Biorąc do ręki opakowanie kaszy jęczmiennej dostałam ostatnio przebłysku. Nie pamiętam kiedy jadłam krupnik. Chyba ze trzy lata go nie gotowałam. Wpadłam w pułapkę przygotowywania posiłków pod niejadka. Nie przyrządzałam dań z poza uniwersum jego menu.
Mieliśmy gościa na łikend, więc ugotowałam więcej niż zwykle rosołu, oczywiście przeholowałam. Zostało półtora litra złotego wywaru. Z triumfalnym uśmiechem zakomunikowałam, że przygotuję krupnik. Byłam mentalnie przygotowana na długą dyskusję pełną jęków i zawadzeń. Zaparłam się o szafki kuchenne, żeby nie odpuścić pozycji ani na milimetr i wtedy oberwałam prosto pod żebra. "Świetnie mamo, właśnie myślałem o krupniku!" Prawie osunęłam się na podłogę. Tak mnie zatkało, że zapomniałam języka w gębie. Na drugi dzień ugotowałam krupnik. Potrzebowałam do przygotowania zupy:
1,5 litra rosołu
2/3 szklanki średniej kaszy jęczmiennej
1 dużego ziemniaka
kawałek marchewki
2 listki laurowe
4 ziarna ziela angielskiego
sól
czarny pieprz
Postawiłam rosół na kuchence i zaczęłam go podgrzewać na małym ogniu z liściem laurowym i zielem angielskim. W między czasie umyłam, obrałam, pokroiłam ziemniaka w kostkę i marchewkę w plasterki. Wrzuciłam je do garnka, a kiedy były na wpół miękkie dosypałam kaszę. Gotowałam około 10 minut, zgasiłam, przykryłam i zostawiłam tak do obiadu. Kasza w ciepłym spęczniała. Po podniesieniu pokrywki doprawiłam.
Podałam zupę i uważnie liczyłam kęsy niejadka. Bez mrugnięcia okiem wsunął całą miskę. Jeszcze o wschodzie słońca myślałam, że blefuje. O zachodzie okazało się, że nastąpił w nim przełom kulinarny, jak tak dalej pójdzie to może skusi się na ser żółty albo żółtko z jajka, którego jest absolutnym wrogiem.
Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty
piątek, 3 lutego 2017
piątek, 4 grudnia 2015
Zupa dyniowa bez mleczka kokosowego
Doba jest zdecydowanie za krótka. Czas ostatnio ucieka mi w tak zastraszającym tempie, że nie wiem nawet kiedy miną listopad. Miałam przygotowanych kilka postów i nie udało mi się wygospodarować choć jednego popołudnia, żeby je wrzucić. Czego bardzo żałuję, bo np. zupa dyniowa, którą przygotowałam na imprezę halołinową była świetna. Nie była to zupa z rodzaju dyniowa tajska z mlekiem kokosowym, ale porządna rozgrzewająca jesienna zupa. Do jej przygotowani potrzebowałam:
1 średnią dynię
3 papryki
2 papryczki chilli
2 ząbki czosnku
1 średnią marchewkę
kawałek selera naciowego
olej z orzechów włoskich
sól pieprz
2 litry rosołu
mały kubek śmietany 30%
pestki z dyni
Pokrojoną na kawałki i oczyszczoną dynię zawinęłam w folię aluminiową, tak samo zrobiłam z połówkami papryk. Położyłam na blachę i piekłam, aż zrobiły się mięciutkie. Do garnka wlałam trochę oleju (jesienią i zimą lubię potrawy z aromatem orzechowym, ale w tej zupie nie jest to konieczne) i zaczęłam go powoli rozgrzewać, kiedy był już mocno ciepły wrzuciłam posiekany ząbek czosnku, plastry marchewki i selera, żeby się zarumieniły. Wlałam do garnka rosół i dodałam kawałki dyni i papryki, które dzięki pieczeniu ładnie odeszły od skóry. Zmiksowałam całość blenderem i zostawiłam, żeby się gotowało na małym ogniu, przej jakieś 30 min. Pod koniec wsypałam do wesoło bulgoczącej brei posiekane papryczki chilli, trochę soli i trochę pieprz. Jeśli dobrze pamiętam, to chyba jeszcze dodałam wody bo była za gęsta ( w końcu gość w dom woda w zupę :P). Jak odrobinę przestygła to zabieliłam ją śmietaną. Pestki był tylko do posypania.
1 średnią dynię
3 papryki
2 papryczki chilli
2 ząbki czosnku
1 średnią marchewkę
kawałek selera naciowego
olej z orzechów włoskich
sól pieprz
2 litry rosołu
mały kubek śmietany 30%
pestki z dyni
Pokrojoną na kawałki i oczyszczoną dynię zawinęłam w folię aluminiową, tak samo zrobiłam z połówkami papryk. Położyłam na blachę i piekłam, aż zrobiły się mięciutkie. Do garnka wlałam trochę oleju (jesienią i zimą lubię potrawy z aromatem orzechowym, ale w tej zupie nie jest to konieczne) i zaczęłam go powoli rozgrzewać, kiedy był już mocno ciepły wrzuciłam posiekany ząbek czosnku, plastry marchewki i selera, żeby się zarumieniły. Wlałam do garnka rosół i dodałam kawałki dyni i papryki, które dzięki pieczeniu ładnie odeszły od skóry. Zmiksowałam całość blenderem i zostawiłam, żeby się gotowało na małym ogniu, przej jakieś 30 min. Pod koniec wsypałam do wesoło bulgoczącej brei posiekane papryczki chilli, trochę soli i trochę pieprz. Jeśli dobrze pamiętam, to chyba jeszcze dodałam wody bo była za gęsta ( w końcu gość w dom woda w zupę :P). Jak odrobinę przestygła to zabieliłam ją śmietaną. Pestki był tylko do posypania.
środa, 8 kwietnia 2015
Ostra zupa z nutką Azji
Od jakiegoś czasu chodzą za mną smaki wschodu. Jeśli ktoś zagląda na mojego drugiego bloga (http://kanapkazjedzona.blogspot.com/) też natrafi na podobne aromaty. Podejrzewam, że moje ostatnie upodobania są spowodowane wizytą w koreańskiej restauracji, która mnie absolutnie urzekła. Po raz kolejny miałam nadwyżki rosołu i uznałam, że zrobię zupę. Przekopałam lodówkę i znalazłam zestawienie warzywno-owocowe, które było idealne na orientalny krem.
