Ostatnia dzisiaj odsłona kaszy jęczmiennej. Coś w sam raz na lekką kolację albo przekąskę do wieczornej lampki wiana. Pieczarki ze słodko-maślanym farszem z kaszy jęczmiennej i fenkułu.
Do przygotowania dwunastu grzybków potrzeba:
12 sporych pieczarek
1,5 szklanki ugotowanej kaszy jęczmiennej (średniej)
1 fenkuł
garść obranych orzechów włoskich
masło
Na patelni roztopiłam masło i wrzuciłam na nie drobno posiekany koper włoski, który posypałam szczyptą soli. Smażyłam na małym ogniu, żeby masło się nie zaczęło palić. Kiedy fenkuł się zarumienił, dodałam do niego orzechy włoskie, lubię jak są odrobinę uprażone, a po kilku minutach kaszę. Chciałam żeby całość miała słodki smak, dlatego do kaszy dodałam jeszcze łyżkę masła. Kiedy wszystkie składnik połączyły się ze sobą. Odstawiłam patelnię, żeby farsz ostygł. Obrane kapelusze pieczarek faszerowałam kaszą i układałam na blaszce przykrytej papierem do pieczenia. Zapiekałam je w 180 stopniach Celsjusza do chwili kiedy grzyby puściły sok.
Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieczarki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieczarki. Pokaż wszystkie posty
piątek, 15 kwietnia 2016
sobota, 16 maja 2015
Kasza jaglana z cukinią i pieczarkami
Z całym uporem wykopałam pokłady silnej woli zakopane gdzieś głęboko i zaczęłam się racjonalnie odżywiać. Z domu do pracy nie mam za blisko i godziny spędzone w mieście sprzyjają jedzeniu w okolicznych kantynach i knajpkach. Obiecałam sobie, że kończę z tym i dzielnie robię sobie sama kanapki i przygotowuję obiady tak, żebym mogła je podgrzać w pracy. Staram się przygotowywać stałe posiłki. Każda nawet najgęstsza zupa stwarza ryzyko wylania. A zawartość torebki utytłana w lepkiej mazi nie jest czymś co poprawia nastrój w poniedziałkowy poranek.
Najczęściej nie muszę nawet specjalnie robić zakupów, żeby zmontować obiad. Ostatnio po przebobrowaniu lodówki i szafek, udało mi się przygotować całkiem nieźle wyglądające, aromatyczne i na prawdę smaczne danie z kaszą jaglaną w roli głównej.
Do przygotowania obiadu użyłam:
100g kaszy jaglanej
200g pieczarek
1 małą cukinię
sól
czarny pieprz
sok z limonki
czosnek niedźwiedzi
masło
olej orzechowy
Pieczarki posypane solą podsmażyłam na maśle z dodatkiem oleju z orzechów włoskich. Lubię kiedy grzyby mają taką aromatyczną nutę. Kidy były prawie gotowe dorzuciłam cukinię pokrojoną w plastry i skropiłam sokiem z limonki. Chciałam, żeby zmiękła ale zachowała świeży kolor. Trzymałam przez chwilę na patelni. Kiedy było już gotowe przyprawiłam czosnkiem niedźwiedzim i czarnym pieprzem. Kasza jaglana w międzyczasie się ugotowała, więc wszystko wymieszałam. Obiad na dwa dni jak nic.
Najczęściej nie muszę nawet specjalnie robić zakupów, żeby zmontować obiad. Ostatnio po przebobrowaniu lodówki i szafek, udało mi się przygotować całkiem nieźle wyglądające, aromatyczne i na prawdę smaczne danie z kaszą jaglaną w roli głównej.
