Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ostro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ostro. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 stycznia 2017

Warzywa w stylu azjatyckim

W moim domu warzywa są ważnym elementem posiłków. Niestety obiady, które mój mąż jada w pracy bywają ich pozbawione. Dlatego jak  tylko mogę staram się serwować ich jak najwięcej. Ostatnio wpadliśmy w cug jedzenia pałeczkami. Sprzyja to przygotowywaniu dań, których bazą są warzywa. Lubię jak są pocięte w zapałkę, wtedy nawet nielubiane przez niejadka marchewki są przyjemną przekąska, oczywiście w wersji na surowo. W zeszły łikend przygotowałam warzywa inspirowane kuchnią azjatycką. Mimo strasznie długiej listy składników poniżej jest to danie jednogarnkowe. Do przygotowania warzyw w wersji azjatyckie potrzeba:

50 g groszku cukrowego
1 marchewka
1 mały korzeń pietruszki
1/2 małego pora
1/2 żółtej papryczki chilli
1 czerwona papryka
2 ząbki czosnku
kawałek świeżego imbiru
łyżka sosu słodkie chilli
1/2 łyżki pasty z tamaryndowca
2 łyżki sosu sojowego
olej kokosowy

Imbir, czosnek i papryczkę chilli kroimy w cienkie plasterki, wrzucamy na rozgrzany olej kokosowy. Za nimi idzie marchewka, pietruszka i papryka pokrojone w zapałkę i por w plastry. Groszek cukrowy dodajemy w całości. Mieszamy wszystko na patelni albo w woku. Dolewamy sos chilli, pastę z tamaryndowca i sos sojowy. Wszystko dusi się we własnym sosie dopóki warzywa trochę nie zmiękną. 

Warzywa same w sobie są świetne. Jako danie obiadowe pasują na przykład do makaronu sobe (75g na dwie osoby w zupełności wystarczy). Można dodać na wierzch również krewetki w tempurze.



poniedziałek, 2 czerwca 2014

Mini bomby - faszerowane malutkie cukinki

Buszując w dziale z warzywami, w jednej ze skrzynek zobaczyłam coś, co mogłam określić jednym słowem: słodkie. Tak urzekająco wyglądającego warzywa jeszcze nigdy nie widziałam. Były to małe okrągłe cukinie. Bez zastanowienia wrzuciłam do koszyka pięć i zaczęłam kombinować co z nimi zrobić.Uznałam, że nafaszeruję je mięsem, tak jak z reguły robię z papryką i zapiekę.

Do przygotowania moich małych bomb potrzebowałam:

5 małych okrągłych cukinii
500g mielonej wołowiny
1 średnią cebulę
4 plastry boczku parzonego
2 puszki pomidorów krojonych
garść marynowanych papryczek jalapeño (pokrojonych w plastry)
sól
czarny pieprz

Cukinie umyłam i częściowo obrałam ze skórki. Odcięłam "czapeczki" i wydrążyłam. Boczek pokroiłam na kwadraciki i wrzuciłam na rozgrzaną patelnie bez dodawania tłuszczu. Kiedy się zarumienił dodałam drobno posiekaną cebulę. Wołowinę przełożyłam do miski, posoliłam, popieprzyłam i wymieszałam z podsmażoną cebulą i boczkiem. Wydrążone cukinie wypchałam mięsem. Początkowo chciałam zrobić farsz  z ryżem, ale koniec końców zrezygnowałam z zapychacza. Miałam nadzieję, że znajdę odpowiedniej wielkości naczynie żaroodporne. Niestety nic w odpowiednim rozmiarze nie miałam i musiałam użyć dwóch małych. Ułożyłam faszerowane cukinie i do każdego naczynia wlałam po puszce krojonych pomidorów. Oprószyłam wszystko solą i już miałam wstawiać do piekarnika..., ale wpadł mi do głowy pewien pomysł. Miałam słoik marynowanych papryczek jalapeño i postanowiłam powciskać ich plasterki pomiędzy pomidory. Wsunęłam naczynia z faszerowana cukinią do piekarnika rozgrzanego do 180°C. Po ok. 20 minutach przykryłam je pokrywkami. Po niecałej godzinie obiad był gotowy. Nagle w kuchni pojawiła się mój niejadek popatrzył z zaciekawieniem na cukinie i spytał "Mamo skąd masz te indiańskie miseczki".  Mi kojażyły się raczej z bombami czy granatami, ale chyba byłam w błędzie.


