Zbliżają się święta, czas kiedy wspomnienia wracają. Moja babcia często robiła taką szybką sałatkę ale od prawie dziesięciu lat jej już nie robi. Została po niej pustka i wspomnienia - smaki, zapachy, słowa które wymawiała w swój jedyny, własny, niepowtarzalny sposób. Nie miała lekkiego życia, ale potrzebującemu oddałaby ostatnią koszulę. Była najlepszą osobą jaką w życiu spotkałam. Jak się śmiałą to cała trzęsła się jak galaretka, a listy podpisywała "Twoja niedobra Babka". Żeby mieć ją trochę przy sobie mam w domu hoję, która jak kwitnie kojarzy mi się z wakacjami u niej. W lecie na stole stawiam duży półmisek nektarynek - u niej zawsze taki stał. Babcia uwielbiała jedzenie, u niej było inne niż w domu. W połowie lat osiemdziesiątych uciekła do Niemiec i tam został. Zakupy w wakacje robiłyśmy w pobliskim Aldim. Ircia do obiadu robiła często szybką sałatkę z fetą. Kupowała taką w zlewie z oliwy i ziół w słoiku, pokrojoną w kostkę. W latach 90. w Polsce takich wynalazków nie było. Sałatka była prosta i dalej jest jedną z moich ulubionych, szczególnie w sezonie, gdy pomidory nie są drewniane.
Do jej przygotowania potrzeba:
Feta w słoiku, krojona w kostkę w ulubionej zalewie
3 kolorowe papryki
1 cebula
3 duże pomidory albo 500g kolorowych koktajlowych
oliwki
sól
czarny pieprz
Babcia Ircia, kroiła wszystko w dosyć duże kawałki, znaczy się pomidory, paprykę i cebulę. Ja kroję to drobniej.Potem wystarczy dorzucić oliwki i fetę, posolić, popieprzyć i oblać oliwą z ziołami, która została w słoiku po fecie. Całe dziesięć minut roboty, a sałatka jest boska. Czasem zdarza mi się dodać do niej kapary, jak akurat wpadną mi w oko w lodówce.
Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papryka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 grudnia 2019
piątek, 4 sierpnia 2017
Warzywa z patelni z serem feta
Lato, lato, lato i tyle świeżych warzyw wszędzie. Jednym z moich ulubionych sposobów na szybki obiad z warzywami w roli głównej są warzywa na ciepło z patelni. Oczywiście nie wszystkie jakie tylko znajdę w domu. Mam swój ulubiony zestaw, który współgra smakowo i kolorystycznie.
Bazą jest moja ukochana oberżyna. Do przygotowania lekkigo obiadu potrzeba:
bakłażana
cukinię
paprykę (najlepiej żółtą i czerwoną)
czerwoną cebulę
fetę
czarny pieprz
sól
oliwę z oliwek
W jakiej ilości wrzucimy dane warzywo na patelnię zależy tylko od zainteresowanych. Bakłażana po rozkrojeniu na pół solę i czekam na gorzkie łzy, które wycieram ręcznikiem papierowym, następnie kroję go w kostkę i razem z cukinią pokrojoną tak samo wrzucam na patelnię, dodaję do nich cebulę pokrojoną w piórka. Posypuje solą i czekam kilka minut, po czym dodaję paprykę pokrojoną w kostkę. Przez cały czas mieszam warzywa, żeby nie przywarły. Ściągam patelnię z kuchenki, kruszę ser i obsypuję świeżo zmielonym czarnym pieprzem, pozostaje tylko wyciągnąć widelec i się zajadać.
Bazą jest moja ukochana oberżyna. Do przygotowania lekkigo obiadu potrzeba:
bakłażana
cukinię
paprykę (najlepiej żółtą i czerwoną)
czerwoną cebulę
fetę
czarny pieprz
sól
oliwę z oliwek
W jakiej ilości wrzucimy dane warzywo na patelnię zależy tylko od zainteresowanych. Bakłażana po rozkrojeniu na pół solę i czekam na gorzkie łzy, które wycieram ręcznikiem papierowym, następnie kroję go w kostkę i razem z cukinią pokrojoną tak samo wrzucam na patelnię, dodaję do nich cebulę pokrojoną w piórka. Posypuje solą i czekam kilka minut, po czym dodaję paprykę pokrojoną w kostkę. Przez cały czas mieszam warzywa, żeby nie przywarły. Ściągam patelnię z kuchenki, kruszę ser i obsypuję świeżo zmielonym czarnym pieprzem, pozostaje tylko wyciągnąć widelec i się zajadać.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Omlet! Pyszne, ciepłe śniadanie w wersji włoskiej
Kanapka to najprostszy sposób na śniadanie. Automatycznie sięga się po pieczywo i coś do niego. Sama z resztą tak robię. Inną opcja jest jajecznica, której nie znoszę, preferuję raczej jajka sadzone. Omlet robię bardzo rzadko, a szkoda. Sama na siebie dzisiaj z tego powodu nakrzyczałam. Jest to przecież danie z jajek, które ma nieskończoną ilość wariantów. Gama smaków jest niesamowicie bogata! Może być na słodko, kwaśno, ostro... Ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia.
