pyskach najlepszą szynką i tak jeść nie będą chciały.
Poszperałam w lodówce i znalazłam cukinię. Zauważyłam pewną prawidłowość u siebie. Jak idę do warzywniaka, to kupuję wszystko jak leci. Trochę tak bez zastanowienia. Wychodzę z założenia, że "przecież coś z tym zrobię", albo najczęściej mam już jakiś pomysł, którego nie mam czasu zrealizować i zostaję jak w tym przypadku z cukinią w ręku.
Jak gotuję rosół na kurczaku to prawie zawsze obdzieram go ze skóry. W tym przypadku miałam do dyspozycji udko. Oprócz udka zużyłam:
marchewkę z rosołu
kawałek cukini
świeżą pieruszkę
kiełki rzeżuchy
sól
czarny pieprz
wodę
Wszysko włożyłam do naczynia żaroodpornego jak na zdjęciu poniżej, przyprawiłam i podlałam wodą. Od dna jakieś niecały centymetr. Kiedy cukinia nabrała ładnego koloru danie było gotowe. Kurczak wyszedł całkiem soczysty, a bałam się, że go ususzę.
Poszperałam w lodówce i znalazłam cukinię. Zauważyłam pewną prawidłowość u siebie. Jak idę do warzywniaka, to kupuję wszystko jak leci. Trochę tak bez zastanowienia. Wychodzę z założenia, że "przecież coś z tym zrobię", albo najczęściej mam już jakiś pomysł, którego nie mam czasu zrealizować i zostaję jak w tym przypadku z cukinią w ręku.
Jak gotuję rosół na kurczaku to prawie zawsze obdzieram go ze skóry. W tym przypadku miałam do dyspozycji udko. Oprócz udka zużyłam:
marchewkę z rosołu
kawałek cukini
świeżą pieruszkę
kiełki rzeżuchy
sól
czarny pieprz
wodę
Wszysko włożyłam do naczynia żaroodpornego jak na zdjęciu poniżej, przyprawiłam i podlałam wodą. Od dna jakieś niecały centymetr. Kiedy cukinia nabrała ładnego koloru danie było gotowe. Kurczak wyszedł całkiem soczysty, a bałam się, że go ususzę.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Omlet! Pyszne, ciepłe śniadanie w wersji włoskiej
Kanapka to najprostszy sposób na śniadanie. Automatycznie sięga się po pieczywo i coś do niego. Sama z resztą tak robię. Inną opcja jest jajecznica, której nie znoszę, preferuję raczej jajka sadzone. Omlet robię bardzo rzadko, a szkoda. Sama na siebie dzisiaj z tego powodu nakrzyczałam. Jest to przecież danie z jajek, które ma nieskończoną ilość wariantów. Gama smaków jest niesamowicie bogata! Może być na słodko, kwaśno, ostro... Ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia.
Dzisiaj rano miałam straszną ochotę na warzywa, a że wieczorem była pizza na kolację miała w czym wybierać. Ochota na włoską kuchnię mi nie minęła i śniadanie było w takim właśnie klimacie. Danie było na dwie osoby i ciężko określić mi ilość jajek (miałam w lodówce kilka przepiórczych i postanowiłam je zużyć), w końcu wszystko wymieszałam w jednej misce. Z tych powodów nie będę podawał proporcji. Do mojego włoskiego omlety potrzebowała:
jajka
mąkę pszenną
cukinię
pomidorki koktajlowe
paprykę
świeżą bazylię
świeżą pietruszkę
czarny pieprz
sól
olej
Jajka roztrzepałam z mąką. Wsypałam do miski cukinię, pomidorki i paprykę wszystko odpowiednio pokrojone w plasterki, ćwiartki i kostkę. Zioła pocięłam drobno nożyczkami, dosypałam soli, czarnego pieprzu i smażyłam. Przepadam za rukolą więc na talerzu wylądowała jeszcze garść zielonych listków.
Dzisiaj rano miałam straszną ochotę na warzywa, a że wieczorem była pizza na kolację miała w czym wybierać. Ochota na włoską kuchnię mi nie minęła i śniadanie było w takim właśnie klimacie. Danie było na dwie osoby i ciężko określić mi ilość jajek (miałam w lodówce kilka przepiórczych i postanowiłam je zużyć), w końcu wszystko wymieszałam w jednej misce. Z tych powodów nie będę podawał proporcji. Do mojego włoskiego omlety potrzebowała:
jajka
mąkę pszenną
cukinię
pomidorki koktajlowe
paprykę
świeżą bazylię
świeżą pietruszkę
czarny pieprz
sól
olej
Jajka roztrzepałam z mąką. Wsypałam do miski cukinię, pomidorki i paprykę wszystko odpowiednio pokrojone w plasterki, ćwiartki i kostkę. Zioła pocięłam drobno nożyczkami, dosypałam soli, czarnego pieprzu i smażyłam. Przepadam za rukolą więc na talerzu wylądowała jeszcze garść zielonych listków.
czwartek, 5 września 2013
Ze słoikami to było tak... cukinia i kabaczek, i papryka, i...