wtorek, 27 sierpnia 2013

Krewetki na słodko i warzywa na ostro

Dlaczego właściwie krewetki, można by powiedzieć. Dlaczego nie! Ale w moim przypadku odpowiedź będzie inna. Dlatego krewetki, bo bambus. Któregoś dnia w jednym z supermarketów spożywczych trafiłam na dni chińskie, czy jakiś inny festiwal z tego gatunku. Zafrapowały mnie pędy bambusa. Były w jakiejś zalewie, tak mi się przynajmniej początkowo wydawało, jak się okazało była to tylko woda i kwasek cytrynowy. Uznałam, że warto by było się z nimi chociaż trochę zakolegować, bo przyjaźń to u mnie rzadki przypadek. Na to pracuje się latami.

Słoik początkowo zerkał nieśmiało na mnie z blatu kuchennego, a jak mnie te spojrzenia zirytowały to zamknęłam go w lodówce. Miałam nadzieję, że jak się ochłodzi to przestanie być napastliwy, a on zaczął mrugać. Trudno, pomyślałam i go otworzyłam. Sytuacja stała się bez wyjścia. Musiałam coś na pędy bambusa wykombinować. Usiadłam na podłodze w kuchni i zaczęłam knuć kontemplując zawartość lodówki.

Był sos sojowy, jakieś warzywa z działki i nie tylko, ale w zasadzie skład lodówki był taki sam jak w mrożonkach typu patelnia chińska. Brakowało czegoś. No tak, krewetki. Wskoczyłam w sandały i szybkim krokiem ruszyłam do ulubionego owada po krewetki koktajlowe i wiórki kokosowe. Pomysł był prosty, ale wymagał dwóch patelni i garnka z ryżem. Z jadalnych rzeczy wykorzystałam:

250g mrożonych krewetek koktajlowych
3 łyżki wiórków kokosowych
3 łyżki miodu lipowego
2 średnie marchewki
1 małego pora
2 papryczki pepperoni
1 garść fasoli szparagowej
1 dużą paprykę
pędy bambusa
sos sojowy
olej ryżowy
kurkumę
pieprz cayenne
imbir
sól



Krewetki rozmroziłam, bo były za zimne, a potem wrzuciłam je na rozgrzany olej. Kiedy się trochę zarumieniły zalałam je około dwoma łyżkami sosu sojowego. Przez pewien czas je mieszałam, a potem dodałam miód. Kiedy zaczęło bulgotać wsypałam wiórki i przez jakiś czas trzymałam całość na ogniu nieustanie mieszając. Warzywa pokrojone w zapałkę i plasterki przełożyłam na drugą patelnię z rozgrzanym olejem i posoliłam. Jak wszystko się zarumieniło to nie żałowałam sosu sojowego i podlałam odrobiną wody. Wtedy do mnie dotarło, że zapomniałam o bambusie. Pół słoika pędów stało się towarzystwem dla mięknących warzyw. Dodałam przyprawy, odrobinę imbiru i po sporej łyżeczce pieprzu cayenne oraz kurkumy. Od czau do czasu podlewałam wszystko wodą, aż warzywa zmiękły. Wtedy dodałam do nich krewetki i zmagania kuchenne się zakończyły. Ryż zdążył się w między czasie ugotować. 
  

