Zbliżają się święta, czas kiedy wspomnienia wracają. Moja babcia często robiła taką szybką sałatkę ale od prawie dziesięciu lat jej już nie robi. Została po niej pustka i wspomnienia - smaki, zapachy, słowa które wymawiała w swój jedyny, własny, niepowtarzalny sposób. Nie miała lekkiego życia, ale potrzebującemu oddałaby ostatnią koszulę. Była najlepszą osobą jaką w życiu spotkałam. Jak się śmiałą to cała trzęsła się jak galaretka, a listy podpisywała "Twoja niedobra Babka". Żeby mieć ją trochę przy sobie mam w domu hoję, która jak kwitnie kojarzy mi się z wakacjami u niej. W lecie na stole stawiam duży półmisek nektarynek - u niej zawsze taki stał. Babcia uwielbiała jedzenie, u niej było inne niż w domu. W połowie lat osiemdziesiątych uciekła do Niemiec i tam został. Zakupy w wakacje robiłyśmy w pobliskim Aldim. Ircia do obiadu robiła często szybką sałatkę z fetą. Kupowała taką w zlewie z oliwy i ziół w słoiku, pokrojoną w kostkę. W latach 90. w Polsce takich wynalazków nie było. Sałatka była prosta i dalej jest jedną z moich ulubionych, szczególnie w sezonie, gdy pomidory nie są drewniane.
Do jej przygotowania potrzeba:
Feta w słoiku, krojona w kostkę w ulubionej zalewie
3 kolorowe papryki
1 cebula
3 duże pomidory albo 500g kolorowych koktajlowych
oliwki
sól
czarny pieprz
Babcia Ircia, kroiła wszystko w dosyć duże kawałki, znaczy się pomidory, paprykę i cebulę. Ja kroję to drobniej.Potem wystarczy dorzucić oliwki i fetę, posolić, popieprzyć i oblać oliwą z ziołami, która została w słoiku po fecie. Całe dziesięć minut roboty, a sałatka jest boska. Czasem zdarza mi się dodać do niej kapary, jak akurat wpadną mi w oko w lodówce.
Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 grudnia 2019
czwartek, 25 maja 2017
Bakłażany zapiekane z pomidorami
Uwielbiam warzywa, a bakłażan jest w ścisłej czołówce. Jak tylko lato zaczęło się zbliżać jego ceny znormalniały i częściej można go spotkać w sklepach. Dlatego jak tylko mogę przynoszę tą krągłą gruszkę miłości do domu. Ma opinię afrodyzjaku, jednak nie zauważyłam specjalnego oddziaływania na mojego męża.
Oberżynę przyrządzam na wiele sposobów. Najszybszym jest chyba wersja zapiekana z pomidorami. Jeśli korzystam z puszki, to w ogóle idzie to piorunem. W Polsce pomidory są jadalne właściwie dopiero jak słońce zaczyna mocniej przygrzewać, a wiadomo lata bywają różne. Na szczęście puszkowane pomidory cały rok mają wyśmienity smak. Do przygotowania zapiekanych bakłażanów potrzeba:
2 bakłażany
4 duże świeże pomidory albo puszkę obranych i pokrojonych
twardą fetę
świeże oregano
czarny pieprz
sól
Bakłażany myję, przekrawam wzdłuż na pół i posypuję solą. W między czasie zajmuję się pomidorami. Świeże obieram ze skóry, usuwam gniazda i siekam, a takie z puszki przekładam do miski razem z zalewą, mieszam ze świeżym oregano, odrobiną cukru i solą. Gorzkie łzy oberżyny wycieram papierowym ręcznikiem i nacinam warzywo przez środek i wykonuję kilka nacięć w poprzek, tak żeby soki z pomidora wniknęły w głąb miąższu. Wierzch posypuję pokruszoną fetą i świeżo zmielonym czarnym pieprzem. Tak przygotowane bakłażany wstawiam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza.
Nigdy nie wiem jak długo je piekę. Od czasu do czasu zaglądam czy nic się nie pali. Z reguły są gotowe, jak feta się mocniej zarumieni, a miąższ, który nie jest przykryty pomidorami ma złoty kolor. Przed podaniem posypuję je listkami oregano. Gotowe wyglądają jak na zdjęciu poniżej. Tam akurat w towarzystwie sałatki, ale o niej w następnym wpisie.
Oberżynę przyrządzam na wiele sposobów. Najszybszym jest chyba wersja zapiekana z pomidorami. Jeśli korzystam z puszki, to w ogóle idzie to piorunem. W Polsce pomidory są jadalne właściwie dopiero jak słońce zaczyna mocniej przygrzewać, a wiadomo lata bywają różne. Na szczęście puszkowane pomidory cały rok mają wyśmienity smak. Do przygotowania zapiekanych bakłażanów potrzeba:
2 bakłażany
4 duże świeże pomidory albo puszkę obranych i pokrojonych
twardą fetę
świeże oregano
czarny pieprz
sól
Bakłażany myję, przekrawam wzdłuż na pół i posypuję solą. W między czasie zajmuję się pomidorami. Świeże obieram ze skóry, usuwam gniazda i siekam, a takie z puszki przekładam do miski razem z zalewą, mieszam ze świeżym oregano, odrobiną cukru i solą. Gorzkie łzy oberżyny wycieram papierowym ręcznikiem i nacinam warzywo przez środek i wykonuję kilka nacięć w poprzek, tak żeby soki z pomidora wniknęły w głąb miąższu. Wierzch posypuję pokruszoną fetą i świeżo zmielonym czarnym pieprzem. Tak przygotowane bakłażany wstawiam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza.
Nigdy nie wiem jak długo je piekę. Od czasu do czasu zaglądam czy nic się nie pali. Z reguły są gotowe, jak feta się mocniej zarumieni, a miąższ, który nie jest przykryty pomidorami ma złoty kolor. Przed podaniem posypuję je listkami oregano. Gotowe wyglądają jak na zdjęciu poniżej. Tam akurat w towarzystwie sałatki, ale o niej w następnym wpisie.
czwartek, 3 lipca 2014
Szybka kolacja dla przyjaciół
Przed wyjazdami wakacyjnymi mam takie urwanie głowy, że nie mam czasu gotować. Obiady jem najczęściej na mieści (jest parę naprawdę fajnych miejsc we Wrocławiu) albo przygotowują coś sprawdzonego, szybkiego i absolutnie nudnego. Z ciekawszych dani, które ostatni zrobiłam były tarty. Wiem, że niedawno już o jednej pisałam, ale w sytuacji kiedy nie ma się czasu są one świetnym rozwiązaniem, szczególnie jeśli używa się gotowego ciasta francuskiego. Wieczorem mieli przyjść znajomi, godzina była niepewna, a stół nie mógł być pusty. Do końca nie wiedziałam ile będzie osób i w ogóle same niewiadome. Tarty są smaczne zarówno na ciepło jak i na zimno i pasują do większości trunków (od herbaty i soku przez piwo, aż do wysokich procentów). Dlatego przygotowałam dwie duże prostokątne, co spotkało się oczywiście z falą protestów współgospodarza (tarta musi być okrągła), ale cóż. Jak mają być goście musi być jakaś awantura, choćby taka tyci tyci.