Do jego przygotowania potrzebowałam:
1/2 żółtej papryki
1/2 avocado
3 ząbki czosnku
1 dużą marchewkę
1 cebulę
sok z 1/2 limonki
1 1/2 l rosołu
2 papryczki chilli
sól
pieprz
migdały
Obrane i pokrojone składniki wrzuciłam do garnka z rosołem, gdzie gotowały się do miękkości. Krojąc papryczki nie starłam się pozbyć się wszystkich pestek. Chciałam, żeby krem był mocno pikantny. Kiedy faza gotowania była zakończona, zmiksowałam wszystko blenderem, dodałam sok z limonki sól i pieprz. Nie dodawałam całej gamy przypraw zależało mi na wydobyciu smaku warzyw i avocado. Podawałam z prażonymi migdałami.
Do jego przygotowania potrzebowałam:
1/2 żółtej papryki
1/2 avocado
3 ząbki czosnku
1 dużą marchewkę
1 cebulę
sok z 1/2 limonki
1 1/2 l rosołu
2 papryczki chilli
sól
pieprz
migdały
Obrane i pokrojone składniki wrzuciłam do garnka z rosołem, gdzie gotowały się do miękkości. Krojąc papryczki nie starłam się pozbyć się wszystkich pestek. Chciałam, żeby krem był mocno pikantny. Kiedy faza gotowania była zakończona, zmiksowałam wszystko blenderem, dodałam sok z limonki sól i pieprz. Nie dodawałam całej gamy przypraw zależało mi na wydobyciu smaku warzyw i avocado. Podawałam z prażonymi migdałami.
poniedziałek, 23 marca 2015
Przepyszny krem z warzyw
Któregoś dnia zostałam dotknięta klęską urodzaju. Niejadek się pochorował i wszystkie życzliwe osoby przyniosły mi rosół. Sama zdążyłam też ugotować wielki gar. Na szczęście jest kilka sposobów na nie marnowanie pysznej zupy. Część zamroziłam, część zjadł rekonwalescent, a część przetworzyłam. Wśród dorosłych domowników brakuję entuzjastów królowej zup. Za to wszystkie inne są chętnie zjadana. Dlatego jakieś 1,5 litra rosołu zamieniło się w aromatyczny krem z warzyw. Do przygotowania mojej zupki potrzebowałam:
1 1/2 litra rosołu
2 duże marchewki
1 dużą pietruszkę (korzeń)
1 łodygę selera naciowego
1/2 papryki
garść suszonych pomidorów
sok z cytryny
sól czarny pieprz
Jest to zupa absolutnie porasta w przygotowaniu. Wystarczy, że warzywa pokroiłam w cienkie plasterki, wrzuciłam do garnka z rosołem i gotowałam tak długo, aż zrobiły się miękkie. W mieszkaniu unosił się charakterystyczny zapach pietruszki, którą bardzo lubię.W między czasie na maśle z dodatkiem oleju zrobiłam grzanki z czerstwego chleba. Zupy kremy trzeba przełamać czymś do pogryzienia inaczej są nudne. Po ugotowaniu zawartość garnka potraktowałam blenderem. Byłam bezlitosna, wszystko zmieniłam w papkę. Przyprawiłam sokiem z cytryny solą i pieprzem. Przed podaniem dodawałam grzanki, rzeżuchę i ziarna słonecznika.
Postanowiłam trochę poeksperymentować z taką koncepcją przyrządzania zup. Dzisiejsza była inspirowana smakami orientu, ale o tym następnym razem
1 1/2 litra rosołu
2 duże marchewki
1 dużą pietruszkę (korzeń)
1 łodygę selera naciowego
1/2 papryki
garść suszonych pomidorów
sok z cytryny
sól czarny pieprz
Jest to zupa absolutnie porasta w przygotowaniu. Wystarczy, że warzywa pokroiłam w cienkie plasterki, wrzuciłam do garnka z rosołem i gotowałam tak długo, aż zrobiły się miękkie. W mieszkaniu unosił się charakterystyczny zapach pietruszki, którą bardzo lubię.W między czasie na maśle z dodatkiem oleju zrobiłam grzanki z czerstwego chleba. Zupy kremy trzeba przełamać czymś do pogryzienia inaczej są nudne. Po ugotowaniu zawartość garnka potraktowałam blenderem. Byłam bezlitosna, wszystko zmieniłam w papkę. Przyprawiłam sokiem z cytryny solą i pieprzem. Przed podaniem dodawałam grzanki, rzeżuchę i ziarna słonecznika.
Postanowiłam trochę poeksperymentować z taką koncepcją przyrządzania zup. Dzisiejsza była inspirowana smakami orientu, ale o tym następnym razem
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Zupa szpinakowa
Ostatnio znowu stałam się wielbicielką zup. Przez jakiś czas jadłam je na mieście, jednak odkąd zaczęłam dostawać zgagi w moim ulubionym lokalu, odpuściłam sobie. Podejrzewam, że zmienili receptury. Dodają więcej tłuszczu albo kostki rosołowe. Nie twierdze, że to zła praktyka, ale co za dużo to powoduje problemy z układem pokarmowym. Zamiast stołować się na mieście znowu gotuję w domu. Z reguły mam nadmiar rosołu. Mój niejadek nie zawsze ma ochotę na zupkę, więc zawsze coś zostanie. Szczególnie, że gotuję raz w tygodniu wielki gar tej zupy. Na szczęście zawsze można ją użyć jako bazę. Gorzej jakby jadał tylko ogórkową.
Chyba cierpię na brak żelaza, bo chce mi się szpinaku. Ile można jeść go na gęsto? Zupa jest świetną alternatywą. Do jej przygotowania potrzeba:
5 chochli rosołu
1 paczka mrożonego szpinaku
3 ząbki czosnku
3 łyżki jogurtu naturalnego
sól
czarny pieprz
twardy ser (typu feta)
Do rosołu wrzuciłam szpinak, żeby się rozpuścił. Kiedy zawartość garnka zaczęła przypominać zupę dodałam posiekany czosnek i sól. Zostawiłam na małym ogniu na 15 minut, żeby trochę woda odparowała. W między czasie pokroiłam ser w kostkę. I włożyłam do opiekacza na kilka minut. Można to zrobić również w piekarniku. Zdjęłam zupę z kuchenki zmiksowałam ją blenderem, dodałam jogurt naturalny i świeżo zmielony, czarny pieprz. Przed podaniem do miseczek wrzuciłam upieczony ser.