Któregoś piątkowego popołudnia przyjechało do mnie dziesięć kilogramów cukinii, wielki wór fasoli szparagowej, seler, marchew, por, kabaczka i cebula. Niby od przybytku głowa nie boli, tylko szkoda, żeby warzywa się popsuły. Załamałam ręce i uznałam, że jedynym słusznym rozwiązaniem są słoiki. Sama cukinia to trochę za mało i musiałam zadbać jeszcze o jakieś towarzystwo. Kupiłam dwa kilogramy pomidorów lima i pięć kilogramów papryki, trochę żółtej, trochę czerwonej i cztery papryczki chilli. W planach miałam leczo, cukinie w marynacie curry, paprykę bez skóry do sałatek, pastę paprykową i kawior z kabaczka. Nie miałam w tegorocznej perspektywie jakichkolwiek przetworów. Dlaczego? Po prostu nie mam gdzie ich trzymać. Poza tym musiałam skoczyć do mojego ulubionego Społem, gdzie można kupić wszystko po słoiki, bo miałam w domu tylko jeden po ogórkach.
Na pierwszy ogień poszło leczo i papryka do sałatek. Podstawowy problem z papryką polega na obraniu jej ze skóry. Sposób na ten proceder sprzedał mi kolega. Paprykę bez gniazd ułożoną na papierze do pieczenia, wsadza się do piekarnika rozgrzanego do jakiś 180ºC i trzeba poczekać aż się przypiecze. Nie pamiętam ile czasu to trwało, ale wiem teraz jedno - lepiej nie mieszać gatunków. Proces się udał, ale miąższ żółtych był dużo bardziej rozmięknięty niż czerwonych. Kiedy papryki są przypieczone trzeba je włożyć do woreczka foliowego i szczelnie zamknąć. Najwygodniejsze są woreczki strunowe.Chociaż wydaje mi się, że szczelne plastikowe pudełko też mogłoby się sprawdzić. Kiedy papryka wystygnie miąsz sam odchodzi od skóry.
Obrałam jeszcze pomidory. Leczo było bez mięsa- taka baza na szybki obiad. Do jego przygotowania potrzebowałam:
1 dużą cebulę
1 średnią cukinię
2 kg pomidorów lima
4 papryki bez skóry
olej
sól
czarny pieprz
ostrą paprykę w proszku
tabasco
Cebule podsmażyłam. Warzywa pokrojone w kostkę wrzuciłam do dużego garnka, kiedy zmiękły dodałam do nich cebule z olejem z patelni, przyprawiłam i pozwoliłam się im jeszcze trochę pogotować. Potem zostało mi tylko wekowanie. Mam już nawet plan na zupę z takiego jednego słoika, ale o tym kiedy indziej.
Resztę cukinii, którą dostałam, pokroiłam w kostkę i zatopiłam w zalewie curry. Do przygotowania zalewy potrzebowałam:
1,5 l wody
1,5 szklanki octu
2 szklanki cukru
1 łyżkę curry
Wszystko trzeba zagotować, a potem wystudzić. Do słoików na dno włożyłam plastry cebuli i po łyżeczce żółtej gorczycy. Potem kostki cukinii i na wierzch listki selera. Zalałam marynatą i finito.
Po całej zabawie byłam zaskoczona ile frajdy może sprawić przygotowywanie jedzenia na zimę. Myślę, że przeprowadzę jeszcze jedną taką akcję w tym roku.
1 średnią cukinię
2 kg pomidorów lima
4 papryki bez skóry
olej
sól
czarny pieprz
ostrą paprykę w proszku
tabasco
Cebule podsmażyłam. Warzywa pokrojone w kostkę wrzuciłam do dużego garnka, kiedy zmiękły dodałam do nich cebule z olejem z patelni, przyprawiłam i pozwoliłam się im jeszcze trochę pogotować. Potem zostało mi tylko wekowanie. Mam już nawet plan na zupę z takiego jednego słoika, ale o tym kiedy indziej.