Do przygotowania obiadu użyłam:
100g kaszy jaglanej
200g pieczarek
1 małą cukinię
sól
czarny pieprz
sok z limonki
czosnek niedźwiedzi
masło
olej orzechowy
Pieczarki posypane solą podsmażyłam na maśle z dodatkiem oleju z orzechów włoskich. Lubię kiedy grzyby mają taką aromatyczną nutę. Kidy były prawie gotowe dorzuciłam cukinię pokrojoną w plastry i skropiłam sokiem z limonki. Chciałam, żeby zmiękła ale zachowała świeży kolor. Trzymałam przez chwilę na patelni. Kiedy było już gotowe przyprawiłam czosnkiem niedźwiedzim i czarnym pieprzem. Kasza jaglana w międzyczasie się ugotowała, więc wszystko wymieszałam. Obiad na dwa dni jak nic.
poniedziałek, 29 września 2014
Urodzinowe paszteciki
W zeszłym roku na swoje urodziny postanowiłam upiec do pracy ciasto. Niestety przez urok, przypadkowo rzucony nic z tego nie wyszło. Jedno było zakalcem, a drugie za mocno się spiekło. W tym roku postanowiłam nie ryzykować i zrobić coś na słono i w mniejszym formacie. Padło na paszteciki.Oczywiście jak to co roku bywa, musiało coś nawalić. Tym razem nigdzie nie było pieczarek. Udało mi się kupić tylko 25dag. Zaplanowałam połowę pasztecików z pieczarkami, a drugą połowę ze szpinakiem. Niestety większość zrobiłam z zielonym nadzieniem. Na braki w zaopatrzeniu w okolicznych sklepach nic nie da się poradzić.
Najpierw przygotowałam farsze. Pieczarki obrałam i pokroiłam w plastry i jeszcze na pół. Potrzebna była jeszcze duża cebula. Pokroiłam ją w kostkę i podsmażyłam, dodałam pieczarki, posoliłam i smażyłam, aż był miękkie, na koniec posypałam czarnym pieprzem.
Szpinak miałam mrożony. Gotowałam go na wolnym ogniu, żeby odparować jak najwięcej wody. Dodałam do niego trzy wyciśnięte ząbki czosnku, sól i pieprz. Kiedy większość wody zniknęła dodałam pół kostki fety i gotowałam jeszcze jakieś piętnaście minut.
Kluczowe było ciasto. Do jego przygotowania potrzebowałam:
0,5kg mąki pszennej
0,5 kostki świeżych drożdży
2 jajka
ciepłą wodę
sól 2 łyżki oleju słonecznikowego
żółtko
odrobinę mleka
W przesianej mące zrobiłam dołek i wlałam rozrobione drożdże. Kiedy urosły dodałam jajka, wodę i sól. Pod koniec wyrabiania dodałam olej. Ciasto zostawiłam do wyrośnięcia i włączyłam piekarnik ustawiając go na 200 stopni. Kiedy ciasto wyrosło dzieliłam je na części i rozwałkowywałam na szerokie pasy. W środkowej części układałam farsz, zlepiałam brzegi i smarowałam ciasto z wierzchu żółtkiem rozrobiony z odrobiną mleka. Następnie kroiłam "roladę" na paski i układałam na papierze do pieczenia. Trzymałam w piekarniku, aż miały złoty kolor i wyglądały jak na poniższym zdjęciu.
wtorek, 4 marca 2014
Babeczki, które wreszcie się udały
Pod koniec lutego subiektywnie obchodziło swoje pierwsze urodziny. Chciałam zrobić babeczki i wetknąć w jedną z nich urodzinową świeczkę. Babeczki były pomidorowe z fetą, zielonymi oliwkami i chyba czerwoną cebulą, ale w tej chwili to jest już bez znaczenia. Zamiast fasonowych babeczek wyszło mi stado zakalców. Mam koleżankę, która lubi takie wypieki. Ucieszyła się jak odwiedziła mnie w pracy w poniedziałek.