Dzisiaj rano miałam straszną ochotę na warzywa, a że wieczorem była pizza na kolację miała w czym wybierać. Ochota na włoską kuchnię mi nie minęła i śniadanie było w takim właśnie klimacie. Danie było na dwie osoby i ciężko określić mi ilość jajek (miałam w lodówce kilka przepiórczych i postanowiłam je zużyć), w końcu wszystko wymieszałam w jednej misce. Z tych powodów nie będę podawał proporcji. Do mojego włoskiego omlety potrzebowała:
jajka
mąkę pszenną
cukinię
pomidorki koktajlowe
paprykę
świeżą bazylię
świeżą pietruszkę
czarny pieprz
sól
olej
Jajka roztrzepałam z mąką. Wsypałam do miski cukinię, pomidorki i paprykę wszystko odpowiednio pokrojone w plasterki, ćwiartki i kostkę. Zioła pocięłam drobno nożyczkami, dosypałam soli, czarnego pieprzu i smażyłam. Przepadam za rukolą więc na talerzu wylądowała jeszcze garść zielonych listków.
Dzisiaj rano miałam straszną ochotę na warzywa, a że wieczorem była pizza na kolację miała w czym wybierać. Ochota na włoską kuchnię mi nie minęła i śniadanie było w takim właśnie klimacie. Danie było na dwie osoby i ciężko określić mi ilość jajek (miałam w lodówce kilka przepiórczych i postanowiłam je zużyć), w końcu wszystko wymieszałam w jednej misce. Z tych powodów nie będę podawał proporcji. Do mojego włoskiego omlety potrzebowała:
jajka
mąkę pszenną
cukinię
pomidorki koktajlowe
paprykę
świeżą bazylię
świeżą pietruszkę
czarny pieprz
sól
olej
Jajka roztrzepałam z mąką. Wsypałam do miski cukinię, pomidorki i paprykę wszystko odpowiednio pokrojone w plasterki, ćwiartki i kostkę. Zioła pocięłam drobno nożyczkami, dosypałam soli, czarnego pieprzu i smażyłam. Przepadam za rukolą więc na talerzu wylądowała jeszcze garść zielonych listków.
wtorek, 28 stycznia 2014
Gorąca, ostra i w stylu meksykańskim - zupa na mróz
Jestem potwornym zmarzluchem. Pamiętam gorsze mrozy, które lepiej znosiłam. Niestety przez ostatnie tygodnie chyba nieco się rozwydrzyłam i dwa na minusie to dla mnie zdecydowanie za niska temperatura. Postanowiłam przynajmniej poprawić sobie humor, gorącą i sycącą zupą. Nie główkowałam długo. Pomysł miałam gotowy. Ostatnio w restauracji jadłam zupę meksykańską, która bardzo mi smakowała. Podobał mi się też pomysł z mięsem mielonym pływającym na łyżce. Jedyne co mi się nie podobało, to to, że zupa była rzadka. Konsystencja rosołu nie bardzo mi odpowiadała.
Wyskoczyłam na ekspresowe zakupy do biedronki, które okazały się długie jak kolejka na trzydzieści osób. Część składników miałam w zamrażalniku. W lecie dostałam zieloną fasolkę szparagową w nadmiarze i kukurydzy gotowanej też mi kiedyś trochę został. Wymarzłam się jak diabli na dziesięciominutowym spacerze. Wpadłam więc do kuchni i zabrałam się od razu za gotowanie. Do przygotowania mojej zupy potrzebowałam:
500g mięsa mielonego
1 dużą cebulę
3 puszki pomidorów
kawałek papryki
1 garść kukurydzy
2 garści zielonej fasolki szparagowej
1 puszkę czerwonej fasoli
2 papryczki chili
1/2 awokado
sok z limonki
olej
sól
czarny pieprz
słodka papryka w proszku
ostra papryka w proszku
nachos serowe
Zaczęłam od wysmażenia mięsa na małej ilości oleju. W międzyczasie zmiksowałam dokładnie zawartość trzech puszek pomidorów w dużym garnku. Czerwoną fasolę wypłukałam pod bieżącą wodą i wrzuciłam do garnka, tak samo jak kukurydzę, fasolę szparagową, całe papryczki chilli i paprykę pokrojoną w kostkę. Temperatura w garnku powoli zaczęła się podnosić, a ja dodałam zarumienione mięso. Na tej samej patelni przeszkliłam cebulę pokrojoną w drobną kostkę i połączyłam z resztą. Pół obranego awokado starłam na drobnych oczkach prosto do bulgoczącej zupy. Kiedy fasolka szparagowa zmiękłą, użyłam soku z limonki i przypraw. Gorącą zupę podawałam z pokruszonymi serowymi nachos. Na dworze było minus dwanaście stopni, nie pamiętam kiedy ostre jedzenie cieszyło mnie tak bardzo.
