Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indyk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 kwietnia 2014

Klopsiki z indyka

Znalezienie sposobu na niejadka nie jest proste. Ma swoje ulubione dania i koniec. W dziewięciu przypadkach na dziesięć nawet nie chce spróbować. Któregoś razu dał się namówić na degustację marynowanych pędów bambusa. Doszedł do wniosku, że skoro pandy to jedzą to musi być dobre. I guzik! Pluł dalej niż widział. W sumie to mu się nie dziwię, bo taki bambus bez niczego to najsmaczniejszy nie jest. 

Ostatnio się pochorował i zaliczaliśmy przymusową odsiadkę w czterech ścianach. Był osłabiony i chciałam, żeby coś prócz rosołku zjadł. Wymyśliłam, że zrobię mu klopsiki z indyka, dla chorego jak znalazł. Nie mogłam robić gotowanych bo byłyby mokre od jakiegoś sosu, a to od startu dyskwalifikuje potrawę. Zdecydowałam się je usmażyć. Musze nadmienić, że klopsiki szwedzkie z wiadomego supermarketu meblowego to danie, które mógłby wcinać o każdej porze dnia i nocy. Z reguły kłuci się ze mną, że biorę mu za małą porcję. 

Moje klopsiki z indyka starłam się upodobnić do tych, które tak lubi. Niestety nie poszło mi najlepiej, co nie oznacza, że nie były smaczne. Do ich przygotowania potrzebowałam:

500g mięsa mielonego z indyka
2 jajka
sól 
czarny pieprze
majeranek
bułkę tartą
olej słonecznikowy

Mięso z jajkami i przyprawami wymieszałam dokładnie. Dodałam odrobinę bułki tartej, żeby były mniej wilgotne i jeszcze je w niej obtoczyłam. Potem smażyłam na głębokim oleju. Zawołałam niejadka do kuchni. Popatrz jakie klopsiki zrobiłam na obiad. Nastała chwila niepokojącej ciszy. Krytycznym wzrokiem wpatrywał się w mięsne kulki. Nagle padło. Nie, nie będę jadł. To nie są szwedzki klopsiki. Co miałam zrobić. Z takim gigantem jak szwedzki supermarket meblowy nie da się wygrać. Następnym razem kupię u nich paczkę mrożonych kulek mięsnych według szwedzkiej receptury.


sobota, 30 marca 2013

Chcesz wiedzieć jaka będzie twoja żona, to popatrz na teściową


Ostatnio był u mnie kolega na kawie, a że wypadała pora zupy to na nią też się załapał. Padło na ogórkową. Spróbował, pomyślał i stwierdził, że jest słodka. "Słodka??? Jak słodka? Ogórki rzeczywiście były nie specjalnie kwaśne, ale słodka?!" "Tak słodka, dałaś dużo marchewki" "Przecież to normalne, że do ogórkowej daje się marchewkę" "Moja mama nie daje" "A co daje?" "Nie wiem, ogórki, ziemniaki, ale nie marchewkę".



A moja mama zawsze dawała marchewkę, nie znam innej ogórkowej jak z marchewką. Spytałam się go jeszcze jak robi sałatkę jarzynową. Powiedział, że dodaje pora i kukurydzę, i śmietanę jeśli dobrze pamiętam, a ja żadnego z tych składników nie używam. Dlaczego? Te składniki mi nie pasują. Sałatka jarzynowa to coś co kojarzy mi się ze świętami, taki smak dzieciństwa i jak ją robię to stanę na rzęsach, ale ona musi smakować jak w domu. Moje pogotowie kulinarne, to komórka mojej mamy. Szczególnie teraz w święta. To już kolejna Wielkanoc, którą sama przygotowuję, a i tak zawsze o czymś zapomnę albo nie wiem jak coś przygotować. Dzisiaj na przykład nie włożyłam chleba do koszyczka. Trudno, nic nie poradzę, stało się.



Z mamą zgadzamy się zawsze w kwestii czasu i proporcji "no wiesz, tak na oko". Wczoraj w nocy wykonałam ratunkowy telefon w sprawie białej kiełbasy. Nie bardzo nawet miałam pojęcie jak się za tą kiełbasę zabrać, dzisiaj wykonam pewnie kolejny telefon w sprawie żurku. Od pewnego momentu telefony nie są już tylko jednostronne. Ostatnio zostało jej dwanaście białek z sernika i dzwoniła w sprawie bez, przyznam się, że mi trochę ego urosło.