Prócz tart zrobiłam jeszcze sałatę z kurczakiem na ostro, prażonym słonecznikiem w słodko kwaśnym dresingu. Pierwsza tarta była ewidentnie serowa. Do jej przygotowania potrzebowałam:
1 ciasto francuskie
1 opakowanie pomidorków koktajlowych
kawałek niebieskiego, twardego sera pleśniowego
kawałek brie
liście świeżego oregano
3 jajka
mleko
sól
czarny świeżo zmielony pieprz
Blachę wyłożyłam papierem, ułożyłam ciasto podciągając brzegi do góry, żeby zalewajka się nie wylała. Pomidorki pokroiłam w ćwiartki, a sery w kostkę. Rozłożyłam równo na cieście, zalałam jakami rozbełtanymi z mlekiem, posypałam solą, czarnym pieprzem i świeżym oregano z uprawy doniczkowej na balkonie.
Z drugą tarta postąpiłam dokładnie tak samo. Różniła się tylko zawartością. Prócz podstawowych składników potrzebowałam do jej przygotowania:
twardą fetę
2 małe cukinie
kilka plastrów parzonego boczku
tymianek cytrynowy
2 papryczki chilli
Cukinię obrałam bo miała twardą skórę, pokroiłam w plastry i równo poukładałam na cieście, a reszta składników wylądowała na niej w artystycznym nieładzie.
Wszystko zniknęło. Goście zjedli na zimno. Chyba smakowało, nikt nie narzekał na bóle brzucha. Przy moim ostatnim zabieganiu i roztargnieniu uważam to za mały sukces. Najbardziej chyba ucieszyło mnie to, że korzystałam z ziół, które sama wyhodowałam, a nie takich zmarnowanych z supermarketu.
Prócz tart zrobiłam jeszcze sałatę z kurczakiem na ostro, prażonym słonecznikiem w słodko kwaśnym dresingu. Pierwsza tarta była ewidentnie serowa. Do jej przygotowania potrzebowałam:
1 ciasto francuskie
1 opakowanie pomidorków koktajlowych
kawałek niebieskiego, twardego sera pleśniowego
kawałek brie
liście świeżego oregano
3 jajka
mleko
sól
czarny świeżo zmielony pieprz
Blachę wyłożyłam papierem, ułożyłam ciasto podciągając brzegi do góry, żeby zalewajka się nie wylała. Pomidorki pokroiłam w ćwiartki, a sery w kostkę. Rozłożyłam równo na cieście, zalałam jakami rozbełtanymi z mlekiem, posypałam solą, czarnym pieprzem i świeżym oregano z uprawy doniczkowej na balkonie.
Z drugą tarta postąpiłam dokładnie tak samo. Różniła się tylko zawartością. Prócz podstawowych składników potrzebowałam do jej przygotowania:
twardą fetę
2 małe cukinie
kilka plastrów parzonego boczku
tymianek cytrynowy
2 papryczki chilli
Cukinię obrałam bo miała twardą skórę, pokroiłam w plastry i równo poukładałam na cieście, a reszta składników wylądowała na niej w artystycznym nieładzie.
czwartek, 15 maja 2014
Fasola w pomidorach, czyli co ciekawego miałam w lodówce
Od pewnego czasu chodziła za mną fasola - taki piękny jasiek. Początkowo myślałam o jakiejś zupie, ale jak zrobiłam remanent w lodówce okazało się, że będzie eintopf. Miałam zamrożone kabanosy, puszkę pomidorów i jakąś ostrą papryczkę. Ze śniadania zostawiłam kawałki pomidorów z łykowatymi częściami.
Fasolę oczywiście namoczyłam wieczorem w dniu poprzedzającym gotowanie. Można użyć takiej z puszki, ale według mnie ma ona mniej uroku. Łudziłam się również, że cały ten proces z pęczniejącym jaśkiem skłoni mojego niejadka d o spróbowania, jednak jak zwykle skończyło się tylko na nadziei. Do przygotowania mojego eintopfu zużyłam:
1/2 paczki pięknego jaśka
3 duże kabanosy wieprzowe
1 puszkę pomidorów krojonych
1 ostrą papryczkę
łyżkę oleju
sól
czarny pieprz
Najpierw ugotowałam fasolę, tak na półtwardo. Odcedziłam ją i wrzuciłam do większego garnka. W międzyczasie usmażyłam na łyżce oleju kabanosy pokrojone w plasterki. Do fasoli wlałam niecałą szklankę wody, dorzuciłam pomidory i całą papryczkę, którą ponacinałam. Ze śniadania zostały mi pomidory, które wrzuciłam do garnka w całości. Świeże mają zupełnie inny smak niż te z puszki, dzięki czemu potrawa się ożywiła. Dodałam kabanosy i gotowałam na małym ogniu przez jakiś czas. Puszkowe pomidory się rozgotowały i sos zrobił się aksamitny. Przed podaniem posypywałam jeszcze świeżą, siekaną natką pietruszki.
Fasolę oczywiście namoczyłam wieczorem w dniu poprzedzającym gotowanie. Można użyć takiej z puszki, ale według mnie ma ona mniej uroku. Łudziłam się również, że cały ten proces z pęczniejącym jaśkiem skłoni mojego niejadka d o spróbowania, jednak jak zwykle skończyło się tylko na nadziei. Do przygotowania mojego eintopfu zużyłam:
1/2 paczki pięknego jaśka
3 duże kabanosy wieprzowe
1 puszkę pomidorów krojonych
1 ostrą papryczkę
łyżkę oleju
sól
czarny pieprz
Najpierw ugotowałam fasolę, tak na półtwardo. Odcedziłam ją i wrzuciłam do większego garnka. W międzyczasie usmażyłam na łyżce oleju kabanosy pokrojone w plasterki. Do fasoli wlałam niecałą szklankę wody, dorzuciłam pomidory i całą papryczkę, którą ponacinałam. Ze śniadania zostały mi pomidory, które wrzuciłam do garnka w całości. Świeże mają zupełnie inny smak niż te z puszki, dzięki czemu potrawa się ożywiła. Dodałam kabanosy i gotowałam na małym ogniu przez jakiś czas. Puszkowe pomidory się rozgotowały i sos zrobił się aksamitny. Przed podaniem posypywałam jeszcze świeżą, siekaną natką pietruszki.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Omlet! Pyszne, ciepłe śniadanie w wersji włoskiej
Kanapka to najprostszy sposób na śniadanie. Automatycznie sięga się po pieczywo i coś do niego. Sama z resztą tak robię. Inną opcja jest jajecznica, której nie znoszę, preferuję raczej jajka sadzone. Omlet robię bardzo rzadko, a szkoda. Sama na siebie dzisiaj z tego powodu nakrzyczałam. Jest to przecież danie z jajek, które ma nieskończoną ilość wariantów. Gama smaków jest niesamowicie bogata! Może być na słodko, kwaśno, ostro... Ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia.
