Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzanki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzanki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 czerwca 2017

Sałatka ze szpinakiem

Tak rzadko ostatnio piszę, że nie pamiętam, czy wspominałam jak pond rok temu dostaliśmy z mężem, od przyjaciół, na rocznicę ślubu niesamowitą książkę - Jerozolima. Powiedzieli nam wtedy, że mają z niej wiele ulubionych przepisów, część już zmienionych pod własne przyzwyczajenia, ale wciąż z niej czerpią. Książka autorstwa Tamimi Sami i Ottolenghi Yotam jest niesamowita, pięknie wydana i za każdym razem kiedy ją przeglądam znajduję w niej coś nowego. Któregoś dnia trafiłam na sałatkę ze szpinakiem. Potrzebne były do niej chlebki pita. Tak bardzo mi się spodobała, że przygotowałam te chlebki. Jednak przepis wydawał mi się na tyle zawiły, że robiłam trzy podejścia do jej przyrządzenia. Pity zdążyły się "zestarzeć" i koniec końców wszystko było jak w przepisie. 

Po pierwszej próbie, okazało się, że sałatka jest absolutnie prosta w przygotowaniu. Wszystkie czynności wynikają jedna z drugiej, a w momencie kiedy przestałam patrzeć na proporcje z książki, stała się ona najczęściej przygotowywaną sałatką w moim domu, której mój mąż domagała się nieustannie. Jako, że nie mieszkamy na Bliskim Wschodzie i pita gości na naszym stole z rzadka, zastępuję ją czerstwym pieczywem, tradycyjnie u nas spożywanym, co jest zgodne z ideą tego dania. 

Do przygotowania sałatki potrzeba:

ok. 150 g świeżego szpinaku
1/2 średniej czerwonej cebuli
garść daktyli
ocet z białego wina
sól
masło
oliwę z oliwek
całe migdały
czerstwe pieczywo
sumak
płatki chilli
sok z cytryny

Szpinak należy umyć, osuszyć i ułożyć na płaskiej misce czy na paterze. Cebulę pokroić w piórka, daktyle w ćwiartki, odrobinę podsypać solą, zalać dwoma-trzema łyżkami octu i wstawić do lodówki. Ja wrzucam wszystko do słoika, zakręcam i mocno wstrząsam, żeby dobrze się zmieszały. Zamknięte w słoiku nie roznoszą zapachu po lodówce. Migdały rozbijam w moździerzu na mniejsze kawałki, które następnie prażę na maśle z dodatkiem oliwy. Kiedy się zarumienią, dodaję pieczywo. Gdy grzanki są gotowe, ściągam garnek z kuchenki posypuję jego zawartość łyżeczką sumaku i łyżeczką płatków chilli. Pozostaje poczekać, aż wystygną. Gdy to nastąpi, na szpinak wykładam daktyle i cebulę, (nadmiar octu wylewam, jest on niepotrzebny), migdały z grzankami i wszystko skrapiam sokiem z cytryny i oliwą z oliwek. Danie jest gotowe w 15-20 minut. Ważne jest, żeby cebula z daktylami nie stały za długo w lodówce. Ich smak się wtedy zbyt mocno zmieni i psuje całość.  

Na ostatnim przyjęciu, jeden z przyjaciół, który stroni od nowości kulinarnych, był przekonany, że grzanki są kurczakiem, sumak i chilli powodują to złudzenie, więc nałożył sobie sałatkę na talerz. Był zdecydowanie zaskoczony, gdy okazało się, że to chleb. Koniec końców ucieszył się, że dał się nabrać, bo bardzo mu smakowało.


czwartek, 14 marca 2013

Bez torebki też można

Wczoraj w godzinach wieczornych rozgorzała płomienna dyskusja na temat soli, vegety i wszystkiego co w jakiś sposób udało się pod temat podciągnąć. Temat który się pojawił, był w opozycji do słodkiego tortu Kamili, o którym wspomnę w sobotę. Część męska towarzystwa nie była zainteresowana solą i wyszła. Od jednej z koleżanek dowiedziałam się, że można kupić vegetę bez wzmacniaczy smaku. Uznałam, że przy najbliższej wycieczce do spożywczaka poszukam tego cuda. Tymczasem rozmawiałyśmy o różnych smakach i przede wszystkim o zupach. Różnie dziewczyny gotują zupy i w różny sposób je doprawiają, są wielbicielki kostek rosołowych i zwolenniczki naturalnych przypraw. Ja się skłaniam ku tej drugiej opcji. Nie neguję oczywiście kostek, zdarza mi się ich używać, tylko nie mogę z nimi przesadzać. W czasie kiedy byłam termosem na mleko dla mojego syna starałam się jeść lekko strawne rzeczy, bez intensywnych przypraw. Wtedy też ograniczyłam sól. Od tamtego czasu nie służy mi ona za bardzo. Wszystko co gotuję z reguły jest nie dosolone, dla mnie smakuje w porządku, ale wielbiciele słonego narzekają. Największy problem mam z daniami instant. Wszystkie zupy typu "zalej mnie i zjedz" powodują u mnie zgagę. Widać jestem strasznie wydelikacona. 

Jak słyszę krem z pieczarek, to mam przed oczami zupkę w małej torebce, którą trzeba wsypać do kubka. Całe liceum opijałam się tymi wynalazkami, a teraz się okazało, że są one dla mnie niestrawne. Musiałam zacząć knuć. Knułam i knułam, aż wreszcie uknułam. Wymyśliłam jak zrobić krem z pieczarek z grzankami, który nie spowoduje u mnie efektów ubocznych. Do przygotowania kremowego błotka (kolor jest brązowo-szary) potrzeba:

400g pieczarek
1 dużą cebulę
1 szklankę rosołu
sól
czarny pieprz
1 1/2 szklanki wody
olej
masło

Cebulę pokroiłam w drobną kostkę i zrumieniłam na oleju. Pieczarki obrałam, pokroiłam w kostkę i wrzuciłam do cebuli. Posypałam je solą, żeby puściły wodę. Do grzybów dołożyłam łyżkę masła i całość smażyłam, aż wyglądały na gotowe i tak też smakowały. Wtedy posypałam porządnie pieprzem i przełożyłam do garnka. Wlałam szklankę rosołu i wodę. Gotowałam na małym ogniu przez pół godziny. Na koniec zmiksowałam blenderem.

Zupy instant mają najczęściej grzanki. Moja zupa też miała. Do ich przygotowania potrzebowałam:

2 bułki pszenne
oliwę z oliwek
pieprz 
sok z cytryny

Bułki pokroiłam w kostkę i smażyłam na oliwie z oliwek. Na koniec, kiedy były już rumiane posypałam je pieprzem i dałam łyżeczkę soku z cytryny. Finito.

Do miski wlałam zupę, dołożyłam trochę grzanek i posypałam świeżą, siekaną natką pietruszki. Nie smakowało to jak danie z proszku, ale za to było dużo smaczniejsze.