Resztę cukinii, którą dostałam, pokroiłam w kostkę i zatopiłam w zalewie curry. Do przygotowania zalewy potrzebowałam:
1,5 l wody
1,5 szklanki octu
2 szklanki cukru
1 łyżkę curry
Wszystko trzeba zagotować, a potem wystudzić. Do słoików na dno włożyłam plastry cebuli i po łyżeczce żółtej gorczycy. Potem kostki cukinii i na wierzch listki selera. Zalałam marynatą i finito.
Po całej zabawie byłam zaskoczona ile frajdy może sprawić przygotowywanie jedzenia na zimę. Myślę, że przeprowadzę jeszcze jedną taką akcję w tym roku.
niedziela, 11 sierpnia 2013
Jeden garnek w sezonie
Środek lata, środek sezonu paprykowo-cukiniowego, aż szkoda nie wykorzystać takiej okazji. Od jakiegoś czasu rozpisuję się o cukiniach, a ostatnio pisałam o papryce. Jedno i drugie można nafaszerować, tylko po co skoro łatwiej wrzucić je do jednego gara i mieć obiad z głowy. Jestem zaprzysiężoną zwolenniczką prostych i szybkich obiadów, leczo do takich zdecydowanie należy. Jako dziecko wyrzucałam zawsze mięso i moczyłam chleb w pomidorowym sosie, często zostawiając na talerzu warzywa. Mój syn kategorycznie odmawia chociaż spróbowania. Wiem, że się powtarzam pisząc, że to kwestia wieku, ale jest to zjawisko które mnie fascynuje. Zastanawiam się czy za parę lat przekonam się do podrobów. Co prawda na dobrze zrobioną wątróbkę mogę się skusić, jednak pierogi z płuckami nie przejdą.
Wracając do lecza. Jak wiadomo musi być z kiełbasą. Ja wybieram zawsze myśliwską, taki sentyment z dzieciństwa, poza tym lubię kiełbasy podsuszane. Leczo można zrobić na kilka sposobów. Niektórzy dodają bakłażana i zioła prowansalskie, jak mój kolega na przykład. Ja od tych ziół stronię bo nie lubię po prostu tej mieszanki, suszony rozmaryn mi w niej przeszkadza, wolę go w świeżej wersji. Moje leczo jest czerwono-zielone, bez ziół i ostre. Do jego przygotowania potrzebuję:
2 łyżki oleju
3 kiełbaski myśliwskie
4 duże dojrzałe pomidory
1 paprykę
1 małą cukinię
1 cebulę
2 czerwone peperoni
sól
czarny pieprz
Kiełbasę pokrojoną w plasterki podsmażam, kiedy jest już mocno rumiana, dodaję drobno posiekaną cebulę. W międzyczasie obieram ze skóry pomidory i wrzucam je posiekane do garnka razem z pokrojoną w kostkę cukinią, papryką i dwoma papryczkami pepperoni w całości. Solę wszystko i czekam aż warzywa zmiękną, wtedy dodaję usmażoną kiełbasę z cebulą. Gotuję to jeszcze przez jakiś czas, żeby smaki się zmieszały, a na sam koniec dodaję czarny pieprz. Podaję z pieczywem, ale to już takie moje widzimisię.
Wracając do lecza. Jak wiadomo musi być z kiełbasą. Ja wybieram zawsze myśliwską, taki sentyment z dzieciństwa, poza tym lubię kiełbasy podsuszane. Leczo można zrobić na kilka sposobów. Niektórzy dodają bakłażana i zioła prowansalskie, jak mój kolega na przykład. Ja od tych ziół stronię bo nie lubię po prostu tej mieszanki, suszony rozmaryn mi w niej przeszkadza, wolę go w świeżej wersji. Moje leczo jest czerwono-zielone, bez ziół i ostre. Do jego przygotowania potrzebuję:
2 łyżki oleju
3 kiełbaski myśliwskie
4 duże dojrzałe pomidory
1 paprykę
1 małą cukinię
1 cebulę
2 czerwone peperoni
sól
czarny pieprz
Kiełbasę pokrojoną w plasterki podsmażam, kiedy jest już mocno rumiana, dodaję drobno posiekaną cebulę. W międzyczasie obieram ze skóry pomidory i wrzucam je posiekane do garnka razem z pokrojoną w kostkę cukinią, papryką i dwoma papryczkami pepperoni w całości. Solę wszystko i czekam aż warzywa zmiękną, wtedy dodaję usmażoną kiełbasę z cebulą. Gotuję to jeszcze przez jakiś czas, żeby smaki się zmieszały, a na sam koniec dodaję czarny pieprz. Podaję z pieczywem, ale to już takie moje widzimisię.
poniedziałek, 15 lipca 2013
Bezglutenowe placuszki z łososiem
Wybrałam się w odwiedziny do rodziców.