Dzisiaj rano miałam straszną ochotę na warzywa, a że wieczorem była pizza na kolację miała w czym wybierać. Ochota na włoską kuchnię mi nie minęła i śniadanie było w takim właśnie klimacie. Danie było na dwie osoby i ciężko określić mi ilość jajek (miałam w lodówce kilka przepiórczych i postanowiłam je zużyć), w końcu wszystko wymieszałam w jednej misce. Z tych powodów nie będę podawał proporcji. Do mojego włoskiego omlety potrzebowała:
jajka
mąkę pszenną
cukinię
pomidorki koktajlowe
paprykę
świeżą bazylię
świeżą pietruszkę
czarny pieprz
sól
olej
Jajka roztrzepałam z mąką. Wsypałam do miski cukinię, pomidorki i paprykę wszystko odpowiednio pokrojone w plasterki, ćwiartki i kostkę. Zioła pocięłam drobno nożyczkami, dosypałam soli, czarnego pieprzu i smażyłam. Przepadam za rukolą więc na talerzu wylądowała jeszcze garść zielonych listków.
Dzisiaj rano miałam straszną ochotę na warzywa, a że wieczorem była pizza na kolację miała w czym wybierać. Ochota na włoską kuchnię mi nie minęła i śniadanie było w takim właśnie klimacie. Danie było na dwie osoby i ciężko określić mi ilość jajek (miałam w lodówce kilka przepiórczych i postanowiłam je zużyć), w końcu wszystko wymieszałam w jednej misce. Z tych powodów nie będę podawał proporcji. Do mojego włoskiego omlety potrzebowała:
jajka
mąkę pszenną
cukinię
pomidorki koktajlowe
paprykę
świeżą bazylię
świeżą pietruszkę
czarny pieprz
sól
olej
Jajka roztrzepałam z mąką. Wsypałam do miski cukinię, pomidorki i paprykę wszystko odpowiednio pokrojone w plasterki, ćwiartki i kostkę. Zioła pocięłam drobno nożyczkami, dosypałam soli, czarnego pieprzu i smażyłam. Przepadam za rukolą więc na talerzu wylądowała jeszcze garść zielonych listków.
wtorek, 28 stycznia 2014
Gorąca, ostra i w stylu meksykańskim - zupa na mróz
Jestem potwornym zmarzluchem. Pamiętam gorsze mrozy, które lepiej znosiłam. Niestety przez ostatnie tygodnie chyba nieco się rozwydrzyłam i dwa na minusie to dla mnie zdecydowanie za niska temperatura. Postanowiłam przynajmniej poprawić sobie humor, gorącą i sycącą zupą. Nie główkowałam długo. Pomysł miałam gotowy. Ostatnio w restauracji jadłam zupę meksykańską, która bardzo mi smakowała. Podobał mi się też pomysł z mięsem mielonym pływającym na łyżce. Jedyne co mi się nie podobało, to to, że zupa była rzadka. Konsystencja rosołu nie bardzo mi odpowiadała.
Wyskoczyłam na ekspresowe zakupy do biedronki, które okazały się długie jak kolejka na trzydzieści osób. Część składników miałam w zamrażalniku. W lecie dostałam zieloną fasolkę szparagową w nadmiarze i kukurydzy gotowanej też mi kiedyś trochę został. Wymarzłam się jak diabli na dziesięciominutowym spacerze. Wpadłam więc do kuchni i zabrałam się od razu za gotowanie. Do przygotowania mojej zupy potrzebowałam:
500g mięsa mielonego
1 dużą cebulę
3 puszki pomidorów
kawałek papryki
1 garść kukurydzy
2 garści zielonej fasolki szparagowej
1 puszkę czerwonej fasoli
2 papryczki chili
1/2 awokado
sok z limonki
olej
sól
czarny pieprz
słodka papryka w proszku
ostra papryka w proszku
nachos serowe
Zaczęłam od wysmażenia mięsa na małej ilości oleju. W międzyczasie zmiksowałam dokładnie zawartość trzech puszek pomidorów w dużym garnku. Czerwoną fasolę wypłukałam pod bieżącą wodą i wrzuciłam do garnka, tak samo jak kukurydzę, fasolę szparagową, całe papryczki chilli i paprykę pokrojoną w kostkę. Temperatura w garnku powoli zaczęła się podnosić, a ja dodałam zarumienione mięso. Na tej samej patelni przeszkliłam cebulę pokrojoną w drobną kostkę i połączyłam z resztą. Pół obranego awokado starłam na drobnych oczkach prosto do bulgoczącej zupy. Kiedy fasolka szparagowa zmiękłą, użyłam soku z limonki i przypraw. Gorącą zupę podawałam z pokruszonymi serowymi nachos. Na dworze było minus dwanaście stopni, nie pamiętam kiedy ostre jedzenie cieszyło mnie tak bardzo.
Wyskoczyłam na ekspresowe zakupy do biedronki, które okazały się długie jak kolejka na trzydzieści osób. Część składników miałam w zamrażalniku. W lecie dostałam zieloną fasolkę szparagową w nadmiarze i kukurydzy gotowanej też mi kiedyś trochę został. Wymarzłam się jak diabli na dziesięciominutowym spacerze. Wpadłam więc do kuchni i zabrałam się od razu za gotowanie. Do przygotowania mojej zupy potrzebowałam:
500g mięsa mielonego
1 dużą cebulę
3 puszki pomidorów
kawałek papryki
1 garść kukurydzy
2 garści zielonej fasolki szparagowej
1 puszkę czerwonej fasoli
2 papryczki chili
1/2 awokado
sok z limonki
olej
sól
czarny pieprz
słodka papryka w proszku
ostra papryka w proszku
nachos serowe
Zaczęłam od wysmażenia mięsa na małej ilości oleju. W międzyczasie zmiksowałam dokładnie zawartość trzech puszek pomidorów w dużym garnku. Czerwoną fasolę wypłukałam pod bieżącą wodą i wrzuciłam do garnka, tak samo jak kukurydzę, fasolę szparagową, całe papryczki chilli i paprykę pokrojoną w kostkę. Temperatura w garnku powoli zaczęła się podnosić, a ja dodałam zarumienione mięso. Na tej samej patelni przeszkliłam cebulę pokrojoną w drobną kostkę i połączyłam z resztą. Pół obranego awokado starłam na drobnych oczkach prosto do bulgoczącej zupy. Kiedy fasolka szparagowa zmiękłą, użyłam soku z limonki i przypraw. Gorącą zupę podawałam z pokruszonymi serowymi nachos. Na dworze było minus dwanaście stopni, nie pamiętam kiedy ostre jedzenie cieszyło mnie tak bardzo.
Etykiety:
awokado,
chilli,
fasola,
fasola szparagowa,
kukurydza,
meksykańska,
mięso mielone,
nachos,
obiad,
ostra,
papryka,
pomidory,
rozgrzewające,
zupa
czwartek, 5 września 2013
Ze słoikami to było tak... cukinia i kabaczek, i papryka, i...