Wyskoczyłam na ekspresowe zakupy do biedronki, które okazały się długie jak kolejka na trzydzieści osób. Część składników miałam w zamrażalniku. W lecie dostałam zieloną fasolkę szparagową w nadmiarze i kukurydzy gotowanej też mi kiedyś trochę został. Wymarzłam się jak diabli na dziesięciominutowym spacerze. Wpadłam więc do kuchni i zabrałam się od razu za gotowanie. Do przygotowania mojej zupy potrzebowałam:
500g mięsa mielonego
1 dużą cebulę
3 puszki pomidorów
kawałek papryki
1 garść kukurydzy
2 garści zielonej fasolki szparagowej
1 puszkę czerwonej fasoli
2 papryczki chili
1/2 awokado
sok z limonki
olej
sól
czarny pieprz
słodka papryka w proszku
ostra papryka w proszku
nachos serowe
Zaczęłam od wysmażenia mięsa na małej ilości oleju. W międzyczasie zmiksowałam dokładnie zawartość trzech puszek pomidorów w dużym garnku. Czerwoną fasolę wypłukałam pod bieżącą wodą i wrzuciłam do garnka, tak samo jak kukurydzę, fasolę szparagową, całe papryczki chilli i paprykę pokrojoną w kostkę. Temperatura w garnku powoli zaczęła się podnosić, a ja dodałam zarumienione mięso. Na tej samej patelni przeszkliłam cebulę pokrojoną w drobną kostkę i połączyłam z resztą. Pół obranego awokado starłam na drobnych oczkach prosto do bulgoczącej zupy. Kiedy fasolka szparagowa zmiękłą, użyłam soku z limonki i przypraw. Gorącą zupę podawałam z pokruszonymi serowymi nachos. Na dworze było minus dwanaście stopni, nie pamiętam kiedy ostre jedzenie cieszyło mnie tak bardzo.
Etykiety:
awokado,
chilli,
fasola,
fasola szparagowa,
kukurydza,
meksykańska,
mięso mielone,
nachos,
obiad,
ostra,
papryka,
pomidory,
rozgrzewające,
zupa
piątek, 24 stycznia 2014
Sałata z pomidorami suszonymi posująca do tarty serowej
Ostatnio pisałam o tarcie, nie wspomniałam niestety o sałatce, którą do niej przygotowałam. W tarcie nie było, żadnego wyrazistego smaku, prócz czosnku. Potrzebowałam czegoś co mogłoby skontrastować ser na kruchym cieście. Przygotowałam szybką i prostą sałatkę na bazie rukoli. Jedynym czasochłonnym elementem w jej przygotowaniu może być papryka. Tak poza tym jest ona ekspresowa. Paprykę należ obedrzeć ze skóry. W tym celu trzeba ją opiec. W lecie przygotowałam sobie dwa słoiki takiej papryki do sałatek, pociętej w kwadraciki.Wystarczyło, że ją wyjęłam ze słoika. Do przygotowania szybkiej sałatki potrzeba:
rukolę
kilka suszonych pomidorów
pół kostki fety
paprykę oskórowaną
Rukolę umyła i osuszyłam. Pomidory suszone pocięłam w kwadraciki i wrzuciłam na rozgrzaną patelnie bez dodawania oleju. W końcu wyjęłam je z tłustej zalewy. Fetę pokroiłam w małe kosteczki, zalałam trzema łyżkami oleju z pomidorów i zostawiłam tak na chwilę. Wszystko wrzuciłam do dużej miski. Nie przyprawiałam już niczego, bo olej z pomidorów był wystarczająco ziołowy.
rukolę
kilka suszonych pomidorów
pół kostki fety
paprykę oskórowaną
Rukolę umyła i osuszyłam. Pomidory suszone pocięłam w kwadraciki i wrzuciłam na rozgrzaną patelnie bez dodawania oleju. W końcu wyjęłam je z tłustej zalewy. Fetę pokroiłam w małe kosteczki, zalałam trzema łyżkami oleju z pomidorów i zostawiłam tak na chwilę. Wszystko wrzuciłam do dużej miski. Nie przyprawiałam już niczego, bo olej z pomidorów był wystarczająco ziołowy.
czwartek, 5 września 2013
Ze słoikami to było tak... cukinia i kabaczek, i papryka, i...
Któregoś piątkowego popołudnia przyjechało do mnie dziesięć kilogramów cukinii, wielki wór fasoli szparagowej, seler, marchew, por, kabaczka i cebula. Niby od przybytku głowa nie boli, tylko szkoda, żeby warzywa się popsuły. Załamałam ręce i uznałam, że jedynym słusznym rozwiązaniem są słoiki. Sama cukinia to trochę za mało i musiałam zadbać jeszcze o jakieś towarzystwo. Kupiłam dwa kilogramy pomidorów lima i pięć kilogramów papryki, trochę żółtej, trochę czerwonej i cztery papryczki chilli. W planach miałam leczo, cukinie w marynacie curry, paprykę bez skóry do sałatek, pastę paprykową i kawior z kabaczka. Nie miałam w tegorocznej perspektywie jakichkolwiek przetworów. Dlaczego? Po prostu nie mam gdzie ich trzymać. Poza tym musiałam skoczyć do mojego ulubionego Społem, gdzie można kupić wszystko po słoiki, bo miałam w domu tylko jeden po ogórkach.