Nie zawsze jestem na bieżąco z tym co się u nich dzieje. Jak
przyjechałam to się okazało, że moja siostra nie toleruje
glutenu. Widziałam w restauracyjnych menu znaczki, że danie jest
bezglutenowe, słyszałam, że ktoś ma nietolerancje na gluten, ale
co to i czego nie można jeść, to nie wiedziałam. Samo pojęcie
słyszałam, ale definicję... No cóż dopóki nas coś bezpośrednio
nie dotyczy to mało nas to obchodzi.
Skoro problem zaczął mnie pośrednio dotyczyć,a i tak grasowałam w kuchni uznałam, że coś jej przygotuję. Nie bardzo wiedziałam, czego mogę użyć. Znalazłam długą tabelkę w internecie. Skonfrontowałam jej zawartość z zawartością lodówki i szafek, a w efekcie końcowym pojawił się recept. Usmażyłam placuszki z łososiem. Do ich przygotowania potrzeba:
1/2 szklanki kaszy kukurydzianej
1 puszkę łososia w oleju
4 papryczki pepperoni
2 jajka
sól
pieprz kolorowy
Kaszę kukurydzianą ugotowałam według zaleceń, kiedy wystygła przełożyłam ją do miski, dodałam odsączonego łososia i pokrojone drobno papryczki. Wbiłam dwa jajka, przyprawiłam solą i pieprzem i usmażyłam na oleju kukurydzianym, bo taki akurat znalazłam.
Same placki to trochę mało. Przygotowałam do nich cukinię z melonem miodowym. Trochę minęła mi mania na cukinię, ale jeszcze nie do końca. Lubię ją zestawiać ze słodkimi owocami. Zabrakło mi granatu, niestety nigdzie w okolicy nie można było dostać. Planowałam gotowe danie posypać świeżymi czerwonymi kuleczkami, no cóż nie można mieć wszystkiego. Do przygotowania cukinii oprócz patelni grillowej potrzebowałam:
1 średnią cukinię
1/2 melona miodowego
pieprz
sól
1/2 cytryny (sok)
Cukinię pokroiłam w cienkie półksiężyce, przełożyłam na rozgrzaną patelnię. Mieszałam dosyć często i czekałam, aż cukinia się zarumieni, wtedy wrzuciłam na patelnię pokrojonego w cienkie plasterki melona. Odparowałam zawartość patelni, przyprawiłam, dodałam sok z cytryny i na tym koniec.
Skoro problem zaczął mnie pośrednio dotyczyć,a i tak grasowałam w kuchni uznałam, że coś jej przygotuję. Nie bardzo wiedziałam, czego mogę użyć. Znalazłam długą tabelkę w internecie. Skonfrontowałam jej zawartość z zawartością lodówki i szafek, a w efekcie końcowym pojawił się recept. Usmażyłam placuszki z łososiem. Do ich przygotowania potrzeba:
1/2 szklanki kaszy kukurydzianej
1 puszkę łososia w oleju
4 papryczki pepperoni
2 jajka
sól
pieprz kolorowy
Kaszę kukurydzianą ugotowałam według zaleceń, kiedy wystygła przełożyłam ją do miski, dodałam odsączonego łososia i pokrojone drobno papryczki. Wbiłam dwa jajka, przyprawiłam solą i pieprzem i usmażyłam na oleju kukurydzianym, bo taki akurat znalazłam.
Same placki to trochę mało. Przygotowałam do nich cukinię z melonem miodowym. Trochę minęła mi mania na cukinię, ale jeszcze nie do końca. Lubię ją zestawiać ze słodkimi owocami. Zabrakło mi granatu, niestety nigdzie w okolicy nie można było dostać. Planowałam gotowe danie posypać świeżymi czerwonymi kuleczkami, no cóż nie można mieć wszystkiego. Do przygotowania cukinii oprócz patelni grillowej potrzebowałam:
1 średnią cukinię
1/2 melona miodowego
pieprz
sól
1/2 cytryny (sok)
Cukinię pokroiłam w cienkie półksiężyce, przełożyłam na rozgrzaną patelnię. Mieszałam dosyć często i czekałam, aż cukinia się zarumieni, wtedy wrzuciłam na patelnię pokrojonego w cienkie plasterki melona. Odparowałam zawartość patelni, przyprawiłam, dodałam sok z cytryny i na tym koniec.
wtorek, 11 czerwca 2013
Placuszki z cukinią
Już w zeszłym
tygodniu zapowiadałam, że nie przestanę pisać o cukinii.