Któregoś piątkowego popołudnia przyjechało do mnie dziesięć kilogramów cukinii, wielki wór fasoli szparagowej, seler, marchew, por, kabaczka i cebula. Niby od przybytku głowa nie boli, tylko szkoda, żeby warzywa się popsuły. Załamałam ręce i uznałam, że jedynym słusznym rozwiązaniem są słoiki. Sama cukinia to trochę za mało i musiałam zadbać jeszcze o jakieś towarzystwo. Kupiłam dwa kilogramy pomidorów lima i pięć kilogramów papryki, trochę żółtej, trochę czerwonej i cztery papryczki chilli. W planach miałam leczo, cukinie w marynacie curry, paprykę bez skóry do sałatek, pastę paprykową i kawior z kabaczka. Nie miałam w tegorocznej perspektywie jakichkolwiek przetworów. Dlaczego? Po prostu nie mam gdzie ich trzymać. Poza tym musiałam skoczyć do mojego ulubionego Społem, gdzie można kupić wszystko po słoiki, bo miałam w domu tylko jeden po ogórkach.
Na pierwszy ogień poszło leczo i papryka do sałatek. Podstawowy problem z papryką polega na obraniu jej ze skóry. Sposób na ten proceder sprzedał mi kolega. Paprykę bez gniazd ułożoną na papierze do pieczenia, wsadza się do piekarnika rozgrzanego do jakiś 180ºC i trzeba poczekać aż się przypiecze. Nie pamiętam ile czasu to trwało, ale wiem teraz jedno - lepiej nie mieszać gatunków. Proces się udał, ale miąższ żółtych był dużo bardziej rozmięknięty niż czerwonych. Kiedy papryki są przypieczone trzeba je włożyć do woreczka foliowego i szczelnie zamknąć. Najwygodniejsze są woreczki strunowe.Chociaż wydaje mi się, że szczelne plastikowe pudełko też mogłoby się sprawdzić. Kiedy papryka wystygnie miąsz sam odchodzi od skóry.
Obrałam jeszcze pomidory. Leczo było bez mięsa- taka baza na szybki obiad. Do jego przygotowania potrzebowałam:
1 dużą cebulę
1 średnią cukinię
2 kg pomidorów lima
4 papryki bez skóry
olej
sól
czarny pieprz
ostrą paprykę w proszku
tabasco
Cebule podsmażyłam. Warzywa pokrojone w kostkę wrzuciłam do dużego garnka, kiedy zmiękły dodałam do nich cebule z olejem z patelni, przyprawiłam i pozwoliłam się im jeszcze trochę pogotować. Potem zostało mi tylko wekowanie. Mam już nawet plan na zupę z takiego jednego słoika, ale o tym kiedy indziej.
Resztę cukinii, którą dostałam, pokroiłam w kostkę i zatopiłam w zalewie curry. Do przygotowania zalewy potrzebowałam:
1,5 l wody
1,5 szklanki octu
2 szklanki cukru
1 łyżkę curry
Wszystko trzeba zagotować, a potem wystudzić. Do słoików na dno włożyłam plastry cebuli i po łyżeczce żółtej gorczycy. Potem kostki cukinii i na wierzch listki selera. Zalałam marynatą i finito.
Po całej zabawie byłam zaskoczona ile frajdy może sprawić przygotowywanie jedzenia na zimę. Myślę, że przeprowadzę jeszcze jedną taką akcję w tym roku.
1 średnią cukinię
2 kg pomidorów lima
4 papryki bez skóry
olej
sól
czarny pieprz
ostrą paprykę w proszku
tabasco
Cebule podsmażyłam. Warzywa pokrojone w kostkę wrzuciłam do dużego garnka, kiedy zmiękły dodałam do nich cebule z olejem z patelni, przyprawiłam i pozwoliłam się im jeszcze trochę pogotować. Potem zostało mi tylko wekowanie. Mam już nawet plan na zupę z takiego jednego słoika, ale o tym kiedy indziej.
Resztę cukinii, którą dostałam, pokroiłam w kostkę i zatopiłam w zalewie curry. Do przygotowania zalewy potrzebowałam:
1,5 l wody
1,5 szklanki octu
2 szklanki cukru
1 łyżkę curry
Wszystko trzeba zagotować, a potem wystudzić. Do słoików na dno włożyłam plastry cebuli i po łyżeczce żółtej gorczycy. Potem kostki cukinii i na wierzch listki selera. Zalałam marynatą i finito.
Po całej zabawie byłam zaskoczona ile frajdy może sprawić przygotowywanie jedzenia na zimę. Myślę, że przeprowadzę jeszcze jedną taką akcję w tym roku.
niedziela, 11 sierpnia 2013
Jeden garnek w sezonie
Środek lata, środek sezonu paprykowo-cukiniowego, aż szkoda nie wykorzystać takiej okazji. Od jakiegoś czasu rozpisuję się o cukiniach, a ostatnio pisałam o papryce. Jedno i drugie można nafaszerować, tylko po co skoro łatwiej wrzucić je do jednego gara i mieć obiad z głowy. Jestem zaprzysiężoną zwolenniczką prostych i szybkich obiadów, leczo do takich zdecydowanie należy. Jako dziecko wyrzucałam zawsze mięso i moczyłam chleb w pomidorowym sosie, często zostawiając na talerzu warzywa. Mój syn kategorycznie odmawia chociaż spróbowania. Wiem, że się powtarzam pisząc, że to kwestia wieku, ale jest to zjawisko które mnie fascynuje. Zastanawiam się czy za parę lat przekonam się do podrobów. Co prawda na dobrze zrobioną wątróbkę mogę się skusić, jednak pierogi z płuckami nie przejdą.
Wracając do lecza. Jak wiadomo musi być z kiełbasą. Ja wybieram zawsze myśliwską, taki sentyment z dzieciństwa, poza tym lubię kiełbasy podsuszane. Leczo można zrobić na kilka sposobów. Niektórzy dodają bakłażana i zioła prowansalskie, jak mój kolega na przykład. Ja od tych ziół stronię bo nie lubię po prostu tej mieszanki, suszony rozmaryn mi w niej przeszkadza, wolę go w świeżej wersji. Moje leczo jest czerwono-zielone, bez ziół i ostre. Do jego przygotowania potrzebuję:
2 łyżki oleju
3 kiełbaski myśliwskie
4 duże dojrzałe pomidory
1 paprykę
1 małą cukinię
1 cebulę
2 czerwone peperoni
sól
czarny pieprz
Kiełbasę pokrojoną w plasterki podsmażam, kiedy jest już mocno rumiana, dodaję drobno posiekaną cebulę. W międzyczasie obieram ze skóry pomidory i wrzucam je posiekane do garnka razem z pokrojoną w kostkę cukinią, papryką i dwoma papryczkami pepperoni w całości. Solę wszystko i czekam aż warzywa zmiękną, wtedy dodaję usmażoną kiełbasę z cebulą. Gotuję to jeszcze przez jakiś czas, żeby smaki się zmieszały, a na sam koniec dodaję czarny pieprz. Podaję z pieczywem, ale to już takie moje widzimisię.
