Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosół z kury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosół z kury. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lutego 2017

Krupnik

Biorąc do ręki opakowanie kaszy jęczmiennej dostałam ostatnio przebłysku. Nie pamiętam kiedy  jadłam krupnik. Chyba ze trzy lata go nie gotowałam. Wpadłam w pułapkę przygotowywania posiłków pod niejadka. Nie przyrządzałam dań z poza uniwersum jego menu. 

Mieliśmy gościa na łikend, więc ugotowałam więcej niż zwykle rosołu, oczywiście przeholowałam. Zostało półtora litra złotego wywaru. Z triumfalnym uśmiechem zakomunikowałam, że przygotuję krupnik. Byłam mentalnie przygotowana na długą dyskusję pełną jęków i zawadzeń. Zaparłam się o szafki kuchenne, żeby nie odpuścić pozycji ani na milimetr i wtedy oberwałam prosto pod żebra. "Świetnie mamo, właśnie myślałem o krupniku!" Prawie osunęłam się na podłogę. Tak mnie zatkało, że zapomniałam języka w gębie. Na drugi dzień ugotowałam krupnik. Potrzebowałam do przygotowania zupy:

1,5 litra rosołu
2/3 szklanki średniej kaszy jęczmiennej
1 dużego ziemniaka
kawałek marchewki
2 listki laurowe
4 ziarna ziela angielskiego
sól
czarny pieprz

Postawiłam rosół na kuchence i zaczęłam go podgrzewać na małym ogniu z liściem laurowym i zielem angielskim. W  między czasie umyłam, obrałam, pokroiłam ziemniaka w kostkę i marchewkę w plasterki. Wrzuciłam je do garnka, a kiedy były na wpół miękkie dosypałam kaszę. Gotowałam około 10 minut, zgasiłam, przykryłam  i zostawiłam tak do obiadu. Kasza w ciepłym spęczniała. Po podniesieniu pokrywki doprawiłam.

Podałam zupę i uważnie liczyłam kęsy niejadka. Bez mrugnięcia okiem wsunął całą miskę. Jeszcze o wschodzie słońca myślałam, że blefuje. O zachodzie okazało się, że nastąpił w nim przełom kulinarny, jak tak dalej pójdzie to może skusi się na ser żółty albo żółtko z jajka, którego jest absolutnym wrogiem. 


poniedziałek, 16 grudnia 2013

Pierogi z mięsem zrobione z miłością przy pomocy nowej zabawki

Ostatnio ugotowałam rosół. Nie jak zwykle mały garnuszek, tylko naprawdę wielki garnek i zostało mi dużo mięsa z kurczaka. Trzeba się przecież jakoś wzmacniać w taką pogodę. Mogłam jak zwykle zrobić kotleciki z otrębami. Wyszłaby ich cała góra, a mi trochę się już przejadły. Pomysł na przetworzenie nadmiaru gotowanego kurczaka podsunęła mi matka. Zrób pierogi z mięsem, mały powinien zjeść to takie delikatne. Très bonne idée! Pomyślałam. 

Obrałam kości z mięsa i zmieliłam je moją archaiczną maszynką. Na szczęście z tym produktem nie miała problemu i nawet lepiej jej poszło niż z gotowanymi ziemniakami. Podsmażyłam posiekaną w kostkę czerwoną cebulę na maśle z dodatkiem oleju słonecznikowego i dodałam zmielonego kurczaka. Posypałam solą i czarnym pieprzem. Jak wszystko wystygło to wbiłam dwa jajka. Farsz stał się lepki i mogłam go dowolnie formować. Nie przepadam za lepieniem pierogów i uznałam, że wykorzystam nową zabawkę którą mi koleżanka z Włoch przywiozła w ramach prezentu urodzinowego. Jest to forma do wycinania ravioli w kształcie serduszek. Użyłam jej wcześniej, lecz niezgodnie z zastosowanie. 