Początkowo chciałam zrobić faszerowaną, ale jakoś zabrakło mi
inwencji twórczej. Za oknem ostatnio sam deszcz i żadnego słońca.
Gdyby było cieplej pewnie nie brałabym się za smażenie, ale przy
takiej pogodzie... Cóż uznałam, że dawno nie jadłam kaszy
jęczmiennej i cukinia znowu zerka z kosza z warzywami. Tak narodził
się koncept placuszków. Warunki pogodowe sprzyjały, składniki
były pod ręką, więc co się tu zastanawiać. Ugotowałam kaszę i
zabrałam się za warzywa. Do przygotowania placuszków z cukinią
potrzeba:
100g kaszy jęczmiennej
1 mała cukinia
1/2 czerwonej papryki
1 mała cebula
2 łyżki otrębów pszennych
2 łyżki otrębów żytnich
2 jajka
skórka z cytryny
bułka tarta
sól
czarny pieprz
oliwa z oliwek
Placki w zasadzie można zrobić z wszystkiego. Jedyne co może być ograniczeniem w tej kwestii to wyobraźnia. Mam wrażenie, że zaczynam sobie coraz śmielej na tym polu poczynać. Już dawno wyszłam poza placki ziemniaczane, które uwielbiam, ale niosą one za sobą pewne niebezpieczeństwo. Po usmażeniu ma się wrażenie, że jeden taki wielki placek za człowiekiem cały czas chodzi. Czuć go, tylko coś nie widać. Mniejsza o ziemniaczane. Ugotowaną kaszę przełożyłam do miski, cukinię w skórce starłam na dużych oczkach, dodałam pokrojoną w drobną kostkę paprykę i cebulę, wsypałam otręby . Wymieszałam wszystko, podsypałam solą i pieprzem, oskalpowałam cytrynę i wbiłam dwa jajka. Masa była za mało zwarta więc dosypałam bułki tartej. Nie duże placuszki smażyłam z obu stron na oliwie z oliwek na złoty kolor.
Mało odkrywcza propozycja obiadowa, ale zawsze to coś innego niż schabowy i ziemniaki. Dodatkiem do placuszków z cukinią była fasola masłowa. Wiwat warzywa!
100g kaszy jęczmiennej
1 mała cukinia
1/2 czerwonej papryki
1 mała cebula
2 łyżki otrębów pszennych
2 łyżki otrębów żytnich
2 jajka
skórka z cytryny
bułka tarta
sól
czarny pieprz
oliwa z oliwek
Placki w zasadzie można zrobić z wszystkiego. Jedyne co może być ograniczeniem w tej kwestii to wyobraźnia. Mam wrażenie, że zaczynam sobie coraz śmielej na tym polu poczynać. Już dawno wyszłam poza placki ziemniaczane, które uwielbiam, ale niosą one za sobą pewne niebezpieczeństwo. Po usmażeniu ma się wrażenie, że jeden taki wielki placek za człowiekiem cały czas chodzi. Czuć go, tylko coś nie widać. Mniejsza o ziemniaczane. Ugotowaną kaszę przełożyłam do miski, cukinię w skórce starłam na dużych oczkach, dodałam pokrojoną w drobną kostkę paprykę i cebulę, wsypałam otręby . Wymieszałam wszystko, podsypałam solą i pieprzem, oskalpowałam cytrynę i wbiłam dwa jajka. Masa była za mało zwarta więc dosypałam bułki tartej. Nie duże placuszki smażyłam z obu stron na oliwie z oliwek na złoty kolor.
Mało odkrywcza propozycja obiadowa, ale zawsze to coś innego niż schabowy i ziemniaki. Dodatkiem do placuszków z cukinią była fasola masłowa. Wiwat warzywa!
wtorek, 4 czerwca 2013
Ukochany blog czyli przerwany łańcuszek, a na koniec warzywa z patelni i znowu cukinia
Planowałam napisać
dzisiaj o szybkim obiedzie z cukinii, jednak po sprawdzeniu maila
moje plany uległy zmianie. Zostałam nominowana do Libster Blog
Award. Przegryzłam się przez całą masę zaskoczonych i
rozanielonych wpisów na różnych blogach. Niestety nie znalazłam,
żadnej sensownej odpowiedzi na pytanie co to za nagroda. Chyba
powinnam się cieszyć, skoro wszyscy inni się cieszyli. Tylko z
czego?