Na pierwszy ogień poszło leczo i papryka do sałatek. Podstawowy problem z papryką polega na obraniu jej ze skóry. Sposób na ten proceder sprzedał mi kolega. Paprykę bez gniazd ułożoną na papierze do pieczenia, wsadza się do piekarnika rozgrzanego do jakiś 180ºC i trzeba poczekać aż się przypiecze. Nie pamiętam ile czasu to trwało, ale wiem teraz jedno - lepiej nie mieszać gatunków. Proces się udał, ale miąższ żółtych był dużo bardziej rozmięknięty niż czerwonych. Kiedy papryki są przypieczone trzeba je włożyć do woreczka foliowego i szczelnie zamknąć. Najwygodniejsze są woreczki strunowe.Chociaż wydaje mi się, że szczelne plastikowe pudełko też mogłoby się sprawdzić. Kiedy papryka wystygnie miąsz sam odchodzi od skóry.
Obrałam jeszcze pomidory. Leczo było bez mięsa- taka baza na szybki obiad. Do jego przygotowania potrzebowałam:
1 dużą cebulę
1 średnią cukinię
2 kg pomidorów lima
4 papryki bez skóry
olej
sól
czarny pieprz
ostrą paprykę w proszku
tabasco
Cebule podsmażyłam. Warzywa pokrojone w kostkę wrzuciłam do dużego garnka, kiedy zmiękły dodałam do nich cebule z olejem z patelni, przyprawiłam i pozwoliłam się im jeszcze trochę pogotować. Potem zostało mi tylko wekowanie. Mam już nawet plan na zupę z takiego jednego słoika, ale o tym kiedy indziej.
Resztę cukinii, którą dostałam, pokroiłam w kostkę i zatopiłam w zalewie curry. Do przygotowania zalewy potrzebowałam:
1,5 l wody
1,5 szklanki octu
2 szklanki cukru
1 łyżkę curry
Wszystko trzeba zagotować, a potem wystudzić. Do słoików na dno włożyłam plastry cebuli i po łyżeczce żółtej gorczycy. Potem kostki cukinii i na wierzch listki selera. Zalałam marynatą i finito.
Po całej zabawie byłam zaskoczona ile frajdy może sprawić przygotowywanie jedzenia na zimę. Myślę, że przeprowadzę jeszcze jedną taką akcję w tym roku.
1 średnią cukinię
2 kg pomidorów lima
4 papryki bez skóry
olej
sól
czarny pieprz
ostrą paprykę w proszku
tabasco
Cebule podsmażyłam. Warzywa pokrojone w kostkę wrzuciłam do dużego garnka, kiedy zmiękły dodałam do nich cebule z olejem z patelni, przyprawiłam i pozwoliłam się im jeszcze trochę pogotować. Potem zostało mi tylko wekowanie. Mam już nawet plan na zupę z takiego jednego słoika, ale o tym kiedy indziej.
Resztę cukinii, którą dostałam, pokroiłam w kostkę i zatopiłam w zalewie curry. Do przygotowania zalewy potrzebowałam:
1,5 l wody
1,5 szklanki octu
2 szklanki cukru
1 łyżkę curry
Wszystko trzeba zagotować, a potem wystudzić. Do słoików na dno włożyłam plastry cebuli i po łyżeczce żółtej gorczycy. Potem kostki cukinii i na wierzch listki selera. Zalałam marynatą i finito.
Po całej zabawie byłam zaskoczona ile frajdy może sprawić przygotowywanie jedzenia na zimę. Myślę, że przeprowadzę jeszcze jedną taką akcję w tym roku.
niedziela, 11 sierpnia 2013
Jeden garnek w sezonie
Środek lata, środek sezonu paprykowo-cukiniowego, aż szkoda nie wykorzystać takiej okazji. Od jakiegoś czasu rozpisuję się o cukiniach, a ostatnio pisałam o papryce. Jedno i drugie można nafaszerować, tylko po co skoro łatwiej wrzucić je do jednego gara i mieć obiad z głowy. Jestem zaprzysiężoną zwolenniczką prostych i szybkich obiadów, leczo do takich zdecydowanie należy. Jako dziecko wyrzucałam zawsze mięso i moczyłam chleb w pomidorowym sosie, często zostawiając na talerzu warzywa. Mój syn kategorycznie odmawia chociaż spróbowania. Wiem, że się powtarzam pisząc, że to kwestia wieku, ale jest to zjawisko które mnie fascynuje. Zastanawiam się czy za parę lat przekonam się do podrobów. Co prawda na dobrze zrobioną wątróbkę mogę się skusić, jednak pierogi z płuckami nie przejdą.
Wracając do lecza. Jak wiadomo musi być z kiełbasą. Ja wybieram zawsze myśliwską, taki sentyment z dzieciństwa, poza tym lubię kiełbasy podsuszane. Leczo można zrobić na kilka sposobów. Niektórzy dodają bakłażana i zioła prowansalskie, jak mój kolega na przykład. Ja od tych ziół stronię bo nie lubię po prostu tej mieszanki, suszony rozmaryn mi w niej przeszkadza, wolę go w świeżej wersji. Moje leczo jest czerwono-zielone, bez ziół i ostre. Do jego przygotowania potrzebuję:
2 łyżki oleju
3 kiełbaski myśliwskie
4 duże dojrzałe pomidory
1 paprykę
1 małą cukinię
1 cebulę
2 czerwone peperoni
sól
czarny pieprz
Kiełbasę pokrojoną w plasterki podsmażam, kiedy jest już mocno rumiana, dodaję drobno posiekaną cebulę. W międzyczasie obieram ze skóry pomidory i wrzucam je posiekane do garnka razem z pokrojoną w kostkę cukinią, papryką i dwoma papryczkami pepperoni w całości. Solę wszystko i czekam aż warzywa zmiękną, wtedy dodaję usmażoną kiełbasę z cebulą. Gotuję to jeszcze przez jakiś czas, żeby smaki się zmieszały, a na sam koniec dodaję czarny pieprz. Podaję z pieczywem, ale to już takie moje widzimisię.