Do ciasta dodałam maślankę i sok pomidorowy. Ciasto wydawało mi się cały czas za gęste, więc dolałam jeszcze trochę i jeszcze trochę płynów i jeszcze ciutkę. Skończyło się na tym, że na dwie szklanki mąki miałam trzy i pół szklanki soku zmieszanego z maślanką. Z tego nie mogły wyjść babeczki, to się tylko na naleśniko-placki nadawało. Po takim blamażu musiałam upiec babeczki. Oczywiście słone, bo za słodyczami to ja nie koniecznie przepadam. Babeczki były na maślance i z pieczarkami. Tylko trochę innymi niż zwykle. Podsmażyłam je z cebulą i pestkami słonecznika (łuskanego oczywiście) Do przygotowania grzybków do babeczek potrzeba:
200 g pieczarek
1 małą czerwoną cebulę
olej słonecznikowy
garść ziaren słonecznika
sól
czarny pieprz
Na łyżce oleju podsmażyłam cebulę i drobno pocięte pieczarki, oczywiście po wrzuceniu ich do garnka od razu posypałam je solą, żeby puściły wodę, dodałam słonecznik, a na koniec popieprzyłam. Do przygotowania ciasta potrzebowałam:
2 jajka
50 g masła
2 szklani mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
sól
200 ml maślanki
Jajka połączyłam z masłem, wsypałam mąkę, proszek do pieczenia, sól i wlałam maślankę. Wszystko miksowałam, aż uzyskałam gładką masę. Wtedy dodałam pieczarki i rozprowadziłam je po cieście. Nie pamiętam oczywiście jak długo je piekłam. Kiedy były wyrośnięte i złote sprawdziłam patyczkiem czy są gotowe i zostawiłam je na kolejnych kilka minut w piekarniku, który był rozgrzany do 180°C. Udało się, zakalców nie było.
Do ciasta dodałam maślankę i sok pomidorowy. Ciasto wydawało mi się cały czas za gęste, więc dolałam jeszcze trochę i jeszcze trochę płynów i jeszcze ciutkę. Skończyło się na tym, że na dwie szklanki mąki miałam trzy i pół szklanki soku zmieszanego z maślanką. Z tego nie mogły wyjść babeczki, to się tylko na naleśniko-placki nadawało. Po takim blamażu musiałam upiec babeczki. Oczywiście słone, bo za słodyczami to ja nie koniecznie przepadam. Babeczki były na maślance i z pieczarkami. Tylko trochę innymi niż zwykle. Podsmażyłam je z cebulą i pestkami słonecznika (łuskanego oczywiście) Do przygotowania grzybków do babeczek potrzeba:
200 g pieczarek
1 małą czerwoną cebulę
olej słonecznikowy
garść ziaren słonecznika
sól
czarny pieprz
Na łyżce oleju podsmażyłam cebulę i drobno pocięte pieczarki, oczywiście po wrzuceniu ich do garnka od razu posypałam je solą, żeby puściły wodę, dodałam słonecznik, a na koniec popieprzyłam. Do przygotowania ciasta potrzebowałam:
2 jajka
50 g masła
2 szklani mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
sól
200 ml maślanki
Jajka połączyłam z masłem, wsypałam mąkę, proszek do pieczenia, sól i wlałam maślankę. Wszystko miksowałam, aż uzyskałam gładką masę. Wtedy dodałam pieczarki i rozprowadziłam je po cieście. Nie pamiętam oczywiście jak długo je piekłam. Kiedy były wyrośnięte i złote sprawdziłam patyczkiem czy są gotowe i zostawiłam je na kolejnych kilka minut w piekarniku, który był rozgrzany do 180°C. Udało się, zakalców nie było.
niedziela, 24 listopada 2013
Proste jak naleśnik
Są dania których się boję i są dania które wiadomo, że są trudne w przygotowaniu. Mam stracha przed sufletem, bezą, biszkoptami, a czasem nawet przed babeczkami. Nie zmienia to faktu, że mam odwagę zmierzyć się z nimi i robię to z mniej lub bardziej zadowalającym efektem. Co jednak dziwne, niektórzy mają "stracha" przed prostymi potrawami. Może z tym lękiem to trochę przesadziłam, ale obawy się pojawiają, a co gorsza niechęć do prób. Postanowiłam więc, że zrobię coś dla mojej koleżanki i napisze o naleśnikach. Przy nadarzającej się okazji postaram się również zrobić prezentację na żywo.Co już zresztą obiecałam.