Formuła Libster Blog Award z tego co zauważyłam przypomina łańcuszek. Coś co chyba wkurza większość ludzi, a ja nie należę do wyjątków. Dodatkowo trzeba odpowiedzieć na jedenaście pytań. Nie wiem czemu ktoś chciał by wiedzieć jakie mam preferencje odnośnie ciepłych napojów. Jak już dopełnię tej formalności, muszę wymyślić kolejne jedenaście abstrakcyjnych pytań a'la złote myśli i rozesłać je jedenastu nieszczęśnikom, którzy będą musieli zrobić to samo.
W opisie znalazłam, że powinny to być osoby z mniejszą ilością obserwatorów. U mnie nie ma żadnych, a ja obserwuję lepszych od siebie. Stoję przed zadaniem mozolnego wyszukania jedenastu blogów, których wcześniej nie widziałam. Potem na chybił trafił roześlę nominację do nagrody, którą powinno się nadawać, jak z nazwy wynika czemuś ukochanemu. Rozumiem oczywiście, że chodzi tu o rozprzestrzenianie informacji o własnym blogu, jednak taka metoda mi nie odpowiada.
Po raz kolejny wytrząsam się nad czymś, zamiast zająć się konstruktywnym opisywaniem moich subiektywnych wrażeń kuchennych. Cóż... Co prawda spodziewałam się, że kiedyś spotka mnie jakieś popularne w świecie blogów zjawisko, ale nie spodziewałam się go tak szybko.Czuję się zaskoczona i zdezorientowana.
Kończąc mój wywód. Była bym bardzo wdzięczna, gdyby ktoś mógł mi podać oficjalną stronę tej nagrody i/ albo chociaż jakiś regulamin. Bardzo chciałabym zrozumieć jej sens. Tymczasem mimo całej garści wątpliwości i negatywnych uwaga, chciałabym serdecznie podziękować Oliwi z Delicious Journey za nominację. Gorąco zapraszam na jej blog, bo jest co poczytać i można zainspirować się przed wejściem do kuchni. Jednak nie będę odpowiadała na pytania, ani przesyłała nominacji dalej, dopóki nie dowiem się na czym to tak naprawdę polega i kto to wymyśliła. Jedno co mnie cieszy, to to że za nie przekazanie łańcuszka dalej nie grozi jakaś klątwa. W tych tradycyjnych przekazywanych przez listonosza i tych mailowych były zawsze groźby. Jak z tortu dla mojego syna, który będę piekła w łikend wyjdzie mi zakalec, to zacznę rzucać uroki.
Troszkę zgłodniałam przez ten wywód. Dlatego krótko na koniec o moim obiedzie, którego jeszcze trochę mi zostało i zaraz go dokończę. Był nisko kaloryczny i szybki. Zrobiłam dwa warzywa z patelni.
Prócz patelni użyłam:
1 małą cukinię
1 małą czerwoną paprykę
1 garść niesolonych orzeszków ziemnych
1 cytrynę
1 łyżkę octu winnego balsamico
sól
czarny pieprz
Umytą paprykę pokroiłam prawie w zapałki, a cukinię (też umytą) w plasterki. W między czasie na rozgrzaną patelnię wrzuciłam fistaszki i je uprażyłam. Orzeszki przełożyłam do miski, a na patelnie wyłożyłam warzywa, posoliłam odrobinę i polałam octem. Mieszałam żeby nie przywarły, kiedy zrobiły się miękkie odrobinę podlałam wodą, dodałam trochę soku z cytryny, przyprawiłam solą i czarnym, świeżo zmielonym pieprzem. Gotowe. Przełożyłam do miski i posypałam skórką z cytryny.
Ostatnio nęci mnie cukinia. W zeszłym tygodniu pisałam o niej i o mango, w tym znowu się pojawia, coś czuję, że niedługo będzie faszerowana.
Formuła Libster Blog Award z tego co zauważyłam przypomina łańcuszek. Coś co chyba wkurza większość ludzi, a ja nie należę do wyjątków. Dodatkowo trzeba odpowiedzieć na jedenaście pytań. Nie wiem czemu ktoś chciał by wiedzieć jakie mam preferencje odnośnie ciepłych napojów. Jak już dopełnię tej formalności, muszę wymyślić kolejne jedenaście abstrakcyjnych pytań a'la złote myśli i rozesłać je jedenastu nieszczęśnikom, którzy będą musieli zrobić to samo.