Wracając do lecza. Jak wiadomo musi być z kiełbasą. Ja wybieram zawsze myśliwską, taki sentyment z dzieciństwa, poza tym lubię kiełbasy podsuszane. Leczo można zrobić na kilka sposobów. Niektórzy dodają bakłażana i zioła prowansalskie, jak mój kolega na przykład. Ja od tych ziół stronię bo nie lubię po prostu tej mieszanki, suszony rozmaryn mi w niej przeszkadza, wolę go w świeżej wersji. Moje leczo jest czerwono-zielone, bez ziół i ostre. Do jego przygotowania potrzebuję:
2 łyżki oleju
3 kiełbaski myśliwskie
4 duże dojrzałe pomidory
1 paprykę
1 małą cukinię
1 cebulę
2 czerwone peperoni
sól
czarny pieprz
Kiełbasę pokrojoną w plasterki podsmażam, kiedy jest już mocno rumiana, dodaję drobno posiekaną cebulę. W międzyczasie obieram ze skóry pomidory i wrzucam je posiekane do garnka razem z pokrojoną w kostkę cukinią, papryką i dwoma papryczkami pepperoni w całości. Solę wszystko i czekam aż warzywa zmiękną, wtedy dodaję usmażoną kiełbasę z cebulą. Gotuję to jeszcze przez jakiś czas, żeby smaki się zmieszały, a na sam koniec dodaję czarny pieprz. Podaję z pieczywem, ale to już takie moje widzimisię.
wtorek, 4 czerwca 2013
Ukochany blog czyli przerwany łańcuszek, a na koniec warzywa z patelni i znowu cukinia
Planowałam napisać
dzisiaj o szybkim obiedzie z cukinii, jednak po sprawdzeniu maila
moje plany uległy zmianie. Zostałam nominowana do Libster Blog
Award. Przegryzłam się przez całą masę zaskoczonych i
rozanielonych wpisów na różnych blogach. Niestety nie znalazłam,
żadnej sensownej odpowiedzi na pytanie co to za nagroda. Chyba
powinnam się cieszyć, skoro wszyscy inni się cieszyli. Tylko z
czego?
Formuła Libster Blog Award z tego co zauważyłam przypomina łańcuszek. Coś co chyba wkurza większość ludzi, a ja nie należę do wyjątków. Dodatkowo trzeba odpowiedzieć na jedenaście pytań. Nie wiem czemu ktoś chciał by wiedzieć jakie mam preferencje odnośnie ciepłych napojów. Jak już dopełnię tej formalności, muszę wymyślić kolejne jedenaście abstrakcyjnych pytań a'la złote myśli i rozesłać je jedenastu nieszczęśnikom, którzy będą musieli zrobić to samo.
W opisie znalazłam, że powinny to być osoby z mniejszą ilością obserwatorów. U mnie nie ma żadnych, a ja obserwuję lepszych od siebie. Stoję przed zadaniem mozolnego wyszukania jedenastu blogów, których wcześniej nie widziałam. Potem na chybił trafił roześlę nominację do nagrody, którą powinno się nadawać, jak z nazwy wynika czemuś ukochanemu. Rozumiem oczywiście, że chodzi tu o rozprzestrzenianie informacji o własnym blogu, jednak taka metoda mi nie odpowiada.
Po raz kolejny wytrząsam się nad czymś, zamiast zająć się konstruktywnym opisywaniem moich subiektywnych wrażeń kuchennych. Cóż... Co prawda spodziewałam się, że kiedyś spotka mnie jakieś popularne w świecie blogów zjawisko, ale nie spodziewałam się go tak szybko.Czuję się zaskoczona i zdezorientowana.
Kończąc mój wywód. Była bym bardzo wdzięczna, gdyby ktoś mógł mi podać oficjalną stronę tej nagrody i/ albo chociaż jakiś regulamin. Bardzo chciałabym zrozumieć jej sens. Tymczasem mimo całej garści wątpliwości i negatywnych uwaga, chciałabym serdecznie podziękować Oliwi z Delicious Journey za nominację. Gorąco zapraszam na jej blog, bo jest co poczytać i można zainspirować się przed wejściem do kuchni. Jednak nie będę odpowiadała na pytania, ani przesyłała nominacji dalej, dopóki nie dowiem się na czym to tak naprawdę polega i kto to wymyśliła. Jedno co mnie cieszy, to to że za nie przekazanie łańcuszka dalej nie grozi jakaś klątwa. W tych tradycyjnych przekazywanych przez listonosza i tych mailowych były zawsze groźby. Jak z tortu dla mojego syna, który będę piekła w łikend wyjdzie mi zakalec, to zacznę rzucać uroki.