Kiedy stwierdziła, że nie umie robić naleśników, oniemiała. Nie wpadłabym na pomysł, że naleśnik może komuś sprawiać kłopoty. Takie rzadkie, a potem płaskie i wiotkie coś. Do jego przygotowania potrzeba składników, które w zasadzie zawsze są w domu. Dla mnie jest to prawie najszybszy obiad, pomijając wersję leniwą, o której pisałam w poście Sprzątanie lodówki.Wystarczy mieć:
300g mąki pszennej
Kiedy stwierdziła, że nie umie robić naleśników, oniemiała. Nie wpadłabym na pomysł, że naleśnik może komuś sprawiać kłopoty. Takie rzadkie, a potem płaskie i wiotkie coś. Do jego przygotowania potrzeba składników, które w zasadzie zawsze są w domu. Dla mnie jest to prawie najszybszy obiad, pomijając wersję leniwą, o której pisałam w poście Sprzątanie lodówki.Wystarczy mieć:
300g mąki pszennej
150 ml wody
200 ml mleka
2 jajka
sól
olej
Wszystko wrzuca się do miski. Sól według uznania, a oleju trzeba wlać tylko łyżkę. Potem będzie potrzebny do smażenia. Wszystko łączy się mikserem, tak żeby masa nie miała grudek. Można użyć widelca do mieszania, tyle że potem nadgarstki bolą. Wiem coś o tym, pierwsze naleśniki tak robiłam. Ciasto musi mieć konsystencje śmietany 12%, wtedy ładnie będzie rozlewać się na patelni. Jedna rzecz przy smażeniu naleśników jest zawsze pewna. Pierwszy będzie najgrubszy i najtłustszy. Potem już wiadomo ile trzeba wylać ciasta, żeby była odpowiednia grubość. Zanim jednak to zrobimy trzeba patelnię polaną niewielką ilością olej porządnie rozgrzać. Następnie zdejmujemy ją z kuchenki i jedną ręką przy pomocy chochli (najwygodniej) wylewamy ciasto. Drugą kręcimy okręgi rozprowadzając równomiernie masę. Warto wybrać do tego celu patelnię, która nie będzie zbyt ciężka (znowu pojawia się problem bolących nadgarstków). Kiedy zauwarzymy, że ciasto się ścięło należy je przewrócić. Można to zrobić przy pomocy widelca, szpachelki albo innej pomocy kuchennej. Ja osobiście wolę rzucać naleśnikami. Obracanie ich w powietrzu sprawia mi straszną frajdę, mój niejadek zresztą też się cieszy i jeszcze mnie dopinguje. Po chwili naleśnik jest usmażony z dwuch stron i gotowy do zjedzenia. Tyle że gotujący ma jeszcze pare naleśników do usmażenia i musi pozostać w kuchni. Zaobserwowałam, że naleśniki mają pewną cechę wspólną z plackami ziemniaczanymi. Szybciej się je zjada niż smaży.
Naleśniki można konsumować zarówno na słodko: z dżemem, cukrem pudrem, masłem orzechowo-czekoladowym czy słodkim serkiem. Można również na słono. Proponuję prostą wersję z pieczarkami. Grzybki trzeba obrać, pokroić w plasterki i usmażyć na maśle z dodatkiem oleju, cebulą, solą, czarnym pieprzem i odrobiną posiekanej natki pietruszki. Na naleśnik kładziemy plaster sera i przygotowane wcześniej pieczarki. Zwijamy w rulonik. Podsmażamy całość albo podgrzewamy w mikrofalówce. Roztopiony ser żółty świetnie pasuje do pieczarek. Dla urozmaicenia można takie naleśniki pochlapać jogurtem naturalnym lub śmietaną.