Wracając do lecza. Jak wiadomo musi być z kiełbasą. Ja wybieram zawsze myśliwską, taki sentyment z dzieciństwa, poza tym lubię kiełbasy podsuszane. Leczo można zrobić na kilka sposobów. Niektórzy dodają bakłażana i zioła prowansalskie, jak mój kolega na przykład. Ja od tych ziół stronię bo nie lubię po prostu tej mieszanki, suszony rozmaryn mi w niej przeszkadza, wolę go w świeżej wersji. Moje leczo jest czerwono-zielone, bez ziół i ostre. Do jego przygotowania potrzebuję:
2 łyżki oleju
3 kiełbaski myśliwskie
4 duże dojrzałe pomidory
1 paprykę
1 małą cukinię
1 cebulę
2 czerwone peperoni
sól
czarny pieprz
Kiełbasę pokrojoną w plasterki podsmażam, kiedy jest już mocno rumiana, dodaję drobno posiekaną cebulę. W międzyczasie obieram ze skóry pomidory i wrzucam je posiekane do garnka razem z pokrojoną w kostkę cukinią, papryką i dwoma papryczkami pepperoni w całości. Solę wszystko i czekam aż warzywa zmiękną, wtedy dodaję usmażoną kiełbasę z cebulą. Gotuję to jeszcze przez jakiś czas, żeby smaki się zmieszały, a na sam koniec dodaję czarny pieprz. Podaję z pieczywem, ale to już takie moje widzimisię.
piątek, 9 sierpnia 2013
Sos co do wszystkiego prawie pasuje
Ostatnio byłam na grillu. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego i o tej porze roku jest to typowe zachowanie. Zanim jednak do niego doszło, wraz ze znajomymi mieliśmy dyskusję na temat menu. Stanęło na sałatce, o której wkrótce napisze, bo jest o czym, piersiach z kurczaka, warzywach z pieczarkami, szynką szwarcwaldzką i boczkiem nadzianych na bambusowy patyczek i pstrągu. Pomyślałam, że przydałby się jakiś sosy, jednak towarzystwo uznało, że są one zbędne, w końcu i tak do kurczaka miały być tzatzyki, a poza tym ketchup i musztarda wystarczą. Gdybyśmy zaplanowali inne potrawy, na przykład karkówkę w piwie czy chociaż kiełbasę, dodatkowy sos byłby pożądanym dodatkiem, a tak można było się bez niego obejść.
Najpopularniejszym sosem, przynajmniej ja to tak widzę, nigdy żadnych statystyk nie przeglądałam, jest sos czosnkowy. Od ilości dostępnych na półkach sklepowych gotowców można dostać oczopląsu. Można również skorzystać z wersji w proszku, którą wystarczy wymieszać z tym lub owym i voilà. Tylko po co? Sos czosnkowy jest prosty i szybki w przygotowaniu, z resztą domowa wersja pozbawiona konserwantu i wzmacniaczy smaku jest dużo zdrowsza. Mój syn, który jest absolutny wrogiem wszystkiego co mokre prócz trzech zup, zajada się tym sosem. Nie ważne ile go jest, on zje wszystko. Czasem przygotowuję mu kanapkę na którą składa się grzanka, sos czosnkowy i świeży ogórek. Robię gęsty sos, więc z powodzeniem może zastąpić masło. Do przygotowania małej porcji na potrzeby domowe, a nie na spotkanie towarzyskie potrzeba:
2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego (typ grecki albo bałkański)
1 łyżka majonezu
1 łyżka siekanego koperku
1 ząbek czosnku
sól
czarny pieprz
Wszystkie wyżej wymienione składniki należy ze sobą wymieszać, wycisnąć ząbek czosnku, przyprawić solą, pieprzem i najlepiej odstawić do lodówki na jakiś czas, żeby wszystko się przegryzło. Nie ma tu żadnej filozofii. Z sosem pomidorowym jest już trochę trudniej. Do najszybszej wersji potrzeba zapuszkowanych, całych pomidorów bez skóry, wysokiego naczynia i blendera. Czasem zdarza się, że sos wychodzi za rzadki, wtedy trzeba go odparować i nie jest to wtedy szybki sos. Do jego przygotowania potrzeba:
2 puszki pomidorów
oregano
pietruszkę
kawałek cebuli
1 łyżka oliwy z oliwek
sól
czarny pieprz
Możliwości dopasowania sosu do swoich indywidualnych preferencji jest wiele. Przede wszystkim należy pamiętać o dokładnym odsączeniu pomidorów. Walory smakowe podnoszą również świeże zioła. Przygotowanie to dosłownie kilka obrotów ostrza w blenderze. Wrzucam wszystko do wysokiego naczynie, zrobię kilka razy bzzzzy i po sprawie.
Najpopularniejszym sosem, przynajmniej ja to tak widzę, nigdy żadnych statystyk nie przeglądałam, jest sos czosnkowy. Od ilości dostępnych na półkach sklepowych gotowców można dostać oczopląsu. Można również skorzystać z wersji w proszku, którą wystarczy wymieszać z tym lub owym i voilà. Tylko po co? Sos czosnkowy jest prosty i szybki w przygotowaniu, z resztą domowa wersja pozbawiona konserwantu i wzmacniaczy smaku jest dużo zdrowsza. Mój syn, który jest absolutny wrogiem wszystkiego co mokre prócz trzech zup, zajada się tym sosem. Nie ważne ile go jest, on zje wszystko. Czasem przygotowuję mu kanapkę na którą składa się grzanka, sos czosnkowy i świeży ogórek. Robię gęsty sos, więc z powodzeniem może zastąpić masło. Do przygotowania małej porcji na potrzeby domowe, a nie na spotkanie towarzyskie potrzeba:
2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego (typ grecki albo bałkański)
1 łyżka majonezu
1 łyżka siekanego koperku
1 ząbek czosnku
sól
czarny pieprz
Wszystkie wyżej wymienione składniki należy ze sobą wymieszać, wycisnąć ząbek czosnku, przyprawić solą, pieprzem i najlepiej odstawić do lodówki na jakiś czas, żeby wszystko się przegryzło. Nie ma tu żadnej filozofii. Z sosem pomidorowym jest już trochę trudniej. Do najszybszej wersji potrzeba zapuszkowanych, całych pomidorów bez skóry, wysokiego naczynia i blendera. Czasem zdarza się, że sos wychodzi za rzadki, wtedy trzeba go odparować i nie jest to wtedy szybki sos. Do jego przygotowania potrzeba:
2 puszki pomidorów
oregano
pietruszkę
kawałek cebuli
1 łyżka oliwy z oliwek
sól
czarny pieprz
Możliwości dopasowania sosu do swoich indywidualnych preferencji jest wiele. Przede wszystkim należy pamiętać o dokładnym odsączeniu pomidorów. Walory smakowe podnoszą również świeże zioła. Przygotowanie to dosłownie kilka obrotów ostrza w blenderze. Wrzucam wszystko do wysokiego naczynie, zrobię kilka razy bzzzzy i po sprawie.
czwartek, 25 kwietnia 2013
Bakłażan w towarzystwie pomidorów
Pamiętam
nasze pierwsze spotkanie. Przypadkiem w sklepie dotknęłam jego
skóry, była tak aksamitna i delikatna. Zbliżyłam się do niego.