Chyba cierpię na brak żelaza, bo chce mi się szpinaku. Ile można jeść go na gęsto? Zupa jest świetną alternatywą. Do jej przygotowania potrzeba:
5 chochli rosołu
1 paczka mrożonego szpinaku
3 ząbki czosnku
3 łyżki jogurtu naturalnego
sól
czarny pieprz
twardy ser (typu feta)
Do rosołu wrzuciłam szpinak, żeby się rozpuścił. Kiedy zawartość garnka zaczęła przypominać zupę dodałam posiekany czosnek i sól. Zostawiłam na małym ogniu na 15 minut, żeby trochę woda odparowała. W między czasie pokroiłam ser w kostkę. I włożyłam do opiekacza na kilka minut. Można to zrobić również w piekarniku. Zdjęłam zupę z kuchenki zmiksowałam ją blenderem, dodałam jogurt naturalny i świeżo zmielony, czarny pieprz. Przed podaniem do miseczek wrzuciłam upieczony ser.
niedziela, 30 listopada 2014
Kremowa zupa pomidorowa z mozzarellą
Wczoraj były Andrzejki, jakoś się tak poskładało, że mieliśmy gości. Czyli trafiła się okazja, żeby sobie pogotować. Wśród gości były dzieci, dlatego zdecydowałam się na słodkie menu, nie w stu procentach, ale słodyczy było zdecydowanie więcej niż zwykle. Musiało też być coś na ciepło. Przygotowałam krem z pomidorów z mozzarellą, do którego było focaccio z czarnymi oliwkami. Postawiłam na szwedzki bufet, a zupę postawiłam w garnku, wazy mam niestety za małe.
Bazą do zupy było sofritto. Na oleju z prażonych pistacji podsmażyłam marchewkę, korzeń pietruszki i średnią cebulę. Do przygotowanie kremu z pomidorów potrzeba:
olej albo oliwa co kto lubi
marchewkę
korzeń pietruszki
cebulę
6 puszek pomidorów
400 ml przecieru pomidorowego
2 mozzarelle kulki
świeżą bazylię
sól
czarny pieprz
Jak widać porcja jest na więcej niż dwie osoby. Do garnka z gotowym sofrito wlałam zawartość puszek i przecier. Zostawiłam na małym ogniu na jakieś trzy kwadranse, żeby się odparowało. Zdjęłam z kuchenki garnek, dodałam garść świeżych liści bazylii, sól, pieprz i pocięta na kawałki mozzarellę, na koniec wszystko potraktowałam blenderem.
Bazą do zupy było sofritto. Na oleju z prażonych pistacji podsmażyłam marchewkę, korzeń pietruszki i średnią cebulę. Do przygotowanie kremu z pomidorów potrzeba:
olej albo oliwa co kto lubi
marchewkę
korzeń pietruszki
cebulę
6 puszek pomidorów
400 ml przecieru pomidorowego
2 mozzarelle kulki
świeżą bazylię
sól
czarny pieprz
Jak widać porcja jest na więcej niż dwie osoby. Do garnka z gotowym sofrito wlałam zawartość puszek i przecier. Zostawiłam na małym ogniu na jakieś trzy kwadranse, żeby się odparowało. Zdjęłam z kuchenki garnek, dodałam garść świeżych liści bazylii, sól, pieprz i pocięta na kawałki mozzarellę, na koniec wszystko potraktowałam blenderem.
poniedziałek, 7 lipca 2014
Zupa kalafiorowa z grillowaną marchewką
Jeśli mam wybierać wolę brokuły od kalafiora. Jednak czasem go kupuję dla równowagi. Ostatnio do obiadu był w wersji gotowanej z bułka tartą. Połowa została. Przeleżał dwa dni w lodówce i żeby nie dostał sam nóżek i nie wyszedł musiałam coś z nim zrobić. Uznałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie zupa. Pomyślałam o kremie. Krem jest świetny, ale tylko wtedy gdy coś chrupkiego równoważy jego konsystencje. Kremowe zupy bez dodatków są po prostu nudne. Mogłam zrobić grzanki z pieczywa. Jednak postawiłam na lżejsze i mniej kaloryczne rozwiązanie. Na marchewkę.
Do przyrządzenia mojego kremu z kalafiora potrzeba:
1/2 ugotowanego kalafiora
3 chochle rosołu
garść posiekanej natki pietruszki
1 średnią marchewkę
2 garści obranych nasion słonecznika
sok z cytryny
czarny pieprz
sól
Przygotowanie tej zupy jest bardzo proste i bardzo szybkie. Różyczki kalafiora zagotowałam z rosołem i zmiksowałam blenderem. Dodałam posiekaną natkę pietruszki, odrobinę soku z cytryny, sól i czarny świeżo zmielony pieprz. W międzyczasie uprażyłam nasiona słonecznika, a marchewkę pokrojoną w kostkę wrzuciłam na suchą patelnię grillową i poczekałam aż się zarumieni. Przed podaniem krem z kalafiora posypywałam słonecznikiem i marchwią.
Zdecydowanie wole kalafior w takiej formie, taki z wody do mnie nie przemawia.
Do przyrządzenia mojego kremu z kalafiora potrzeba:
1/2 ugotowanego kalafiora
3 chochle rosołu
garść posiekanej natki pietruszki
1 średnią marchewkę
2 garści obranych nasion słonecznika
sok z cytryny
czarny pieprz
sól
Przygotowanie tej zupy jest bardzo proste i bardzo szybkie. Różyczki kalafiora zagotowałam z rosołem i zmiksowałam blenderem. Dodałam posiekaną natkę pietruszki, odrobinę soku z cytryny, sól i czarny świeżo zmielony pieprz. W międzyczasie uprażyłam nasiona słonecznika, a marchewkę pokrojoną w kostkę wrzuciłam na suchą patelnię grillową i poczekałam aż się zarumieni. Przed podaniem krem z kalafiora posypywałam słonecznikiem i marchwią.