Troszkę zgłodniałam przez ten wywód. Dlatego krótko na koniec o moim obiedzie, którego jeszcze trochę mi zostało i zaraz go dokończę. Był nisko kaloryczny i szybki. Zrobiłam dwa warzywa z patelni.
Prócz patelni użyłam:
1 małą cukinię
1 małą czerwoną paprykę
1 garść niesolonych orzeszków ziemnych
1 cytrynę
1 łyżkę octu winnego balsamico
sól
czarny pieprz
Umytą paprykę pokroiłam prawie w zapałki, a cukinię (też umytą) w plasterki. W między czasie na rozgrzaną patelnię wrzuciłam fistaszki i je uprażyłam. Orzeszki przełożyłam do miski, a na patelnie wyłożyłam warzywa, posoliłam odrobinę i polałam octem. Mieszałam żeby nie przywarły, kiedy zrobiły się miękkie odrobinę podlałam wodą, dodałam trochę soku z cytryny, przyprawiłam solą i czarnym, świeżo zmielonym pieprzem. Gotowe. Przełożyłam do miski i posypałam skórką z cytryny.
Ostatnio nęci mnie cukinia. W zeszłym tygodniu pisałam o niej i o mango, w tym znowu się pojawia, coś czuję, że niedługo będzie faszerowana.
Formuła Libster Blog Award z tego co zauważyłam przypomina łańcuszek. Coś co chyba wkurza większość ludzi, a ja nie należę do wyjątków. Dodatkowo trzeba odpowiedzieć na jedenaście pytań. Nie wiem czemu ktoś chciał by wiedzieć jakie mam preferencje odnośnie ciepłych napojów. Jak już dopełnię tej formalności, muszę wymyślić kolejne jedenaście abstrakcyjnych pytań a'la złote myśli i rozesłać je jedenastu nieszczęśnikom, którzy będą musieli zrobić to samo.
W opisie znalazłam, że powinny to być osoby z mniejszą ilością obserwatorów. U mnie nie ma żadnych, a ja obserwuję lepszych od siebie. Stoję przed zadaniem mozolnego wyszukania jedenastu blogów, których wcześniej nie widziałam. Potem na chybił trafił roześlę nominację do nagrody, którą powinno się nadawać, jak z nazwy wynika czemuś ukochanemu. Rozumiem oczywiście, że chodzi tu o rozprzestrzenianie informacji o własnym blogu, jednak taka metoda mi nie odpowiada.
Po raz kolejny wytrząsam się nad czymś, zamiast zająć się konstruktywnym opisywaniem moich subiektywnych wrażeń kuchennych. Cóż... Co prawda spodziewałam się, że kiedyś spotka mnie jakieś popularne w świecie blogów zjawisko, ale nie spodziewałam się go tak szybko.Czuję się zaskoczona i zdezorientowana.
Kończąc mój wywód. Była bym bardzo wdzięczna, gdyby ktoś mógł mi podać oficjalną stronę tej nagrody i/ albo chociaż jakiś regulamin. Bardzo chciałabym zrozumieć jej sens. Tymczasem mimo całej garści wątpliwości i negatywnych uwaga, chciałabym serdecznie podziękować Oliwi z Delicious Journey za nominację. Gorąco zapraszam na jej blog, bo jest co poczytać i można zainspirować się przed wejściem do kuchni. Jednak nie będę odpowiadała na pytania, ani przesyłała nominacji dalej, dopóki nie dowiem się na czym to tak naprawdę polega i kto to wymyśliła. Jedno co mnie cieszy, to to że za nie przekazanie łańcuszka dalej nie grozi jakaś klątwa. W tych tradycyjnych przekazywanych przez listonosza i tych mailowych były zawsze groźby. Jak z tortu dla mojego syna, który będę piekła w łikend wyjdzie mi zakalec, to zacznę rzucać uroki.
Troszkę zgłodniałam przez ten wywód. Dlatego krótko na koniec o moim obiedzie, którego jeszcze trochę mi zostało i zaraz go dokończę. Był nisko kaloryczny i szybki. Zrobiłam dwa warzywa z patelni.
Prócz patelni użyłam:
1 małą cukinię
1 małą czerwoną paprykę
1 garść niesolonych orzeszków ziemnych
1 cytrynę
1 łyżkę octu winnego balsamico
sól
czarny pieprz
Umytą paprykę pokroiłam prawie w zapałki, a cukinię (też umytą) w plasterki. W między czasie na rozgrzaną patelnię wrzuciłam fistaszki i je uprażyłam. Orzeszki przełożyłam do miski, a na patelnie wyłożyłam warzywa, posoliłam odrobinę i polałam octem. Mieszałam żeby nie przywarły, kiedy zrobiły się miękkie odrobinę podlałam wodą, dodałam trochę soku z cytryny, przyprawiłam solą i czarnym, świeżo zmielonym pieprzem. Gotowe. Przełożyłam do miski i posypałam skórką z cytryny.