Nie mogłam się powstrzymać. Pachniał tak niesamowicie świeżo,
trochę cytrynowo. Położyłam na nim obie dłonie. Byłam tylko ja
i on. Otoczenie nie istniało. Działał na mnie tak magnetycznie.
Musiałam go mieć! Oszalałabym bez niego... Tak właśnie kupiłam
swojego pierwszego bakłażana. Nie miałam początkowo pojęcia, ani
pomysłu co z nim zrobić. Leżał kilka dni w lodówce w
towarzystwie cukinii, aż w końcu wylądowali razem na patelni.
Przez
ostatnie dwa tygodnie chodził za mną bakłażan. Nie przyrządzałam
go od zeszłego roku. Te najładniej pachnące o cudownej w dotyku
skórce nie występują niestety jeszcze w warzywniakach.
Kupiłam wczoraj takiego przystojniaka i dzisiaj się nim zajęłam.
Bakłażana przyprawiam zawsze tymiankiem. Mam w zamrażalniku
zatopiony w oliwie z oliwek zeszłoroczny tymianek z pewnego ogródka
działkowego, który latem plądruje co jakiś czas (za zgodą
właścicieli oczywiście), ale uznałam, że pierwszy tegoroczny
bakłażan zasługuje na świeże zioła. Kupiłam doniczkę pełną
rozczochranego tymianku i zabrałam się do gotowania. Podczas
zakupów zapomniałam limonki, ale dzięki pomocy pewnej młodej damy
mały zielony owoc szybko pojawił się w mojej kuchni. Do
przygotowania bakłażana w towarzystwie pomidorów potrzebuję:
1
bakłażana
2
łyżki oliwy z oliwek
2
ząbki czosnku
200g
pomidorów koktajlowych
1
puszkę pomidorów bez skórki
1/2
czerwonej papryki
1
papryczkę chili
świeży
tymianek
sól
czarny
świeżo mielony pieprz
Na
rozgrzaną patelnie wylałam dwie łyżki oliwy z oliwek, kiedy się
odpowiednio zagrzała, wrzuciłam bakłażana pokrojonego w kostkę i
pocięty w plasterki czosnek, posoliłam. Kiedy bakłażan się
zarumienił, dodałam paprykę pokrojoną również w kostkę,
połówki pomidorów koktajlowych i całą papryczkę chili, żeby
składniki przeszły jej smakiem, a danie nie było zbyt ostre. Potem
w rękach rozdrobniłam pomidory z puszki i wlałam płynną
zawartość metalowego opakowania. Mieszałam i dokładałam kolejne
listki świeżego tymianku, po dziesięciu - piętnastu minutach
całość była gotowa. Nie szczędząc pieprzu dokonałam finalnego
przyprawiania.
Takie
warzywa zjadam bez dodatków, ale znam amatorów tortilli z takim
nadzieniem. Przypadkiem dwoje takich amatorów kręciło mi się po
domu, a i tortille się znalazły. Do wersji w kukurydzianym placku
dodałam ser żółty. Taki mocno twardy o wyrazistym ostrym smaku. I
na tym zakończyłam mój dzisiejszy pobyt między garami.
niedziela, 21 kwietnia 2013
Ryż... ryżotto... risotto...
Risotto kojarzyło mi się z kleistą papką ryżową, do której wrzuca się resztki z rosołu. Coś o bardzo nie ciekawym wyglądzie i jako takim smaku. Moje wspomnienie z dzieciństwa nastawiło mnie niezbyt pozytywnie do tego dania. Jakaś daleka ciotka, u której się niespodziewanie pojawiliśmy z rodzicami poczęstowała nas wtedy obiadem. Kolejne moje skojarzenie to opowieści kumpla, który jest wielbicielem kuchni włoskiej, które kojarzą mi się z dokładnym gotowaniem według przepisu i skomplikowaną procedurą. Ostatnie skojarzenie to "risotto" marchewkowo-pieczarkowe, którym zostałam poczęstowana przez kucharza eksperymentatora. Miało on konsystencję zupy pomidorowej i było w nim pół paczki curry. Prawie niejadalne. Cieszyłam się, że po tej degustacji obeszło się bez reperkusji gastrycznych.
Nie wiem dlaczego, ale gdzieś w środku odczuwałam lęk przed tą potrawą. Uznałam jednak, że muszę się zebrać w sobie i spróbować. Wyciągnęłam opasłe tomiszcze opatrzone tytułem: Kuchnia włoska. Przewertowałam książkę w tą i z powrotem, znalazłam przepis. Wielbiciel Italii dał mi wiele interesujących wskazówek, które mimo lekceważącego wyrazu twarzy wzięłam do siebie. Nie znoszę jak ktoś mnie poucza. Tydzień czasu analizowałam recept. Kiedy wreszcie w sobotnie popołudnie zebrałam się w sobie i po kieliszku wina nabrałam odwagi pojawił się problem. Łyżka soffritto. Co to u diabła jest soffritto? Książka opasła, ale przepisu na to tajemnicze coś nie ma. Za to podali definicję: podstawa do sosów, na bazie ziół, boczku szynki warzyw podsmażana na oliwie z oliwek lub maśle. Sytuacja była nieciekawa, więc postanowiłam zapytać wujka Google. Wpisałam owy tajemniczy wyraz i nie znalazłam, żadnej polskojęzycznej strony. Uznałam, że robi się interesująco. Przegrzebałam grafikę i kilka anglojęzycznych stron i znalazłam przepis, który mi odpowiadał. Proporcje dostosowałam do swoich potrzeb. Do stworzenia soffritto potrzeba:
1 łyżkę drobno siekanego selera naciowego
2 łyżki drobno siekanej białej cebuli
1 łyżkę drobno siekanej marchewki
1 drobno siekany ząbek czosnku
liść laurowy
kilka gałązek świeżego rozmarynu
sól
pieprz czarny świeżo zmielony
łyżka oliwy z oliwek
Warzywa wrzuciłam na rozgrzaną oliwę. Zawsze staram się nie rozgrzewać jej zbyt mocno, bo robi się gorzka. Dodałam rozmaryn i liść laurowy, całość smażyłam na małym ogniu przez około 15 minut, do momentu kiedy cebula i czosnek straciły swoją ostrość. Listki i gałązki usunęłam, przyprawiłam solą i pieprzem. Efekt był naprawdę zaskakujący nie myślałam, że takie połączenia może być tak dobre w smaku. Odstawiłam patelnię i zabrałam się za ryżotto. Przepis, który znalazłam dostosowałam do swoich potrzeb i możliwości. Zamiast bulionu warzywnego, miałam bulion na kurczaku, oryginalnego parmezanu też nie miałam tylko jakiegoś sobowtóra. Do wykonania mojego pierwszego w życiu risotto użyłam:
175g ryżu Arborio
250g dojrzałych pomidorów
pół łyżki soffritto
łyżkę oliwy z oliwek
2 łyżki tartego sera a'la parmezan
garść świeżych liści bazylii
Soffritto zarumieniłam na oliwie. Dodałam pokrojone w kostkę pomidory bez gniazd, ryż i zalałam całość bulionem. Całość miałam gotować przez jakieś 15 minut na małym ogniu, ale ten podstępny drań był za duży i nie obeszło się baz wpadki. Trochę za bardzo bulion odparował i całość była odrobinę za sucha, a przy dnie odrobinę się przypaliło. Jednak za w czasu się połapałam i uratowałam danie. Kiedy ryż był już odpowiednio jadalny dodałam parmezan i posiekaną bazylię, w zasadzie to pociętą. Liście zawsze tnę nożyczkami, łatwiej, szybciej i wygodniej. Odstawiłam pod przykryciem na pięć minut. Nie wiem jak smakuje prawdzie dobrze przygotowane risotto, ale to wyszło całkiem całkiem. Na pewno jeszcze kiedyś spróbuję, szczególnie, że zostało mi soffrito, które przełożyłam do wytłoczki na lód i zamroziłam.