Zdecydowanie wole kalafior w takiej formie, taki z wody do mnie nie przemawia.
wtorek, 25 lutego 2014
Zupa gulaszowa prawie jak danie jednogarnkowe
Rozkochałam się w zupach na dobre. Oprócz stałego zestawu dla niejadka (rosół, pomidorowa, ogórkowa), gotuję coś dla siebie. Była zupa tajska na walentynki z marchewkom w kształcie serduszek, a kilka dni później zachciało mi się wołowiny. Nie chciałam robić bitek czy gulaszu, chciałam zupy. Pogłówkowałam trochę i skoczyłam po zakupy. Z listy miałam tylko papryczki chili, wiec obładowana siatami wróciła do domu. Wołowinę kupiłam paczkowaną, gulaszową, pociętą już na kawałki, które wydawały mi się za duże i jeszcze je zmniejszyłam. Do przygotowania zupy potrzebowałam:
1/2 kg wołowiny
1 kg ziemniaków
1 dużą cebulę czerwoną
1 paprykę
1 papryczkę chili
3 ząbki czosnku
mąkę
liść laurowy
ziele angielskie
olej
sól
pieprz cayenne
Pokrojoną wołowinę wrzuciłam na gorący olej. Smażyłam ją do chwili kiedy była ładnie zarumieniona, wtedy dodałam posiekaną drobno cebulę i poczekałam, aż się przeszkli. Zawartość garnka zalałam wodą, tak żeby zmieścił się tam kilogram ziemniaków pokrojonych w kostkę. Dodałam paprykę pokrojoną jak ziemniaki. Papryczkę chili ponacinałam wzdłuż i wrzuciłam do bulgoczącej zupy, razem z liściem laurowym, zielem angielskim i czosnkiem. Kiedy ziemniaki były odpowiednio miękkie, a wołowina krucha, zakręciłam kurek z gazem. Przyprawiłam pieprzem i solą. Zupa wydała mi się zbyt rzadka więc ją zagęściłam mąką pszenną.
1/2 kg wołowiny
1 kg ziemniaków
1 dużą cebulę czerwoną
1 paprykę
1 papryczkę chili
3 ząbki czosnku
mąkę
liść laurowy
ziele angielskie
olej
sól
pieprz cayenne
Pokrojoną wołowinę wrzuciłam na gorący olej. Smażyłam ją do chwili kiedy była ładnie zarumieniona, wtedy dodałam posiekaną drobno cebulę i poczekałam, aż się przeszkli. Zawartość garnka zalałam wodą, tak żeby zmieścił się tam kilogram ziemniaków pokrojonych w kostkę. Dodałam paprykę pokrojoną jak ziemniaki. Papryczkę chili ponacinałam wzdłuż i wrzuciłam do bulgoczącej zupy, razem z liściem laurowym, zielem angielskim i czosnkiem. Kiedy ziemniaki były odpowiednio miękkie, a wołowina krucha, zakręciłam kurek z gazem. Przyprawiłam pieprzem i solą. Zupa wydała mi się zbyt rzadka więc ją zagęściłam mąką pszenną.
poniedziałek, 17 lutego 2014
Tajska zupa z kurczakiem
Pierwsze plany walentynkowe były romantyczne i odpowiednio kiczowate, w klimacie nowego święta. Na całe szczęście nic z tego nie wyszło. Na szybko musiałam wykombinować jakiś obiad, skoro plany restauracyjne legły w gruzach. Wpadłam na ekspresowe zakupy do biedronki. Przypomniałam sobie, że ostatnio czytałam przepis na zupę tajską z kurczakiem. Nie bardzo pamiętałam jakie składniki były potrzebne, więc postanowiłam zadać się na moją kreatywność. Kupiłam praktycznie wszystko oprócz papryczki chilli i mleczka kokosowego. Brakujące składniki zostały mi doniesione. Do przygotowania zupy potrzebowałam:
400-500g piersi z kurczaka
małą cebule
1 papryczkę chili
pół papryki
1 marchewkę
pęczek szczypiorku
limonkę
pół puszki mleczka kokosowego
curry
sól
słodka papryka
2 ząbki czosnku
pieprz cayenne
Kurczaka oczyściłam, pokroiłam w kostkę i nasmarowałam curry, słodką papryką, olejem i dałam mu odpocząć. Cebulę, paprykę, szczypiorek i chilli pokroiłam. Skoro były walentynki uznałam, że marchewkę pokroję w plasterki w kształcie serduszek. Mięso wysmażyłam na złoto, przełożyłam do garnka dodałam cebulę, paprykę, czosnek (całe ząbki),chilli i wlałam wodę, tak żeby przykryła wszystko. Kiedy marchewka zmiękła, zgasiłam gaz. Przyprawiłam sokiem z limonki, solą, pieprzem, dodałam jeszcze trochę curry, a na koniec wlałam pół puszki mleczka kokosowego. Przed podaniem posypałam szczypiorkiem.
400-500g piersi z kurczaka
małą cebule
1 papryczkę chili
pół papryki
1 marchewkę
pęczek szczypiorku
limonkę
pół puszki mleczka kokosowego
curry
sól
słodka papryka
2 ząbki czosnku
pieprz cayenne
Kurczaka oczyściłam, pokroiłam w kostkę i nasmarowałam curry, słodką papryką, olejem i dałam mu odpocząć. Cebulę, paprykę, szczypiorek i chilli pokroiłam. Skoro były walentynki uznałam, że marchewkę pokroję w plasterki w kształcie serduszek. Mięso wysmażyłam na złoto, przełożyłam do garnka dodałam cebulę, paprykę, czosnek (całe ząbki),chilli i wlałam wodę, tak żeby przykryła wszystko. Kiedy marchewka zmiękła, zgasiłam gaz. Przyprawiłam sokiem z limonki, solą, pieprzem, dodałam jeszcze trochę curry, a na koniec wlałam pół puszki mleczka kokosowego. Przed podaniem posypałam szczypiorkiem.
wtorek, 28 stycznia 2014
Gorąca, ostra i w stylu meksykańskim - zupa na mróz
Jestem potwornym zmarzluchem. Pamiętam gorsze mrozy, które lepiej znosiłam. Niestety przez ostatnie tygodnie chyba nieco się rozwydrzyłam i dwa na minusie to dla mnie zdecydowanie za niska temperatura. Postanowiłam przynajmniej poprawić sobie humor, gorącą i sycącą zupą. Nie główkowałam długo. Pomysł miałam gotowy. Ostatnio w restauracji jadłam zupę meksykańską, która bardzo mi smakowała. Podobał mi się też pomysł z mięsem mielonym pływającym na łyżce. Jedyne co mi się nie podobało, to to, że zupa była rzadka. Konsystencja rosołu nie bardzo mi odpowiadała.