Potrawy świąteczne będą u mnie takie jak w moim domu rodzinnym. Co prawda będzie ich mniej. Oduczyłam się robić na wyrost po ostatnim Bożym Narodzeniu. Przez dwa tygodnie po świętach bujałam się z jedzeniem, bigos mam dalej zamrożony, a ciastami nakarmiłam wszystkich w pracy. W dodatku żeby to wszystko przygotować miałam trzy dni z życiorysu wyjęte. Teraz się nie będę przemęczać. Muszę jeszcze indyka wrzucić do piekarnika. Moja mama na każde święta piekła pierś z indyka zawijaną w boczek, ja robię to trochę inaczej. Na Boże Narodzenie była z żurawiną, a teraz będzie bez. Jest banalnie prosta w przygotowaniu. Co jest potrzebne do jej przyrządzenia? Niewiele, tylko:



1,5 kg piersi z indyka

sól

czarny pieprz

szynka szwarcwaldzka

wykałaczki

rękaw do pieczenia



Pierś smaruję solą i pieprzem. Zostawiam w lodówce na noc. Zawijam w plastry szynki, tu się przydają wykałaczki i wsadzam w rękaw, a następnie do piekarnika rozgrzanego do temperatury 200°C. Na ile, aż widzę, że jest gotowa, ja lubię wszystko przypieczone, więc wyjmuję ją dopiero gdy widzę, że zostało w rękawie mało soków, a szynka nie jest jeszcze przypalona.



Mazurka nie będę piekła, upiekę babkę. Nie będę miała żadnych gości to po co mi kilka ciast. Będzie babka, ale według mojego własnego przepisu z konfiturami. Najwięcej roboty miałam z sałatką. Krojenie wszystkiego na małe kosteczki jest czasem denerwujące. Lubię siekać cebulę, jednak ogórki konserwowe mnie irytują. Mam wrażenie, że zawsze mi uciekają spod noża. Wprowadziłam pewną innowację, w stosunku do tego co pamiętam z domu. Nie gotuję ziemniaków w mundurkach, ja kroję je surowe w kostkę i taką kostkę gotuję, tak samo robię z marchewką. Do mojej sałatki jarzynowej potrzebuję:



3 duże ziemniaki

2 średnie marchewki

4 jajka

1 puszka groszku

1 duża cebula

5 dużych ogórków konserwowych

majonez

sól

czarny pieprz



Wszystkie składniki kroję w drobną kostkę i wrzucam do miski, do tego groszek, sól, pieprz i majonez. Ile tego majonezu? Nie wiem, tak na oko, musi mieć odpowiednią konsystencję i tyle. Jak się przegryzie to można wsuwać.



Wnioski. Jeśli chcesz wiedzieć jak cię żona będzie karmić, przed podjęciem decyzji spróbuj wszystkiego co lubisz u teściowej, żona będzie pewnie tak samo gotować albo przynajmniej podobnie. Chyba, że jest leniwa i ty będziesz musiał gotować, wtedy to ona musi spróbować zawczasu kuchni twojej matki. To tylko stereotypowy wariant, szersze rozważania problemu można zostawić socjologom.



środa, 6 marca 2013

Indyk późną nocą...

Ostatnio dostałam reprymendę, że ciągle piszę o babeczkach. Przyznałam się już, że są moją obsesją i to że ciągle o nich piszę nie powinno dziwić. Postanowiłam jednak, że się poprawię i napiszę o czymś innym. Przyjaciel zasugerował, że mięcho byłoby dobre. Przychyliłam się do sugestii i uznałam, że zacznę nieśmiało od indyka. 

Mam tylko pewien problem z podawaniem proporcji w przepisach. Zawsze gotuję na "oko". Jeśli chcę jakieś danie opisać muszę je przygotować i dokładnie sprawdzić ile czego nasypałam, czy wlałam. Chciałam się wczoraj szybko uwinąć z indykiem. Zresztą przygotowanie roladek z tapenadą jest banalnie proste i ekspresowe, niestety przesilenie wiosenne mnie "przesiliło" i padłam na kanapę po powrocie do domu. Nie mogłam się podnieść. Jak już udało mi się wstać, musiałam się zająć wszystkimi innymi obowiązkami, tylko nie gotowaniem. Do kuchni weszłam przed jedenastą. Przygotowanie tapenady zajmuje 10 minut i potrzeba do niej:

150 g czarnych oliwek
6 gałązek natki pietruszki
2 łyżki oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku
sól
czarny pieprz

Do miski przełożyłam odcedzone oliwki, dodałam dwa przeciśnięte ząbki czosnku, posiekane listki pietruszki, oliwę, sól i pieprz, wszystko zmiksowałam blenderem i pasta była gotowa. 

Do przygotowania roladek z indyka oczywiście jest potrzebne mięso tego ptaka, a właściwie to sznycel z jego piersi. Pięć plastrów mięsa umyłam i rozbiłam w palcach. Każdy plaster wysmarowałam jedną łyżką pasty i zwinęłam w rulonik. Ułożyłam roladki w rękawie do pieczenia, szczelnie go zamknęłam i o 23.15 włożyłam do piekarnika rozgrzanego do 200°C, o 00.15 wyjęłam indyczka z piekarnika. Zanim poszłam spać zdążyłam spróbować. Był boski.