W opisie znalazłam, że powinny to być osoby z mniejszą ilością obserwatorów. U mnie nie ma żadnych, a ja obserwuję lepszych od siebie. Stoję przed zadaniem mozolnego wyszukania jedenastu blogów, których wcześniej nie widziałam. Potem na chybił trafił roześlę nominację do nagrody, którą powinno się nadawać, jak z nazwy wynika czemuś ukochanemu. Rozumiem oczywiście, że chodzi tu o rozprzestrzenianie informacji o własnym blogu, jednak taka metoda mi nie odpowiada.
Po raz kolejny wytrząsam się nad czymś, zamiast zająć się konstruktywnym opisywaniem moich subiektywnych wrażeń kuchennych. Cóż... Co prawda spodziewałam się, że kiedyś spotka mnie jakieś popularne w świecie blogów zjawisko, ale nie spodziewałam się go tak szybko.Czuję się zaskoczona i zdezorientowana.
Kończąc mój wywód. Była bym bardzo wdzięczna, gdyby ktoś mógł mi podać oficjalną stronę tej nagrody i/ albo chociaż jakiś regulamin. Bardzo chciałabym zrozumieć jej sens. Tymczasem mimo całej garści wątpliwości i negatywnych uwaga, chciałabym serdecznie podziękować Oliwi z Delicious Journey za nominację. Gorąco zapraszam na jej blog, bo jest co poczytać i można zainspirować się przed wejściem do kuchni. Jednak nie będę odpowiadała na pytania, ani przesyłała nominacji dalej, dopóki nie dowiem się na czym to tak naprawdę polega i kto to wymyśliła. Jedno co mnie cieszy, to to że za nie przekazanie łańcuszka dalej nie grozi jakaś klątwa. W tych tradycyjnych przekazywanych przez listonosza i tych mailowych były zawsze groźby. Jak z tortu dla mojego syna, który będę piekła w łikend wyjdzie mi zakalec, to zacznę rzucać uroki.
Troszkę zgłodniałam przez ten wywód. Dlatego krótko na koniec o moim obiedzie, którego jeszcze trochę mi zostało i zaraz go dokończę. Był nisko kaloryczny i szybki. Zrobiłam dwa warzywa z patelni.
Prócz patelni użyłam:
1 małą cukinię
1 małą czerwoną paprykę
1 garść niesolonych orzeszków ziemnych
1 cytrynę
1 łyżkę octu winnego balsamico
sól
czarny pieprz
Umytą paprykę pokroiłam prawie w zapałki, a cukinię (też umytą) w plasterki. W między czasie na rozgrzaną patelnię wrzuciłam fistaszki i je uprażyłam. Orzeszki przełożyłam do miski, a na patelnie wyłożyłam warzywa, posoliłam odrobinę i polałam octem. Mieszałam żeby nie przywarły, kiedy zrobiły się miękkie odrobinę podlałam wodą, dodałam trochę soku z cytryny, przyprawiłam solą i czarnym, świeżo zmielonym pieprzem. Gotowe. Przełożyłam do miski i posypałam skórką z cytryny.
Ostatnio nęci mnie cukinia. W zeszłym tygodniu pisałam o niej i o mango, w tym znowu się pojawia, coś czuję, że niedługo będzie faszerowana.
sobota, 25 maja 2013
Cukinia mango limonka
Jemy oczami. Niewiele
osób może powiedzieć, że jest inaczej. Jak coś ładnie wygląda to danie
od razu wydaje się być smaczne, choć byłoby to coś czego
przenigdy byśmy do ust nie wzięli. Opakowanie powinno być ładne z
ładnym zdjęciem zachęcającym do konsumpcji. Nie policzę ile razy
się nadziałam na gotowe danie, które na pudełku wyglądało
absolutnie apetycznie, a po otwarciu nie przypominało to jedzenia.
Na talerzu musi być porządek i równowaga kolorystyczna. Kiedy
zabieram się za gotowanie, prawie nigdy nie mam gotowej wizji,
często zastanawiam się nad przyprawami i jakimiś dodatkowymi
smaczkami w trakcie stania nad kuchenką. Wychodzę z założenia, że
jeśli gotowe danie będzie ładnie wyglądało i kolory będą
zrównoważone, to będzie dobrze smakować. Tyczy się to
szczególnie jednogarnkowych i jednopatelniowych dań. Kolor to ważna
rzecz. Melville poświęcił całkiem obszerny rozdział w Moby
Dick'u białemu.