Wyskoczyłam na ekspresowe zakupy do biedronki, które okazały się długie jak kolejka na trzydzieści osób. Część składników miałam w zamrażalniku. W lecie dostałam zieloną fasolkę szparagową w nadmiarze i kukurydzy gotowanej też mi kiedyś trochę został. Wymarzłam się jak diabli na dziesięciominutowym spacerze. Wpadłam więc do kuchni i zabrałam się od razu za gotowanie. Do przygotowania mojej zupy potrzebowałam:
500g mięsa mielonego
1 dużą cebulę
3 puszki pomidorów
kawałek papryki
1 garść kukurydzy
2 garści zielonej fasolki szparagowej
1 puszkę czerwonej fasoli
2 papryczki chili
1/2 awokado
sok z limonki
olej
sól
czarny pieprz
słodka papryka w proszku
ostra papryka w proszku
nachos serowe
Zaczęłam od wysmażenia mięsa na małej ilości oleju. W międzyczasie zmiksowałam dokładnie zawartość trzech puszek pomidorów w dużym garnku. Czerwoną fasolę wypłukałam pod bieżącą wodą i wrzuciłam do garnka, tak samo jak kukurydzę, fasolę szparagową, całe papryczki chilli i paprykę pokrojoną w kostkę. Temperatura w garnku powoli zaczęła się podnosić, a ja dodałam zarumienione mięso. Na tej samej patelni przeszkliłam cebulę pokrojoną w drobną kostkę i połączyłam z resztą. Pół obranego awokado starłam na drobnych oczkach prosto do bulgoczącej zupy. Kiedy fasolka szparagowa zmiękłą, użyłam soku z limonki i przypraw. Gorącą zupę podawałam z pokruszonymi serowymi nachos. Na dworze było minus dwanaście stopni, nie pamiętam kiedy ostre jedzenie cieszyło mnie tak bardzo.
Wyskoczyłam na ekspresowe zakupy do biedronki, które okazały się długie jak kolejka na trzydzieści osób. Część składników miałam w zamrażalniku. W lecie dostałam zieloną fasolkę szparagową w nadmiarze i kukurydzy gotowanej też mi kiedyś trochę został. Wymarzłam się jak diabli na dziesięciominutowym spacerze. Wpadłam więc do kuchni i zabrałam się od razu za gotowanie. Do przygotowania mojej zupy potrzebowałam:
500g mięsa mielonego
1 dużą cebulę
3 puszki pomidorów
kawałek papryki
1 garść kukurydzy
2 garści zielonej fasolki szparagowej
1 puszkę czerwonej fasoli
2 papryczki chili
1/2 awokado
sok z limonki
olej
sól
czarny pieprz
słodka papryka w proszku
ostra papryka w proszku
nachos serowe
Zaczęłam od wysmażenia mięsa na małej ilości oleju. W międzyczasie zmiksowałam dokładnie zawartość trzech puszek pomidorów w dużym garnku. Czerwoną fasolę wypłukałam pod bieżącą wodą i wrzuciłam do garnka, tak samo jak kukurydzę, fasolę szparagową, całe papryczki chilli i paprykę pokrojoną w kostkę. Temperatura w garnku powoli zaczęła się podnosić, a ja dodałam zarumienione mięso. Na tej samej patelni przeszkliłam cebulę pokrojoną w drobną kostkę i połączyłam z resztą. Pół obranego awokado starłam na drobnych oczkach prosto do bulgoczącej zupy. Kiedy fasolka szparagowa zmiękłą, użyłam soku z limonki i przypraw. Gorącą zupę podawałam z pokruszonymi serowymi nachos. Na dworze było minus dwanaście stopni, nie pamiętam kiedy ostre jedzenie cieszyło mnie tak bardzo.
Etykiety:
awokado,
chilli,
fasola,
fasola szparagowa,
kukurydza,
meksykańska,
mięso mielone,
nachos,
obiad,
ostra,
papryka,
pomidory,
rozgrzewające,
zupa
czwartek, 19 września 2013
Zupa na chłodne popołudnie
O zupie soczewicowej wspominałam przynajmniej dwa razy. Przez ostatnie miesiące nie gotowałam jej, chociaż bardzo ją lubię. Nie jest ona daniem na upalny dzień. Świetnie za to nadaje się na chłodne popołudnia, jest sycąca i rozgrzewająca, a na lato przecież najlepszy jest chłodnik.
Przepis opracowałam na podstawie zupy dnia z knajpy wegetariańskiej. Któregoś popołudnia jakieś dwa lata temu, zaszłam coś szybko zjeść. Był wrzesień tak jak teraz, a na dworze wiało i padało. Doszłam do wniosku, że zupa dnia będzie świetnym posiłkiem. Była soczewicowa. Chyba wtedy po raz pierwszy jadłam soczewicę. Siedziałam sama przy stoliku i zastanawiałam się nad każdą łyżką. Co oni do tego gara wrzucili? Na pewno był tam seler naciowy i pomidory. Minęły dwa tygodnie i sama spróbowałam. Po kilku eksperymentach, mniej lub bardziej udanych, udało mi się ugotować coś co odpowiadało mi w 100%. Nie było to już danie wegetariańskie, ponieważ dodałam rosołu z kury, ale było smaczne. Jak nie mam rosołu to do garnka wlewam trochę oleju i nieco inaczej przyprawiam, taka alternatywa bezmięsna.
Do przygotowania gara zupy soczewicowej, bo z reguły gotuję jej na prawdę dużo, potrzeba:
2 szklanki rosołu z kury
350 g zielonej soczewicy
2 puszki krojonych pomidorów
1 łodyga selera naciowego
1 duża marchewka
1/2 papryki zółtej
1/2 papryki czerwonej
3 ząbki czosnku
1 średnia czerwona cebula
garść siekanej natki pietruszki
curry
tabasco
sok z cytryny
sól
Ugotowanie zupy jest dziecinnie proste. Soczewicę gotuję, aż zrobi się na wpół miękka, potem wrzucam do garnka pomidory, pokrojoną w grube plastry łodygę selera i marchewkę, papryki i cebulę pokrojone w kostkę i całe ząbki czosnku. Wlewam rosół i gotuję aż warzywa zmiękną. Na koniec przyprawiam i tyle. Mam zapas zupy na kilka dni.
Przepis opracowałam na podstawie zupy dnia z knajpy wegetariańskiej. Któregoś popołudnia jakieś dwa lata temu, zaszłam coś szybko zjeść. Był wrzesień tak jak teraz, a na dworze wiało i padało. Doszłam do wniosku, że zupa dnia będzie świetnym posiłkiem. Była soczewicowa. Chyba wtedy po raz pierwszy jadłam soczewicę. Siedziałam sama przy stoliku i zastanawiałam się nad każdą łyżką. Co oni do tego gara wrzucili? Na pewno był tam seler naciowy i pomidory. Minęły dwa tygodnie i sama spróbowałam. Po kilku eksperymentach, mniej lub bardziej udanych, udało mi się ugotować coś co odpowiadało mi w 100%. Nie było to już danie wegetariańskie, ponieważ dodałam rosołu z kury, ale było smaczne. Jak nie mam rosołu to do garnka wlewam trochę oleju i nieco inaczej przyprawiam, taka alternatywa bezmięsna.