olej
Wszystko wrzuca się do miski. Sól według uznania, a oleju trzeba wlać tylko łyżkę. Potem będzie potrzebny do smażenia. Wszystko łączy się mikserem, tak żeby masa nie miała grudek. Można użyć widelca do mieszania, tyle że potem nadgarstki bolą. Wiem coś o tym, pierwsze naleśniki tak robiłam. Ciasto musi mieć konsystencje śmietany 12%, wtedy ładnie będzie rozlewać się na patelni. Jedna rzecz przy smażeniu naleśników jest zawsze pewna. Pierwszy będzie najgrubszy i najtłustszy. Potem już wiadomo ile trzeba wylać ciasta, żeby była odpowiednia grubość. Zanim jednak to zrobimy trzeba patelnię polaną niewielką ilością olej porządnie rozgrzać. Następnie zdejmujemy ją z kuchenki i jedną ręką przy pomocy chochli (najwygodniej) wylewamy ciasto. Drugą kręcimy okręgi rozprowadzając równomiernie masę. Warto wybrać do tego celu patelnię, która nie będzie zbyt ciężka (znowu pojawia się problem bolących nadgarstków). Kiedy zauwarzymy, że ciasto się ścięło należy je przewrócić. Można to zrobić przy pomocy widelca, szpachelki albo innej pomocy kuchennej. Ja osobiście wolę rzucać naleśnikami. Obracanie ich w powietrzu sprawia mi straszną frajdę, mój niejadek zresztą też się cieszy i jeszcze mnie dopinguje. Po chwili naleśnik jest usmażony z dwuch stron i gotowy do zjedzenia. Tyle że gotujący ma jeszcze pare naleśników do usmażenia i musi pozostać w kuchni. Zaobserwowałam, że naleśniki mają pewną cechę wspólną z plackami ziemniaczanymi. Szybciej się je zjada niż smaży.
Naleśniki można konsumować zarówno na słodko: z dżemem, cukrem pudrem, masłem orzechowo-czekoladowym czy słodkim serkiem. Można również na słono. Proponuję prostą wersję z pieczarkami. Grzybki trzeba obrać, pokroić w plasterki i usmażyć na maśle z dodatkiem oleju, cebulą, solą, czarnym pieprzem i odrobiną posiekanej natki pietruszki. Na naleśnik kładziemy plaster sera i przygotowane wcześniej pieczarki. Zwijamy w rulonik. Podsmażamy całość albo podgrzewamy w mikrofalówce. Roztopiony ser żółty świetnie pasuje do pieczarek. Dla urozmaicenia można takie naleśniki pochlapać jogurtem naturalnym lub śmietaną.
sobota, 29 czerwca 2013
Kurczak w sosie...
Nie wiem czy ja tak
tylko mam, czy więcej osób z mięs preferuje kurczaka. W moim
przypadku, to chyba trochę z lenistwa, bo do porządnego sklepu
mięsnego mam nie po drodze, więc idę do marketu biorę tackę i
problem z głowy. Ostatnio cierpiałam na jakiś brak weny twórczej
w kuchni. Zrobiło się ciepło i odechciało mi się gotować, z
resztą przed urlopem człowiek jakiś taki wypompowany się czuje.
Żywiłam się głównie warzywami i owocami. Truskawki to mnie w
zasadzie opętały i robiłam z nimi wszystko, nawet jeśli zdrowy
rozsądek podpowiadał mi, że tak nie można.
Dzisiaj rano obudziłam się z mocnym postanowieniem poprawy i uznałam, że ugotuję porządny obiad, a najlepiej coś czego dawno nie robiłam. Kiedyś już pisałam, o braku dań z sosem na moim stole z uwagi na fanaberie mojego syna. Pewnie to jeden z powodów, dlatego wiecznie decyduję się na kurczaka. Przygotowanie go na dwa sposoby, w krótkim czasie i w małej kuchni nie nastręcza wielu problemów. Dla młodego były kotleciki, a dla mnie kurczak w sosie serowym z brokułami i pieczarkami. Ugotowałam do tego makaron, który bardzo lubię ale rzadko jadam.