Ostatnio nęci mnie cukinia. W zeszłym tygodniu pisałam o niej i o mango, w tym znowu się pojawia, coś czuję, że niedługo będzie faszerowana.
piątek, 31 maja 2013
Kurczak na dwa sposoby
Chwila, w której mój
syn zaczął wybrzydzać i uznał, że je tylko suche potrawy, stałą
się dla mnie małą osobistą katastrofą. Przestałam robić
spaghetti, jednogarnkowe dania i wszystko co było w sosie. Jeśli
mam straszną ochotę na coś i prześladuje mnie to przez tydzień,
to po prostu gotuje dwa obiady. Pojawia się u mnie jeszcze
kwestia obiadu w pracy, który najczęściej zabieram z domu i
na miejscu podgrzewam. Najwygodniejsze są geste „eintopfy”.
Kilka dni temu stanęłam przed problemem obiadu dla mnie i obiadu
dla małego. Uznałam, że bez skrupułów wykorzystam kurczaka
na dwa sposoby. Z dwóch średniej wielkości piersi przygotowałam
dwa dania.
Podstawą przygotowania było odpowiednie oprawienia mięsa. Do kotlecików potrzebowałam cienkie (ok. 5mm) plastry mięsa, które pocięłam na kawałki o maksymalnej długości 6-7 cm, resztę mięsa pokroiłam w kostkę.
Kotleciki były dla dziecka. Nie chciałam ich panierować w nudnej bułce. Wymyśliłam panierkę zdrowszą z orzechów i nasion. Do przygotowania kotlecików potrzeba:
plasterki z piersi kurczaka
2 garści nerkowców
4 garści sezamu
sól
czarny pieprz
słodką paprykę
jajko
kilka kropli sosu sojowego
olej
Zaczęłam od posiekania nerkowców. Siekanie sprawia mi przyjemność i uważam je za relaksujące, dlatego bardzo powoli i bardzo dokładnie je rozdrobniłam. Przełożyłam na talerz, dosypałam sezam i czerwoną paprykę. Nie umiem określić dokładnych proporcji. Było jej tyle, że po zmieszaniu panierka miała ceglany kolor. Dodałam szczyptę pieprzu i sól. Do roztrzepanego jajka wkropiłam trochę sosu sojowego. Obtoczone w jajku i panierce kawałki mięsa smażyłam na złoty kolor. Kurczak po usmażeniu było wilgotny i miało w sobie coś orientalnego, mimo braku curry czy kurkumy. A co najważniejsze, na drugi dzień okazało się, że niejadkowi smakowało.
Mój obiad do pracy był typowym kurczakiem w warzywach z patelni. Prócz mięsa do przygotowania potrzebowałam:
1 czerwoną paprykę
sporą garść czarnych oliwek
pół średniej cebuli
ząbek czosnku
pół kieliszka czerwonego wina półwytrawnego
sól
pieprz
olej
Mięso pokrojone w kostkę podsmażyła, kiedy miało już złoty kolor, dodałam cebulę pokrojoną w piórka i ząbek czosnku pokrojony w plasterki. Kiedy cebula stała się szklista zalałam całość wodą i dorzuciłam paprykę pokrojoną w zapałkę i oliwki w połówki. Dolałam wino i odrobinę posoliłam. Kiedy papryka zmiękłą posypałam całość świeżo zmielonym czarnym pieprzem i finito.
Do jednej i drugiej wersji kurczaka była kasza jęczmienna. A młody miał dodatkowo mizerię, która jest w zasadzie obowiązkowa zawsze i wszędzie.
Podstawą przygotowania było odpowiednie oprawienia mięsa. Do kotlecików potrzebowałam cienkie (ok. 5mm) plastry mięsa, które pocięłam na kawałki o maksymalnej długości 6-7 cm, resztę mięsa pokroiłam w kostkę.
Kotleciki były dla dziecka. Nie chciałam ich panierować w nudnej bułce. Wymyśliłam panierkę zdrowszą z orzechów i nasion. Do przygotowania kotlecików potrzeba:
plasterki z piersi kurczaka
2 garści nerkowców
4 garści sezamu
sól
czarny pieprz
słodką paprykę
jajko
kilka kropli sosu sojowego
olej
Zaczęłam od posiekania nerkowców. Siekanie sprawia mi przyjemność i uważam je za relaksujące, dlatego bardzo powoli i bardzo dokładnie je rozdrobniłam. Przełożyłam na talerz, dosypałam sezam i czerwoną paprykę. Nie umiem określić dokładnych proporcji. Było jej tyle, że po zmieszaniu panierka miała ceglany kolor. Dodałam szczyptę pieprzu i sól. Do roztrzepanego jajka wkropiłam trochę sosu sojowego. Obtoczone w jajku i panierce kawałki mięsa smażyłam na złoty kolor. Kurczak po usmażeniu było wilgotny i miało w sobie coś orientalnego, mimo braku curry czy kurkumy. A co najważniejsze, na drugi dzień okazało się, że niejadkowi smakowało.
Mój obiad do pracy był typowym kurczakiem w warzywach z patelni. Prócz mięsa do przygotowania potrzebowałam:
1 czerwoną paprykę
sporą garść czarnych oliwek
pół średniej cebuli
ząbek czosnku
pół kieliszka czerwonego wina półwytrawnego
sól
pieprz
olej
Mięso pokrojone w kostkę podsmażyła, kiedy miało już złoty kolor, dodałam cebulę pokrojoną w piórka i ząbek czosnku pokrojony w plasterki. Kiedy cebula stała się szklista zalałam całość wodą i dorzuciłam paprykę pokrojoną w zapałkę i oliwki w połówki. Dolałam wino i odrobinę posoliłam. Kiedy papryka zmiękłą posypałam całość świeżo zmielonym czarnym pieprzem i finito.