Do przygotowania gara zupy soczewicowej, bo z reguły gotuję jej na prawdę dużo, potrzeba:
2 szklanki rosołu z kury
350 g zielonej soczewicy
2 puszki krojonych pomidorów
1 łodyga selera naciowego
1 duża marchewka
1/2 papryki zółtej
1/2 papryki czerwonej
3 ząbki czosnku
1 średnia czerwona cebula
garść siekanej natki pietruszki
curry
tabasco
sok z cytryny
sól
Ugotowanie zupy jest dziecinnie proste. Soczewicę gotuję, aż zrobi się na wpół miękka, potem wrzucam do garnka pomidory, pokrojoną w grube plastry łodygę selera i marchewkę, papryki i cebulę pokrojone w kostkę i całe ząbki czosnku. Wlewam rosół i gotuję aż warzywa zmiękną. Na koniec przyprawiam i tyle. Mam zapas zupy na kilka dni.
sobota, 3 sierpnia 2013
Zimna zupa z botwinki
Czemu akurat zimna zupa? Powód jest banalny. Upał. Przy takiej temperaturze jaka panuje na zewnątrz i przy tym rozgrzanym, wrednym słońcu na bezchmurnym niebie innej zupy nie da się zjeść. Poza tym mam jeszcze jeden powód, żeby zrobić chłodnik. Pojawiły się u mnie nieprzyjemne skutki uboczne dłuższego przebywania u rodziców. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie zmniejszony poziom ruchy w stosunku do mojego typowego dnia nie na urlopie. Dużo nie przytyłam, ale fałdka na brzuchu się zrobiła. Dlatego wypowiadam jej wojnę i ograniczam węglowodany. Ponoć nie jest to najzdrowsza dieta, ale na mnie działa. Ostatnio w trakcie wizyty w supermarkecie, trafiłam na wyprzedaż książek i na jedną dotyczącą takiego sposobu odżywiania. Napisała ja Amanda Cross, pani o której nigdy wcześniej nie słyszałam, a chyba byłoby warto się zainteresować. Książka dieta niskowęgowodanowa prócz przepisów, które wyglądają niesamowicie smacznie, zawiera obszerny wstęp, z którego można dowiedzieć się ciekawych i ważnych rzeczy o tej diecie i o jedzeniu.
Wracając do mojego chłodnika. Przepis mam od mamy, a część składników od sąsiadki Zosi, dlatego nie do końca jestem pewna proporcji. W warzywniku wszystkie pęczki mają taką samą objętość, a tu miara mierzona jest gestem. Według mamy ta zupa to chłodnik litewski i pewnie ma rację, nie byłam na tyle dociekliwa, żeby sprawdzić wiarygodność tej informacji. Zupę można przygotować na śmietanie, ale ja stawiam na wersję mniej kaloryczną z maślanką i kefirem. Można ją również podawać z jajkiem, jeśli ktoś lubi. Jedno jest pewne jest to zupa sezonowa, a sezon na nią jest teraz. Do przygotowania chłodnika litewskiego potrzeba:
1 pęczek botwinki
1 dużego świeżego ogórka
1 pęczek kopru
1 pęczek szczypiorku
1000 ml maślanki
250 ml kefiru
sól
pieprz
Wieczór wcześniej przygotowałam botwinkę, oczyściłam ją i drobno pokroiłam. W garnku zagotowałam wodę , ok. pół litra i wrzuciłam do niej młode buraczki, dodałam trochę soli i łyżkę octu. Kiedy botwinka zrobiła się miękka zgasiłam gaz i dałam jej odpocząć do rana. Skoro świt wlałam do garnka maślankę i kefir, dodałam drobno posiekany szczypiorek i koper. Ogórka obrałam i pokroiłam w małą kostkę, on też wylądował w garnku, przyprawiłam jeszcze odrobiną pieprzu i soli. Przykryłam garnek i schowałam do lodówki. Chłodnik miał piękny kolor, a smakował jeszcze lepiej niż wyglądał. Kiedyś uważałam takie zupy za nie jadalne, ale zmieniłam zdanie. Dlaczego? Pewnie dlatego, że są smaczne i zdrowe albo po prostu jestem starsza i jem wszystko.
Wracając do mojego chłodnika. Przepis mam od mamy, a część składników od sąsiadki Zosi, dlatego nie do końca jestem pewna proporcji. W warzywniku wszystkie pęczki mają taką samą objętość, a tu miara mierzona jest gestem. Według mamy ta zupa to chłodnik litewski i pewnie ma rację, nie byłam na tyle dociekliwa, żeby sprawdzić wiarygodność tej informacji. Zupę można przygotować na śmietanie, ale ja stawiam na wersję mniej kaloryczną z maślanką i kefirem. Można ją również podawać z jajkiem, jeśli ktoś lubi. Jedno jest pewne jest to zupa sezonowa, a sezon na nią jest teraz. Do przygotowania chłodnika litewskiego potrzeba:
1 pęczek botwinki
1 dużego świeżego ogórka
1 pęczek kopru
1 pęczek szczypiorku
1000 ml maślanki
250 ml kefiru
sól
pieprz

Wieczór wcześniej przygotowałam botwinkę, oczyściłam ją i drobno pokroiłam. W garnku zagotowałam wodę , ok. pół litra i wrzuciłam do niej młode buraczki, dodałam trochę soli i łyżkę octu. Kiedy botwinka zrobiła się miękka zgasiłam gaz i dałam jej odpocząć do rana. Skoro świt wlałam do garnka maślankę i kefir, dodałam drobno posiekany szczypiorek i koper. Ogórka obrałam i pokroiłam w małą kostkę, on też wylądował w garnku, przyprawiłam jeszcze odrobiną pieprzu i soli. Przykryłam garnek i schowałam do lodówki. Chłodnik miał piękny kolor, a smakował jeszcze lepiej niż wyglądał. Kiedyś uważałam takie zupy za nie jadalne, ale zmieniłam zdanie. Dlaczego? Pewnie dlatego, że są smaczne i zdrowe albo po prostu jestem starsza i jem wszystko.