Wypiłam rano kawę i dalej nie miałam pomysłu na obiad. Z resztki rosołu zmajstrowałam krupnik dla małego, ale nadal nie miałam koncepcji na danie główne. Uznałam, że najlepiej będzie wybrać się do naszego lokalnego warzywniaka. Spacery po jarzyny i owoce zawsze sprawiały mi dużą przyjemność. Można pogadać z panią i wszystko odbywa się w takiej przyjemnej, bezstresowej atmosferze. Po drodze wymyśliłam sobie recept na kurczaka, ale nie było brokuła, zostały tylko kalafiory, jak się idzie w sobotę koło południa po zakupy to taka sytuacja jest prawie nieunikniona. Tak czy inaczej do godziny 14.00 udało mi się zdobyć wszystkie ingredienty czyli:
3 łyżki oleju
kilka gałązek tymianku
2 filety z piersi kurczaka
7 pieczarek średniej wielkości
1 małego brokuła
parmezan
1 ząbek czosnku
2 łyżki śmietany
1 łyżkę mąki
sól
czarny pieprz
Kurczaka umyłam, wycięłam wszystko co mi się nie podobało i pokroiłam w kostkę. Na patelni rozgrzałam olej z gałązkami tymianku, które wyjęłam przed wrzuceniem mięsa. Kurczaka usmażyłam na złoto i dodałam kapelusze pieczarek, pokrojone na sześć części. Wcześniej obgotowałam brokuła, podzielonego na drobne różyczki. Posoliłam pieczarki i kiedy puściły sok zalałam patelnię wodą tak, żeby sięgała do płowy zawartości. Dodałam brokuły i wycisnęłam ząbek czosnku. Gotowałam przez około minutę, ścierając parmezan. Dodałam sól i pieprz, zagęściłam mąką i zabieliłam śmietaną. Wyszło smacznie i nie za ciężko i przede wszystkim z makaronem.
Dzisiaj rano obudziłam się z mocnym postanowieniem poprawy i uznałam, że ugotuję porządny obiad, a najlepiej coś czego dawno nie robiłam. Kiedyś już pisałam, o braku dań z sosem na moim stole z uwagi na fanaberie mojego syna. Pewnie to jeden z powodów, dlatego wiecznie decyduję się na kurczaka. Przygotowanie go na dwa sposoby, w krótkim czasie i w małej kuchni nie nastręcza wielu problemów. Dla młodego były kotleciki, a dla mnie kurczak w sosie serowym z brokułami i pieczarkami. Ugotowałam do tego makaron, który bardzo lubię ale rzadko jadam.
Wypiłam rano kawę i dalej nie miałam pomysłu na obiad. Z resztki rosołu zmajstrowałam krupnik dla małego, ale nadal nie miałam koncepcji na danie główne. Uznałam, że najlepiej będzie wybrać się do naszego lokalnego warzywniaka. Spacery po jarzyny i owoce zawsze sprawiały mi dużą przyjemność. Można pogadać z panią i wszystko odbywa się w takiej przyjemnej, bezstresowej atmosferze. Po drodze wymyśliłam sobie recept na kurczaka, ale nie było brokuła, zostały tylko kalafiory, jak się idzie w sobotę koło południa po zakupy to taka sytuacja jest prawie nieunikniona. Tak czy inaczej do godziny 14.00 udało mi się zdobyć wszystkie ingredienty czyli:
3 łyżki oleju
kilka gałązek tymianku
2 filety z piersi kurczaka
7 pieczarek średniej wielkości
1 małego brokuła
parmezan
1 ząbek czosnku
2 łyżki śmietany
1 łyżkę mąki
sól
czarny pieprz
Kurczaka umyłam, wycięłam wszystko co mi się nie podobało i pokroiłam w kostkę. Na patelni rozgrzałam olej z gałązkami tymianku, które wyjęłam przed wrzuceniem mięsa. Kurczaka usmażyłam na złoto i dodałam kapelusze pieczarek, pokrojone na sześć części. Wcześniej obgotowałam brokuła, podzielonego na drobne różyczki. Posoliłam pieczarki i kiedy puściły sok zalałam patelnię wodą tak, żeby sięgała do płowy zawartości. Dodałam brokuły i wycisnęłam ząbek czosnku. Gotowałam przez około minutę, ścierając parmezan. Dodałam sól i pieprz, zagęściłam mąką i zabieliłam śmietaną. Wyszło smacznie i nie za ciężko i przede wszystkim z makaronem.
sobota, 27 kwietnia 2013
Schab duszony z przed dwóch lat
Zastanawiałam
się nad dzisiejszym obiadem i stwierdziłam, że przejrzę mój
stary notes z przepisami, który założyłam jak szłam na studia.