niedziela, 11 sierpnia 2013

Jeden garnek w sezonie

Środek lata, środek sezonu paprykowo-cukiniowego, aż szkoda nie wykorzystać takiej okazji. Od jakiegoś czasu rozpisuję się o cukiniach, a ostatnio pisałam o papryce. Jedno i drugie można nafaszerować, tylko po co skoro łatwiej wrzucić je do jednego gara i mieć obiad z głowy. Jestem zaprzysiężoną zwolenniczką prostych i szybkich obiadów, leczo do takich zdecydowanie należy. Jako dziecko wyrzucałam zawsze mięso i moczyłam chleb w pomidorowym sosie, często zostawiając na talerzu warzywa. Mój syn kategorycznie odmawia chociaż spróbowania. Wiem, że się powtarzam pisząc, że to kwestia wieku, ale jest to zjawisko które mnie fascynuje. Zastanawiam się czy za parę lat przekonam się do podrobów. Co prawda na dobrze zrobioną wątróbkę mogę się skusić, jednak pierogi z płuckami nie przejdą.

Wracając do lecza. Jak wiadomo musi być z kiełbasą. Ja wybieram zawsze myśliwską, taki sentyment z dzieciństwa, poza tym lubię kiełbasy podsuszane. Leczo można zrobić na kilka sposobów. Niektórzy dodają bakłażana i zioła prowansalskie, jak mój kolega na przykład. Ja od tych ziół stronię bo nie lubię po prostu tej mieszanki, suszony rozmaryn mi w niej przeszkadza, wolę go w świeżej wersji. Moje leczo jest czerwono-zielone, bez ziół i ostre. Do jego przygotowania potrzebuję:

2 łyżki oleju
3 kiełbaski myśliwskie
4 duże dojrzałe pomidory
1 paprykę
1 małą cukinię
1 cebulę
2 czerwone peperoni
sól
czarny pieprz

Kiełbasę pokrojoną w plasterki podsmażam, kiedy jest już mocno rumiana, dodaję drobno posiekaną cebulę. W międzyczasie obieram ze skóry pomidory i wrzucam je posiekane do garnka razem z pokrojoną w kostkę cukinią, papryką i dwoma papryczkami pepperoni w całości. Solę wszystko i czekam aż warzywa zmiękną, wtedy dodaję usmażoną kiełbasę z cebulą. Gotuję to jeszcze przez jakiś czas, żeby smaki się zmieszały, a na sam koniec dodaję czarny pieprz. Podaję z pieczywem, ale to już takie moje widzimisię. 



poniedziałek, 4 marca 2013

Zabawa w Doktora Frankensztajna

Jestem opętana potrzebą stworzenia doskonałej "nie słodkiej" babeczki. Momentami moja spokojna kuchnia zamienia się w potworne laboratorium, pełne bulgoczących tłuszczy i ostrych papryczek. Marzy mi się idealnie ostra babeczka o zbalansowanym smaku. Wczoraj po zmroku przeistoczyłam się w szaleńca szukającego idealnej receptury. Miałam dwie koncepcje. Pierwsza to babeczka przełożona kremem, a druga to babeczka pieczona na smalcu. 

Krem testowałam w pewnym sensie przy okazji. Na dzień kobiet planuje upiec tort dla wszystkich dziewczyn w pracy. Tylko cicho, to niespodzianka. Upiekłam babeczki w wersji podstawowej, tylko ciasto bez dodatków. Po przetestowaniu efektu końcowego stwierdziłam jednak, że lepiej by smakowały, gdybym do ciasta dodała posiekane czarne oliwki. Do mojej bazy na babeczki, z której najczęściej korzystam potrzeba:

2 jajka
100 g masła
2 1/2 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
400 ml kefiru
sól

Jajka łączę z roztopionym tłuszczem, dodaje przesianą mąkę i proszek, wlewam kefir. Wszystko miksuję, aż uzyskam gładką masę, a potem tylko siup do piekarnika na 180˚C i na złoto. Gotowe babeczki wyjęłam z pieca i pozwoliłam im ostygnąć, wyjęłam ostry nóż z szuflady i bezlitośnie każdą przekroiłam na pół. Środek wypełniłam ostrym kremem na bazie fety. Krem jest banalnie prosty. Wystarczy mieć:

1 kostka sera typu feta
2 łyżki z górką jogurtu greckiego
3 ostre papryczki (najlepiej w różnych kolorach)
sól 
pieprz

Ser zmieszałam z jogurtem na gładką masę, dodałam drobno posiekaną paprykę sól i pieprz i to wszystko. 