czwartek, 14 marca 2013
Bez torebki też można
Wczoraj w godzinach wieczornych rozgorzała płomienna dyskusja na temat soli, vegety i wszystkiego co w jakiś sposób udało się pod temat podciągnąć. Temat który się pojawił, był w opozycji do słodkiego tortu Kamili, o którym wspomnę w sobotę. Część męska towarzystwa nie była zainteresowana solą i wyszła. Od jednej z koleżanek dowiedziałam się, że można kupić vegetę bez wzmacniaczy smaku. Uznałam, że przy najbliższej wycieczce do spożywczaka poszukam tego cuda. Tymczasem rozmawiałyśmy o różnych smakach i przede wszystkim o zupach. Różnie dziewczyny gotują zupy i w różny sposób je doprawiają, są wielbicielki kostek rosołowych i zwolenniczki naturalnych przypraw. Ja się skłaniam ku tej drugiej opcji. Nie neguję oczywiście kostek, zdarza mi się ich używać, tylko nie mogę z nimi przesadzać. W czasie kiedy byłam termosem na mleko dla mojego syna starałam się jeść lekko strawne rzeczy, bez intensywnych przypraw. Wtedy też ograniczyłam sól. Od tamtego czasu nie służy mi ona za bardzo. Wszystko co gotuję z reguły jest nie dosolone, dla mnie smakuje w porządku, ale wielbiciele słonego narzekają. Największy problem mam z daniami instant. Wszystkie zupy typu "zalej mnie i zjedz" powodują u mnie zgagę. Widać jestem strasznie wydelikacona.
Jak słyszę krem z pieczarek, to mam przed oczami zupkę w małej torebce, którą trzeba wsypać do kubka. Całe liceum opijałam się tymi wynalazkami, a teraz się okazało, że są one dla mnie niestrawne. Musiałam zacząć knuć. Knułam i knułam, aż wreszcie uknułam. Wymyśliłam jak zrobić krem z pieczarek z grzankami, który nie spowoduje u mnie efektów ubocznych. Do przygotowania kremowego błotka (kolor jest brązowo-szary) potrzeba:
400g pieczarek
1 dużą cebulę
1 szklankę rosołu
sól
czarny pieprz
1 1/2 szklanki wody
olej
masło
Cebulę pokroiłam w drobną kostkę i zrumieniłam na oleju. Pieczarki obrałam, pokroiłam w kostkę i wrzuciłam do cebuli. Posypałam je solą, żeby puściły wodę. Do grzybów dołożyłam łyżkę masła i całość smażyłam, aż wyglądały na gotowe i tak też smakowały. Wtedy posypałam porządnie pieprzem i przełożyłam do garnka. Wlałam szklankę rosołu i wodę. Gotowałam na małym ogniu przez pół godziny. Na koniec zmiksowałam blenderem.
Zupy instant mają najczęściej grzanki. Moja zupa też miała. Do ich przygotowania potrzebowałam:
2 bułki pszenne
oliwę z oliwek
pieprz
sok z cytryny
Bułki pokroiłam w kostkę i smażyłam na oliwie z oliwek. Na koniec, kiedy były już rumiane posypałam je pieprzem i dałam łyżeczkę soku z cytryny. Finito.
Do miski wlałam zupę, dołożyłam trochę grzanek i posypałam świeżą, siekaną natką pietruszki. Nie smakowało to jak danie z proszku, ale za to było dużo smaczniejsze.
Jak słyszę krem z pieczarek, to mam przed oczami zupkę w małej torebce, którą trzeba wsypać do kubka. Całe liceum opijałam się tymi wynalazkami, a teraz się okazało, że są one dla mnie niestrawne. Musiałam zacząć knuć. Knułam i knułam, aż wreszcie uknułam. Wymyśliłam jak zrobić krem z pieczarek z grzankami, który nie spowoduje u mnie efektów ubocznych. Do przygotowania kremowego błotka (kolor jest brązowo-szary) potrzeba:
400g pieczarek
1 dużą cebulę
1 szklankę rosołu
sól
czarny pieprz
1 1/2 szklanki wody
olej
masło
Cebulę pokroiłam w drobną kostkę i zrumieniłam na oleju. Pieczarki obrałam, pokroiłam w kostkę i wrzuciłam do cebuli. Posypałam je solą, żeby puściły wodę. Do grzybów dołożyłam łyżkę masła i całość smażyłam, aż wyglądały na gotowe i tak też smakowały. Wtedy posypałam porządnie pieprzem i przełożyłam do garnka. Wlałam szklankę rosołu i wodę. Gotowałam na małym ogniu przez pół godziny. Na koniec zmiksowałam blenderem.
Zupy instant mają najczęściej grzanki. Moja zupa też miała. Do ich przygotowania potrzebowałam:
2 bułki pszenne
oliwę z oliwek
pieprz
sok z cytryny
Bułki pokroiłam w kostkę i smażyłam na oliwie z oliwek. Na koniec, kiedy były już rumiane posypałam je pieprzem i dałam łyżeczkę soku z cytryny. Finito.
Do miski wlałam zupę, dołożyłam trochę grzanek i posypałam świeżą, siekaną natką pietruszki. Nie smakowało to jak danie z proszku, ale za to było dużo smaczniejsze.
poniedziałek, 11 marca 2013
Pomidor w pomidorach
Każdy ma swoje nawyki i każdy ma swoje ulubione smaki. Czasami się zastanawiam... Czy smaki nie przechodzą z matki na dziecko? Jak byłam w ciąży, moja mama, ilekroć u niej byłam podkarmiała mnie zupą pomidorową z ryżem, której notabene pochłaniałam straszne ilości. Nie byłam wtedy na etapie prób i błędów w gotowaniu zup. Jak mały się urodził to zaczęłam. I rozkochałam się w nich, bez pamięci. Mój syn nie jest miłośnikiem zup, to za duże słowo, ale chętnie je je. W zasadzie to nie wszystkie. Soczewicowej nie jestem w stanie wprowadzić do jego menu. Wciąż kategorycznie odmawia. Zmusza mnie za to do gotowania mu jednej z jego trzech ulubionych co kilka dni. Naprzemiennie przygotowuję rosół (z makaronem), pomidorową (z ryżem) i ogórkową (z dużą ilością ziemniaków). Aktualnie w lodówce mam zupę pomidorową, jak się skończy ugotuję ogórkową, a potem pewnie rosół. Może to nudne, ale mały przynajmniej jest usatysfakcjonowany.