Początkowo zapisywałam w nim recepty na kotlety mielone i
naleśniki wisząc na słuchawce z mamą. Z czasem stał się czymś
w rodzaju dziennika eksperymentów. Jak już coś wymyśliłam,
ugotowałam i okazało się zjadliwe to notowałam. Nigdy nie pisałam
proporcji ani sposobu przygotowania. Zawsze tylko składniki.
Prawidłowej notacji nauczyłam się w chwili kiedy zaczęłam pisać
blog, czyli półtora miesiąca temu tak na oko. Tak, czy inaczej mój
notesik jest do tej pory bardzo przydatny. Jak mam gorszy dzień i
robię kotlety to zawsze go wyciągam, żeby sprawdzić czy wszystko
dodałam. Notes jest mocno podniszczony, ma czarną okładkę na
której jest nalepka z trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami.
W początkach mojego gotowania, takie ostrzeżenie było konieczne.
Sama się sobie dziwie, że nikogo nie podtrułam, a sposób w jaki
smażyłam rybę... Szkoda gadać. Mój kolega wspominał ten widok
dość długo. W czasie kiedy zakładałam notes z przypraw znałam
sól i pieprz. Żeby było ciekawiej kupiłam biały, za którym nie
bardzo przepadam.
Dzisiaj już lepiej gotuję, a na parapecie mam doniczki ze świeżymi ziołami. Przeglądając notes trafiłam na nagłówek kotleciki schabowe. W zasadzie to żadne kotleciki tylko duszone mięso, ale zwał jak zwał. Przekopałam lodówkę i okazało się, że wszystko co potrzebne mam. W zamrażalniku znalazłam trzy plastry schabu bez kości. Uznałam, że plan na obiad jest! Brakowałam mi tylko zapychacza w stylu ziemniaków, których nie miałam w domu. Ugotowałam więc kaszę kukurydzianą i przyprawiła ją chili, a mianowicie, do kaszy starłam suszone papryczki i wymieszałam. Przepisy na ów schab wymyśliłam dwa lata temu i postanowiłam go sobie odświeżyć. W tym celu wykorzystałam:
5
plastrów schabu bez kości
400g
pieczarek
1
dużą czerwoną cebulę
sól
czarny
pieprz
gałązki
świeżego rozmarynu
3
łyżki oliwy z oliwek
Oliwę z oliwek podgrzałam na patelni, położyłam na niej rozbite plastry schabu (ale nie tak jak na kotlety, nie na podeszwę). Kiedy mięso zarumieniło się znacznie z obu stron, wrzuciłam na patelnię pieczarki pokrojone w ćwiartki i mocno je posoliłam, żeby puściły sok. Dołożyłam cebulę pokrojoną w pół księżyce i kilka gałązek rozmarynu. Całość podlałam wodą. Wszystko dusiłam około pół godziny na małym ogniu. Na koniec przyprawiłam pieprzem. Wyszło mi coś na kształt jednopatelniowego dania.
czwartek, 14 marca 2013
Bez torebki też można
Wczoraj w godzinach wieczornych rozgorzała płomienna dyskusja na temat soli, vegety i wszystkiego co w jakiś sposób udało się pod temat podciągnąć. Temat który się pojawił, był w opozycji do słodkiego tortu Kamili, o którym wspomnę w sobotę. Część męska towarzystwa nie była zainteresowana solą i wyszła. Od jednej z koleżanek dowiedziałam się, że można kupić vegetę bez wzmacniaczy smaku. Uznałam, że przy najbliższej wycieczce do spożywczaka poszukam tego cuda. Tymczasem rozmawiałyśmy o różnych smakach i przede wszystkim o zupach. Różnie dziewczyny gotują zupy i w różny sposób je doprawiają, są wielbicielki kostek rosołowych i zwolenniczki naturalnych przypraw. Ja się skłaniam ku tej drugiej opcji. Nie neguję oczywiście kostek, zdarza mi się ich używać, tylko nie mogę z nimi przesadzać. W czasie kiedy byłam termosem na mleko dla mojego syna starałam się jeść lekko strawne rzeczy, bez intensywnych przypraw. Wtedy też ograniczyłam sól. Od tamtego czasu nie służy mi ona za bardzo. Wszystko co gotuję z reguły jest nie dosolone, dla mnie smakuje w porządku, ale wielbiciele słonego narzekają. Największy problem mam z daniami instant. Wszystkie zupy typu "zalej mnie i zjedz" powodują u mnie zgagę. Widać jestem strasznie wydelikacona.