Tym czasem ja od dłuższego czasu miałam prześladowcę. Było to zdjęcie z książki o kawie i przekąskach pasujących do niej lub z jej dodatkiem. Pamiętam z niego cukinię i żółty kolor i jakieś orzeszki. Uparłam się, że nie będę zaglądać do przepisu i zmajstruję coś sama opierając się na mglisty wspomnieniu fotografii. Kilka dni zastanawiałam się, aż w końcu wybrałam się do Hali Targowej po ingredienty. Podstawą oczywiście była cukinia, jedyny składnik ze zdjęcia, którego byłam absolutnie pewna. Wyszło mi coś na kształt przystawki dla dwojga albo lekkiego obiadu. Do przygotowania tego dania potrzeba:
1 małą cukinię
1 dojrzałe mango
1 limonkę
czarny pieprz
sól
20g orzeszków piniowych
Cukinię obrałam i pokroiłam w plastry, gdyby mniej poobijała się w torbie i miała ładniejszą skórkę pewnie nie robiła bym tego. Ze świeżym mango miałam pierwszy raz do czynienia. Obrałam je ze skórki i pokroiłam na różniące się kształtem, ale tej samej wielkości kawałki. Na suchą rozgrzaną patelnię położyłam kawałki owocu i plastry cukinii. Mieszałam dosyć często. Kiedy mango było już mocno zarumienione zalałam wszystko niecałą szklanką wody. Gotowało się około 10-15 minut, na wolnym ogniu, do chwili kiedy woda prawie się zredukowała. Z limonki starłam skórkę, a z jednej połówki wycisnęłam sok na cukinię i mango. Dodałam jeszcze odrobinę soli i świeżo zmielony czarny pieprz. Na małej suchej patelni uprażyłam orzeszki. Cukinie i mango ułożyłam na talerzu, posypałam skórką z limonki i orzeszkami pinii. Kolorystyczny efekt nie był tak dobry jak na mglistej fotografii, no cóż w końcu to był inny przepis. Trafiłam w dwa składniki z długiej listy w recepcie z książki: cukinie i orzeszki piniowe. Na to wygląda, że mam nie najgorszą pamięć fotograficzną. Jeśli chodzi o moje danie to zdjęcie efektu końcowego można zobaczyć na fejsie.
Tym czasem ja od dłuższego czasu miałam prześladowcę. Było to zdjęcie z książki o kawie i przekąskach pasujących do niej lub z jej dodatkiem. Pamiętam z niego cukinię i żółty kolor i jakieś orzeszki. Uparłam się, że nie będę zaglądać do przepisu i zmajstruję coś sama opierając się na mglisty wspomnieniu fotografii. Kilka dni zastanawiałam się, aż w końcu wybrałam się do Hali Targowej po ingredienty. Podstawą oczywiście była cukinia, jedyny składnik ze zdjęcia, którego byłam absolutnie pewna. Wyszło mi coś na kształt przystawki dla dwojga albo lekkiego obiadu. Do przygotowania tego dania potrzeba:
1 małą cukinię
1 dojrzałe mango
1 limonkę
czarny pieprz
sól
20g orzeszków piniowych
Cukinię obrałam i pokroiłam w plastry, gdyby mniej poobijała się w torbie i miała ładniejszą skórkę pewnie nie robiła bym tego. Ze świeżym mango miałam pierwszy raz do czynienia. Obrałam je ze skórki i pokroiłam na różniące się kształtem, ale tej samej wielkości kawałki. Na suchą rozgrzaną patelnię położyłam kawałki owocu i plastry cukinii. Mieszałam dosyć często. Kiedy mango było już mocno zarumienione zalałam wszystko niecałą szklanką wody. Gotowało się około 10-15 minut, na wolnym ogniu, do chwili kiedy woda prawie się zredukowała. Z limonki starłam skórkę, a z jednej połówki wycisnęłam sok na cukinię i mango. Dodałam jeszcze odrobinę soli i świeżo zmielony czarny pieprz. Na małej suchej patelni uprażyłam orzeszki. Cukinie i mango ułożyłam na talerzu, posypałam skórką z limonki i orzeszkami pinii. Kolorystyczny efekt nie był tak dobry jak na mglistej fotografii, no cóż w końcu to był inny przepis. Trafiłam w dwa składniki z długiej listy w recepcie z książki: cukinie i orzeszki piniowe. Na to wygląda, że mam nie najgorszą pamięć fotograficzną. Jeśli chodzi o moje danie to zdjęcie efektu końcowego można zobaczyć na fejsie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