Z zupą pomidorową mam jeden podstawowy problem. Zawsze wydaje mi się za mało pomidorowa. Nie lubię dodawać koncentratu, a pomidory w zimie mają mało intensywny smak, często jest tak samo z tymi z puszki. Znalazłam jednak sposób, do wywaru wrzucam suszone pomidory. One zawsze tak intensywnie pachną i smakują. Wywar na zupę pomidorową przygotowuję z:
1,5 l wody
3 plastrów schabu
5 pomidorów suszonych
1 średniego korzenia pietruszki
2 średnich marchewek
1 małej cebuli
Wszystkie składniki gotuję na małym ogniu, bez przykrycia, trochę ponad godzinę. Cebulę przed wrzuceniem do garnka opalam na ogniu. Gotowy wywar odcedzam i z powrotem wkładam do niego suszone pomidory, marchewkę i korzeń pietruszki. Wobec mięsa mam inne, niecne plany. Kolejnym krokiem jest przeobrażenie wywaru w zupę. Moja babcia gotowała pomidory i przecierała je przez sitko, dawała łyżkę masła, odrobinę cukru i odrobinę soli. Ja potrzebuję:
1 puszkę pomidorów
1 łyżkę masła
2 łyżki śmietany 12%
siekaną natkę pietruszki
sól
czarny pieprz
W sezonie staram się używać świeżych pomidorów. Pomidory z puszki (bez różnicy czy całe, czy siekane) przekładam do miski, dodaję do nich masło, sól i pieprz. Wyciągam blender i miksuję, przelewam do garnka. Dodaję śmietanę, oczywiście roztrzepując ją stopniowo z zupą tak, żeby się nie ścięła. Wlewam do garnka i obserwuję. Czekam, aż zupa prawie się zagotuje. Wtedy zdejmuję ją z gazu. Na sam koniec dosypuję posiekaną pietruszkę.
Do miski z ryżem wlewam pomidorówę, wołam dziecko i pytam się jak smakuje? Po chwili milczenia odpowiada jednym wyrazem, zabarwionym 100% pewnością: dobrze.
Z zupą pomidorową mam jeden podstawowy problem. Zawsze wydaje mi się za mało pomidorowa. Nie lubię dodawać koncentratu, a pomidory w zimie mają mało intensywny smak, często jest tak samo z tymi z puszki. Znalazłam jednak sposób, do wywaru wrzucam suszone pomidory. One zawsze tak intensywnie pachną i smakują. Wywar na zupę pomidorową przygotowuję z:
1,5 l wody
3 plastrów schabu
5 pomidorów suszonych
1 średniego korzenia pietruszki
2 średnich marchewek
1 małej cebuli
Wszystkie składniki gotuję na małym ogniu, bez przykrycia, trochę ponad godzinę. Cebulę przed wrzuceniem do garnka opalam na ogniu. Gotowy wywar odcedzam i z powrotem wkładam do niego suszone pomidory, marchewkę i korzeń pietruszki. Wobec mięsa mam inne, niecne plany. Kolejnym krokiem jest przeobrażenie wywaru w zupę. Moja babcia gotowała pomidory i przecierała je przez sitko, dawała łyżkę masła, odrobinę cukru i odrobinę soli. Ja potrzebuję:
1 puszkę pomidorów
1 łyżkę masła
2 łyżki śmietany 12%
siekaną natkę pietruszki
sól
czarny pieprz
W sezonie staram się używać świeżych pomidorów. Pomidory z puszki (bez różnicy czy całe, czy siekane) przekładam do miski, dodaję do nich masło, sól i pieprz. Wyciągam blender i miksuję, przelewam do garnka. Dodaję śmietanę, oczywiście roztrzepując ją stopniowo z zupą tak, żeby się nie ścięła. Wlewam do garnka i obserwuję. Czekam, aż zupa prawie się zagotuje. Wtedy zdejmuję ją z gazu. Na sam koniec dosypuję posiekaną pietruszkę.
Do miski z ryżem wlewam pomidorówę, wołam dziecko i pytam się jak smakuje? Po chwili milczenia odpowiada jednym wyrazem, zabarwionym 100% pewnością: dobrze.
poniedziałek, 25 lutego 2013
Tajemnicza mikstura
Wczoraj była
niedziela, ja w zasadzie powinnam ją nazywać dniem w kuchni. Jako
pełnoetatowy pracownik odprowadzający składki do ZUS-u i pełnoetatową kura domowa z dzieckiem, mam dużo na głowie i o wiele za mało
czasu. Zresztą po ośmiu godzinach w pracy, nie mam najmniejszej
ochoty gotować. W niedzielę gotuję na kilka dni. Wczoraj smażyłam
kotlety mielone, piekłam bułeczki i ugotowałam rosół z kury.
Rosół nie jest modny, ani nie jest specjalnie odkrywczym daniem,
jednak to ulubiona zupa mojego syna i przynajmniej raz w tygodniu
jestem zobligowana go ugotować. Jest najszybszą zupą na świecie.
Na początku studiów gotowanie jakiejkolwiek zupy wydawało mi się
tajemnym rytuałem. Czymś w rodzaju ważenia magicznej mikstury. Do
wielkiego gara wrzuca się warzywa, nazywane enigmatycznie
włoszczyzną i jakieś resztki ptaka domowego, który został za
jakiegoś krwawego obrzędu (czyt. porcja rosołowa). Jak wcześniej
wspominałam kompletnie nie umiała gotować. Na pewnym etapie mojego
życia rosół stał się koniecznością. Musiałam zostać
wtajemniczona. Rytuału poznania dokonał się dzięki mojej mamie i
telefonii komórkowej.
Teraz uważam go za
najszybszą i najprostszą zupę. Przepis mam swój, gotuję inaczej
niż moja mama. Jak przystało na zabieganą kobietę, zawsze mam
wszystko przygotowane i od pomysłu do pełnego garnka mija kilka
minut. Mój rosół to nie duży, aromatyczny garnek złotego płynu.
Do przygotowania
Rosołu z kury
potrzebuję:
1 odarte ze skóry
udko kurczaka
2 średnie marchewki
½ łodygi selera
naciowego
1 mały korzeń
pietruszki albo ½ pęczka natki
kawałek pora
1 małą cebulę
sól
pieprz
wegetę
Jest najszybszą zupą
dlatego, że mam zawsze obrane i zamrożone warzywa. Jak muszę taki rosół ugotować
to po prostu nalewam wody do garnka i wszystko co trzeba wrzucam do
środka. Natki pietruszki nie mrożę. Myję ją i obwiązuję
nitką. Oczywiście cebuli też nie trzymam w zamrażalniku. Przed
zatopieniem cebuli w garnku obieram ją i opalam na kuchence. Całość
na malutki ogniu gotuję przez dwie godziny bez pokrywki, zdejmuję
szumowinę. Pod koniec sypię trochę soli, trochę pieprzu i ze dwie
szczypty wegety, ot cała filozofia. Jak się nauczyłam to byłam
zaskoczona, że to aż takie proste.
Bardzo lubię zupy,
szczególnie takie geste. Moją faworytką jest zupa soczewicowa, ale
o tym innym razem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)