Jak słyszę krem z pieczarek, to mam przed oczami zupkę w małej torebce, którą trzeba wsypać do kubka. Całe liceum opijałam się tymi wynalazkami, a teraz się okazało, że są one dla mnie niestrawne. Musiałam zacząć knuć. Knułam i knułam, aż wreszcie uknułam. Wymyśliłam jak zrobić krem z pieczarek z grzankami, który nie spowoduje u mnie efektów ubocznych. Do przygotowania kremowego błotka (kolor jest brązowo-szary) potrzeba:
400g pieczarek
1 dużą cebulę
1 szklankę rosołu
sól
czarny pieprz
1 1/2 szklanki wody
olej
masło
Cebulę pokroiłam w drobną kostkę i zrumieniłam na oleju. Pieczarki obrałam, pokroiłam w kostkę i wrzuciłam do cebuli. Posypałam je solą, żeby puściły wodę. Do grzybów dołożyłam łyżkę masła i całość smażyłam, aż wyglądały na gotowe i tak też smakowały. Wtedy posypałam porządnie pieprzem i przełożyłam do garnka. Wlałam szklankę rosołu i wodę. Gotowałam na małym ogniu przez pół godziny. Na koniec zmiksowałam blenderem.
Zupy instant mają najczęściej grzanki. Moja zupa też miała. Do ich przygotowania potrzebowałam:
2 bułki pszenne
oliwę z oliwek
pieprz
sok z cytryny
Bułki pokroiłam w kostkę i smażyłam na oliwie z oliwek. Na koniec, kiedy były już rumiane posypałam je pieprzem i dałam łyżeczkę soku z cytryny. Finito.
Do miski wlałam zupę, dołożyłam trochę grzanek i posypałam świeżą, siekaną natką pietruszki. Nie smakowało to jak danie z proszku, ale za to było dużo smaczniejsze.
Jak słyszę krem z pieczarek, to mam przed oczami zupkę w małej torebce, którą trzeba wsypać do kubka. Całe liceum opijałam się tymi wynalazkami, a teraz się okazało, że są one dla mnie niestrawne. Musiałam zacząć knuć. Knułam i knułam, aż wreszcie uknułam. Wymyśliłam jak zrobić krem z pieczarek z grzankami, który nie spowoduje u mnie efektów ubocznych. Do przygotowania kremowego błotka (kolor jest brązowo-szary) potrzeba:
400g pieczarek
1 dużą cebulę
1 szklankę rosołu
sól
czarny pieprz
1 1/2 szklanki wody
olej
masło
Cebulę pokroiłam w drobną kostkę i zrumieniłam na oleju. Pieczarki obrałam, pokroiłam w kostkę i wrzuciłam do cebuli. Posypałam je solą, żeby puściły wodę. Do grzybów dołożyłam łyżkę masła i całość smażyłam, aż wyglądały na gotowe i tak też smakowały. Wtedy posypałam porządnie pieprzem i przełożyłam do garnka. Wlałam szklankę rosołu i wodę. Gotowałam na małym ogniu przez pół godziny. Na koniec zmiksowałam blenderem.
Zupy instant mają najczęściej grzanki. Moja zupa też miała. Do ich przygotowania potrzebowałam:
2 bułki pszenne
oliwę z oliwek
pieprz
sok z cytryny
Bułki pokroiłam w kostkę i smażyłam na oliwie z oliwek. Na koniec, kiedy były już rumiane posypałam je pieprzem i dałam łyżeczkę soku z cytryny. Finito.
Do miski wlałam zupę, dołożyłam trochę grzanek i posypałam świeżą, siekaną natką pietruszki. Nie smakowało to jak danie z proszku, ale za to było dużo smaczniejsze.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