Do jednej i drugiej wersji kurczaka była kasza jęczmienna. A młody miał dodatkowo mizerię, która jest w zasadzie obowiązkowa zawsze i wszędzie.
środa, 22 maja 2013
Trochę słodki i trochę ostry kurczak, który słoika nie widział
W
ostatni łikend, miałam okazję urzędować po raz kolejny w
nieswojej kuchni. Byłam z synem u rodziców. Miałam zamiar trochę
odpocząć i nie gotować. Strach przed kuchnią po ostatnim wielkim
pieczeniu tlił się jeszcze gdzieś w środku. W okolicy południa
mama zaczęła przeprowadzać mały researcher, w celu stwierdzenia
kto na co ma ochotę. Ja nie miałam zdania. Mały nie odpowiedział,
był straszliwie zajęty czytaniem Encyklopedii Star Wars. Z
kręgu milczenia wyłamał się ojciec, który stwierdził, że dawno
nie jadł ryżu z takim sosem ze słoika.
Fistaszki opłukałam i posiekałam, paprykę zieloną pokroiłam na nieduże paski, pepperoni w plasterki, a kurczaka i ananasa w kostkę. Orzeszki uprażyłam na suchej patelni. Na patelnię po fistaszkach wlałam olej i go rozgrzałam po czym smażyłam kurczaka aż osiągnął złoty kolor. Wtedy dodałam oba rodzaje papryki, ananasa i zalałam syropem. Kiedy wszystko się poddusiło, wsypałam orzeszki, pieprz i kurkumę. W zasadzie to sporo kurkumy, a mało pieprzu, przecież pepperoni sama w sobie jest dość ostra. Doprawiłam kilkoma szczyptami soli i cynamonu. Wcisnęłam pół limetki. Na koniec w małej ilości zimnej wody roztrzepałam pół łyżki skrobi i zagęściłam nią sos. Mi osobiście smakowało. Ojciec początkowo kręcił nosem, że mu za słodko, ale jak zamiast ananasa natrafił na pepperoni to przestał marudzić, a pozostali w ogóle nie narzekali.
Nie
miałam ochoty na gotowanie, ale opcja obiadu ze słoika zmroziła mi
krew w żyłach. Nie to, abym była jakąś straszną przeciwniczką
słoików. Swego czasu to nawet byłam ich wielbicielką, ale teraz
kiedy większość produktów z benzoesanem mi szkodzi, nie chętnie
po nie sięgam. Sytuacja dojrzała do tego, żebym wzięła się za
gotowanie. Poprosiłam mamę, żeby kupiła podwójny płat z
kurczaka i ugotowała ryż. Po resztę zakupów poszłam z małym i
przy okazji zaliczyliśmy całkiem długi spacer. Wchodząc do
sklepu, nie wiedziałam do końca czego chcę. Ostateczna wizja
narodziła się gdzieś między działami warzywnym, a owocowym.
Planowałam zrobić sos niepomidorowy i coś z nutką orientalną.
Trochę pokręciliśmy się po sklepie, dałam się naciągnąć na
ciasteczka i spędziliśmy sporo czasu przed regałem z przyprawami.
Jako zawodowo czynny bibliotekarz, doszukuję się jakiegoś porządku
i układu w tych małych torebkach. Nigdy go jeszcze nie odnalazłam,
choć wciąż mam nadzieję. Niestety zawsze trafiam na ścianę
chaosu. Nie lepiej było by to ustawić w układzie alfabetycznym
albo chociaż rzeczowym?
Zakupy
zrobiłam, nie udało mi się kupić niesolonych fistaszków, więc
zadowoliłam się tymi przyprawionymi. Przed posiekaniem po prostu je
opłukałam. Daniem na sobotni obiad był kurczak słodko-ostry, do
jego przygotowania potrzeba:
Fistaszki opłukałam i posiekałam, paprykę zieloną pokroiłam na nieduże paski, pepperoni w plasterki, a kurczaka i ananasa w kostkę. Orzeszki uprażyłam na suchej patelni. Na patelnię po fistaszkach wlałam olej i go rozgrzałam po czym smażyłam kurczaka aż osiągnął złoty kolor. Wtedy dodałam oba rodzaje papryki, ananasa i zalałam syropem. Kiedy wszystko się poddusiło, wsypałam orzeszki, pieprz i kurkumę. W zasadzie to sporo kurkumy, a mało pieprzu, przecież pepperoni sama w sobie jest dość ostra. Doprawiłam kilkoma szczyptami soli i cynamonu. Wcisnęłam pół limetki. Na koniec w małej ilości zimnej wody roztrzepałam pół łyżki skrobi i zagęściłam nią sos. Mi osobiście smakowało. Ojciec początkowo kręcił nosem, że mu za słodko, ale jak zamiast ananasa natrafił na pepperoni to przestał marudzić, a pozostali w ogóle nie narzekali.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