Babeczki smakowały lepiej po nocy spędzonej w lodówce, niż od razu po nałożeniu kremu, ale to raczej normalne, musieli się poznać. 

Drugi wczorajszy eksperyment to babeczki na smalcu. Uważam, że powinnam jeszcze spróbować z innym nadzieniem, ale cebula i zielony pieprz wypadły nieźle. Żadnej negatywnej recenzji nie było. Do wykonania babeczek na smalcu z wyżej wymienionym wkładem, które świetnie nadają się do piwa potrzeba:

2 jajka
100 g smalcu
2 1/2 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
400 ml śmietany 
200 ml kefiru
sól, pieprz
1 naprawdę duża cebula
1 łyżka oleju
1 łyżka masła
2 łyżeczki zielonego pieprzu

Z ciastem postąpiłam tak samo jak z tym na maśle, które opisałam wyżej. Cebulę podsmażyłam na maśle i oleju na złoto. Ja wszystko robię na złoto. Połączyłam ciasto z cebulą i pieprzem, przełożyłam do foremek i do piekarnika tak samo jak te na maśle. Wyszły pyszne. Tylko piwa zabrakło.




wtorek, 26 lutego 2013

Ostra babeczka

Od pewnego czasu zauważyłam pewne niepokojące zjawisko, które bądź co bądź mnie trochę przeraża. Może przeraża to za duże słowo, ale gęsiej skórki na pewno dostaję. Przez wszystkie sfery życia przenika moda, moda na... Nie chodzi tylko o ubiór, ale o cały styl życia. Wpadamy w koleiny jak śliwka w kompot i nie mamy wyjście. Musimy wyglądać, zachowywać się, mieć i bywać, a nawet jeść to co jest "trendi".

Muffinki rozprzestrzeniły się. Motyw słodkiej babeczki jest wszędobylski. Poddałam się trendom.  Uwielbiam jeść babeczki, uwielbiam je piec, ale jest mały problem. Ja nie przepadam za słodkim. Dlatego któregoś dnia postanowiłam upiec babeczki wytrawne. Okazało się, że te nie są już takie popularne. Słodkie kolorowe, ozdobione różyczkami, kokardkami i serduszkami babeczki są dla grzecznych dziewczynek, a ja nie jestem grzeczna. Przeklinam i pale papierosy. Wniosek był prosty. Ja będę piekła NIE SŁODKIE babeczki i będę w tym najlepsza. Ha ha ha (diaboliczny śmiech). 

Tak mniej więcej się to zaczęło. Teraz eksperymentuję w kuchni przynajmniej dwa razy w tygodniu. Efekty są całkiem niezłe. Zamiast słodkich pieką słone, ostre, a czasem kwaśne babeczki. Najbardziej chyba lubię te ostre. Do przygotowania takiej

Ostrej babeczki potrzeba:

1 jajko
50 g masła
1 1/4 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
200 ml kefiru
1 duża papryczka chilli
100 g lazura błękitnego

Schemat pracy zawsze jest ten sam. Wbijam jajko do miski, roztrzepuję je, dodaję roztopione masło i łączę je z jajkiem, przesiewam mąkę i proszek, dodaje kefir i miksuję wszystko na gładką jednolitą masę, potem dodaję papryczkę i lazur. Przy pierwszych babeczkach z chilli cierpiałam z powodu piekących dłoni, ale jest na to sposób.  Wystarczy ręce wysmarować olejem. Ciasto przekładam do foremek i piekę w temperaturze 180°C do chwili kiedy będą złoto rumiane. Finito.