Nie wiem dlaczego, ale gdzieś w środku odczuwałam lęk przed tą potrawą. Uznałam jednak, że muszę się zebrać w sobie i spróbować. Wyciągnęłam opasłe tomiszcze opatrzone tytułem: Kuchnia włoska. Przewertowałam książkę w tą i z powrotem, znalazłam przepis. Wielbiciel Italii dał mi wiele interesujących wskazówek, które mimo lekceważącego wyrazu twarzy wzięłam do siebie. Nie znoszę jak ktoś mnie poucza. Tydzień czasu analizowałam recept. Kiedy wreszcie w sobotnie popołudnie zebrałam się w sobie i po kieliszku wina nabrałam odwagi pojawił się problem. Łyżka soffritto. Co to u diabła jest soffritto? Książka opasła, ale przepisu na to tajemnicze coś nie ma. Za to podali definicję: podstawa do sosów, na bazie ziół, boczku szynki warzyw podsmażana na oliwie z oliwek lub maśle. Sytuacja była nieciekawa, więc postanowiłam zapytać wujka Google. Wpisałam owy tajemniczy wyraz i nie znalazłam, żadnej polskojęzycznej strony. Uznałam, że robi się interesująco. Przegrzebałam grafikę i kilka anglojęzycznych stron i znalazłam przepis, który mi odpowiadał. Proporcje dostosowałam do swoich potrzeb. Do stworzenia soffritto potrzeba:
1 łyżkę drobno siekanego selera naciowego
2 łyżki drobno siekanej białej cebuli
1 łyżkę drobno siekanej marchewki
1 drobno siekany ząbek czosnku
liść laurowy
kilka gałązek świeżego rozmarynu
sól
pieprz czarny świeżo zmielony
łyżka oliwy z oliwek
Warzywa wrzuciłam na rozgrzaną oliwę. Zawsze staram się nie rozgrzewać jej zbyt mocno, bo robi się gorzka. Dodałam rozmaryn i liść laurowy, całość smażyłam na małym ogniu przez około 15 minut, do momentu kiedy cebula i czosnek straciły swoją ostrość. Listki i gałązki usunęłam, przyprawiłam solą i pieprzem. Efekt był naprawdę zaskakujący nie myślałam, że takie połączenia może być tak dobre w smaku. Odstawiłam patelnię i zabrałam się za ryżotto. Przepis, który znalazłam dostosowałam do swoich potrzeb i możliwości. Zamiast bulionu warzywnego, miałam bulion na kurczaku, oryginalnego parmezanu też nie miałam tylko jakiegoś sobowtóra. Do wykonania mojego pierwszego w życiu risotto użyłam:
175g ryżu Arborio
250g dojrzałych pomidorów
pół łyżki soffritto
łyżkę oliwy z oliwek
2 łyżki tartego sera a'la parmezan
garść świeżych liści bazylii
Soffritto zarumieniłam na oliwie. Dodałam pokrojone w kostkę pomidory bez gniazd, ryż i zalałam całość bulionem. Całość miałam gotować przez jakieś 15 minut na małym ogniu, ale ten podstępny drań był za duży i nie obeszło się baz wpadki. Trochę za bardzo bulion odparował i całość była odrobinę za sucha, a przy dnie odrobinę się przypaliło. Jednak za w czasu się połapałam i uratowałam danie. Kiedy ryż był już odpowiednio jadalny dodałam parmezan i posiekaną bazylię, w zasadzie to pociętą. Liście zawsze tnę nożyczkami, łatwiej, szybciej i wygodniej. Odstawiłam pod przykryciem na pięć minut. Nie wiem jak smakuje prawdzie dobrze przygotowane risotto, ale to wyszło całkiem całkiem. Na pewno jeszcze kiedyś spróbuję, szczególnie, że zostało mi soffrito, które przełożyłam do wytłoczki na lód i zamroziłam.
niedziela, 7 kwietnia 2013
Żądam świeżości
Dzisiaj
za oknem trochę lepsza pogoda niż ostatnio, ale dalej szaro brudno
i ponuro. Pierwszy tydzień kwietnia mija, a zima nie ma wstydu, nie
chce się spakować i kulturalnie odejść. Brakuje mi warzyw i
owoców, takich które
można kupić od starszych pań pod super samem. Rzodkiewki, które
teraz można dostać smakują jak styropian, a pomidory w ogóle
smaku nie mają. Nic nie pachnie tak jak powinno. Ta przedłużająca
się zima sprawiła, że jestem stęskniona za latem jak jeszcze
nigdy w życiu. Marzy mi się arbuz, truskawki i bób. Chce
pachnących młodych ziemniaków z maślanką i mizerii ze świeżego
ogórka. Przez cały zeszły tydzień starałam się poprawić sobie
humor owocami i warzywami na tyle na ile to było możliwe
wiosenno-letnimi smakami. Znalazłam w zamrażalniku maliny i
zrobiłam z nich koktajl. Trochę mnie zasmuciły bo były strasznie
kwaśne i musiałam dosypać cukru. Kupiłam mrożone truskawki i te
też okazały się kwaśne. Znowu bez cukru się nie obeszło. Na
dzbanek koktajlu potrzebowałam:
1 opakowanie mrożonych truskawek
1 i
1/2 szklanki maślanki
2
łyżki cukru pudru
Koktajl był pyszny. Brakowało w nim niestety naturalnej słodyczy truskawek. W czwartek do obiadu starłam marchewkę z jabłkiem. Mój niejadek kręcił nosem, że to nie ogórki (jest największym fanem ogórków jakiego znam), więc na następny dzień dostał mizerie i były ziemniaki. Na moim talerzu kartofelki posypane koperkiem topiły się w maślance. Do surówki z marchewki potrzebowałam starte na małych oczkach
2 małe słodkie jabłka
2
średnie marchewki
sok
z cytryny
Mizeria jest drugą najszybszą surówką świata. Pierwsze miejsce zdecydowanie należy do sałaty ze śmietaną w wersji podstawowej. Do ogórków i śmietany prócz soli i pieprzu zawsze wsypuję koperek, najlepiej świeży. Połączenie ogórków i koperku jest bardzo udanym związkiem. Ogórek bez koperku jest jak rower bez kół.