Ciasto mi wyszło super elastyczne i mogłam je cienko rozwałkować. W trakcie nakładania farszu do kuchni wszedł niejadek.  
-Co robisz? 
-Pierogi.
-Nie wyglądają na ruskie, ja lubię tylko ruskie. 
Mięso było jasne, więc skłamałam, że to ruskie. Miałam nadzieję, że zje. Takie ładne wyszły te serduszka i żaden się nie rozkleił. Nie polałam mu cebulką z tłuszczem, bo od razu dostałby długich zębów.  Jak spróbował powiedział, że mu nie smakują z takim "rusem",  bo przecież czym można nafaszerować pierogi ruskie jak nie rusem.

Reasumując. Mi smakowało i wszystkim, którzy próbowali też. Jedna była tylko uwaga, za mało pieprzu, ale kto co lubi. Jeśli ktoś ma ochotę spróbować przepis na ciasto jest w poście o pierogach ruskich, a na farsz potrzeba:

gotowane mięso z kurczaka
cebulę
masło 
jajko
sól 
pieprz
olej słonecznikowy

Proporcji nie podałam, wszystko zależy od ilości mięsa.




poniedziałek, 25 lutego 2013

Tajemnicza mikstura

Wczoraj była niedziela, ja w zasadzie powinnam ją nazywać dniem w kuchni. Jako pełnoetatowy pracownik odprowadzający składki do ZUS-u i pełnoetatową kura domowa z dzieckiem, mam dużo na głowie i o wiele za mało czasu. Zresztą po ośmiu godzinach w pracy, nie mam najmniejszej ochoty gotować. W niedzielę gotuję na kilka dni. Wczoraj smażyłam kotlety mielone, piekłam bułeczki i ugotowałam rosół z kury. Rosół nie jest modny, ani nie jest specjalnie odkrywczym daniem, jednak to ulubiona zupa mojego syna i przynajmniej raz w tygodniu jestem zobligowana go ugotować. Jest najszybszą zupą na świecie. Na początku studiów gotowanie jakiejkolwiek zupy wydawało mi się tajemnym rytuałem. Czymś w rodzaju ważenia magicznej mikstury. Do wielkiego gara wrzuca się warzywa, nazywane enigmatycznie włoszczyzną i jakieś resztki ptaka domowego, który został za jakiegoś krwawego obrzędu (czyt. porcja rosołowa). Jak wcześniej wspominałam kompletnie nie umiała gotować. Na pewnym etapie mojego życia rosół stał się koniecznością. Musiałam zostać wtajemniczona. Rytuału poznania dokonał się dzięki mojej mamie i telefonii komórkowej.

Teraz uważam go za najszybszą i najprostszą zupę. Przepis mam swój, gotuję inaczej niż moja mama. Jak przystało na zabieganą kobietę, zawsze mam wszystko przygotowane i od pomysłu do pełnego garnka mija kilka minut. Mój rosół to nie duży, aromatyczny garnek złotego płynu. Do przygotowania

Rosołu z kury potrzebuję:

1 odarte ze skóry udko kurczaka
2 średnie marchewki
½ łodygi selera naciowego
1 mały korzeń pietruszki albo ½ pęczka natki
kawałek pora
1 małą cebulę
sól
pieprz
wegetę

Jest najszybszą zupą dlatego, że mam zawsze obrane i zamrożone warzywa. Jak muszę taki rosół ugotować to po prostu nalewam wody do garnka i wszystko co trzeba wrzucam do środka. Natki pietruszki nie mrożę. Myję ją i obwiązuję nitką. Oczywiście cebuli też nie trzymam w zamrażalniku. Przed zatopieniem cebuli w garnku obieram ją i opalam na kuchence. Całość na malutki ogniu gotuję przez dwie godziny bez pokrywki, zdejmuję szumowinę. Pod koniec sypię trochę soli, trochę pieprzu i ze dwie szczypty wegety, ot cała filozofia. Jak się nauczyłam to byłam zaskoczona, że to aż takie proste.

Bardzo lubię zupy, szczególnie takie geste. Moją faworytką jest zupa soczewicowa, ale o tym innym razem.