Zwieńczeniem
mojej tęsknoty za latem były mini tarty z pomidorami. W sobotę
wieczorem miałam gości. Obiecałam upiec babeczki. Jednak to było
trochę mało, więc postanowiłam zrobić małe tarty. Część
zrobiłam z tapenadą i fetą, a część z siekanymi pomidorami,
bazylią i mozzarellą. Kombinowałam z czosnkiem. Ucieram go z bazylią i oliwą z oliwek, ale mam taki katar, że nie
czuję smaku. Czosnek ponoć było czuć na korytarzu, a ja
mogłam wsadzić nos w moździerz i nic. Na wszelki wypadek
odpuściłam eksperymenty do chwili kiedy wróci mi powonienie i
smak. Babeczki wyszły tak piekielnie ostre, że zrobiłam do
nich sos czosnkowy, bez czegoś wilgotnego były okrutnie palące. Do
zrobienia tart z pomidorem potrzebowałam:
1 puszkę pomidorów
7
dużych liści świeżej bazylii
sól
czarny
pieprz
ciasto
francuskie
tartą
mozzarellę do zapiekania
żółtko
mleko
Z
ciasta wycięłam kółka, ułożyłam je na blaszce wyłożonej
papierem do pieczenia. Żółtko rozbełtałam z odrobiną mleka i
posmarowałam nim ciasto. Pomidory posiekałam dodałam do nich
drobno pociętą bazylię i jeszcze posiekałam. Bazylię tnę
nożyczkami. Dodałam pieprz i sól. Nałożyłam trochę na każdy
krążek ciasta i posypałam mozzarellą. Piekłam w temperaturze
180°C do momentu, w którym ciasto było złote. Ostre babeczki
sprawiły, że wrócił mi trochę smak. Pomidorki były prawie jak w
lecie.
poniedziałek, 11 marca 2013
Pomidor w pomidorach
Każdy ma swoje nawyki i każdy ma swoje ulubione smaki. Czasami się zastanawiam... Czy smaki nie przechodzą z matki na dziecko? Jak byłam w ciąży, moja mama, ilekroć u niej byłam podkarmiała mnie zupą pomidorową z ryżem, której notabene pochłaniałam straszne ilości. Nie byłam wtedy na etapie prób i błędów w gotowaniu zup. Jak mały się urodził to zaczęłam. I rozkochałam się w nich, bez pamięci. Mój syn nie jest miłośnikiem zup, to za duże słowo, ale chętnie je je. W zasadzie to nie wszystkie. Soczewicowej nie jestem w stanie wprowadzić do jego menu. Wciąż kategorycznie odmawia. Zmusza mnie za to do gotowania mu jednej z jego trzech ulubionych co kilka dni. Naprzemiennie przygotowuję rosół (z makaronem), pomidorową (z ryżem) i ogórkową (z dużą ilością ziemniaków). Aktualnie w lodówce mam zupę pomidorową, jak się skończy ugotuję ogórkową, a potem pewnie rosół. Może to nudne, ale mały przynajmniej jest usatysfakcjonowany.
Z zupą pomidorową mam jeden podstawowy problem. Zawsze wydaje mi się za mało pomidorowa. Nie lubię dodawać koncentratu, a pomidory w zimie mają mało intensywny smak, często jest tak samo z tymi z puszki. Znalazłam jednak sposób, do wywaru wrzucam suszone pomidory. One zawsze tak intensywnie pachną i smakują. Wywar na zupę pomidorową przygotowuję z:
1,5 l wody
3 plastrów schabu
5 pomidorów suszonych
1 średniego korzenia pietruszki
2 średnich marchewek
1 małej cebuli
Wszystkie składniki gotuję na małym ogniu, bez przykrycia, trochę ponad godzinę. Cebulę przed wrzuceniem do garnka opalam na ogniu. Gotowy wywar odcedzam i z powrotem wkładam do niego suszone pomidory, marchewkę i korzeń pietruszki. Wobec mięsa mam inne, niecne plany. Kolejnym krokiem jest przeobrażenie wywaru w zupę. Moja babcia gotowała pomidory i przecierała je przez sitko, dawała łyżkę masła, odrobinę cukru i odrobinę soli. Ja potrzebuję:
1 puszkę pomidorów
1 łyżkę masła
2 łyżki śmietany 12%
siekaną natkę pietruszki
sól
czarny pieprz
W sezonie staram się używać świeżych pomidorów. Pomidory z puszki (bez różnicy czy całe, czy siekane) przekładam do miski, dodaję do nich masło, sól i pieprz. Wyciągam blender i miksuję, przelewam do garnka. Dodaję śmietanę, oczywiście roztrzepując ją stopniowo z zupą tak, żeby się nie ścięła. Wlewam do garnka i obserwuję. Czekam, aż zupa prawie się zagotuje. Wtedy zdejmuję ją z gazu. Na sam koniec dosypuję posiekaną pietruszkę.
Do miski z ryżem wlewam pomidorówę, wołam dziecko i pytam się jak smakuje? Po chwili milczenia odpowiada jednym wyrazem, zabarwionym 100% pewnością: dobrze.
Z zupą pomidorową mam jeden podstawowy problem. Zawsze wydaje mi się za mało pomidorowa. Nie lubię dodawać koncentratu, a pomidory w zimie mają mało intensywny smak, często jest tak samo z tymi z puszki. Znalazłam jednak sposób, do wywaru wrzucam suszone pomidory. One zawsze tak intensywnie pachną i smakują. Wywar na zupę pomidorową przygotowuję z:
1,5 l wody
3 plastrów schabu
5 pomidorów suszonych
1 średniego korzenia pietruszki
2 średnich marchewek
1 małej cebuli
Wszystkie składniki gotuję na małym ogniu, bez przykrycia, trochę ponad godzinę. Cebulę przed wrzuceniem do garnka opalam na ogniu. Gotowy wywar odcedzam i z powrotem wkładam do niego suszone pomidory, marchewkę i korzeń pietruszki. Wobec mięsa mam inne, niecne plany. Kolejnym krokiem jest przeobrażenie wywaru w zupę. Moja babcia gotowała pomidory i przecierała je przez sitko, dawała łyżkę masła, odrobinę cukru i odrobinę soli. Ja potrzebuję:
1 puszkę pomidorów
1 łyżkę masła
2 łyżki śmietany 12%
siekaną natkę pietruszki
sól
czarny pieprz
W sezonie staram się używać świeżych pomidorów. Pomidory z puszki (bez różnicy czy całe, czy siekane) przekładam do miski, dodaję do nich masło, sól i pieprz. Wyciągam blender i miksuję, przelewam do garnka. Dodaję śmietanę, oczywiście roztrzepując ją stopniowo z zupą tak, żeby się nie ścięła. Wlewam do garnka i obserwuję. Czekam, aż zupa prawie się zagotuje. Wtedy zdejmuję ją z gazu. Na sam koniec dosypuję posiekaną pietruszkę.
Do miski z ryżem wlewam pomidorówę, wołam dziecko i pytam się jak smakuje? Po chwili milczenia odpowiada jednym wyrazem, zabarwionym 100% pewnością: dobrze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














