Biorąc do ręki opakowanie kaszy jęczmiennej dostałam ostatnio przebłysku. Nie pamiętam kiedy jadłam krupnik. Chyba ze trzy lata go nie gotowałam. Wpadłam w pułapkę przygotowywania posiłków pod niejadka. Nie przyrządzałam dań z poza uniwersum jego menu.
Mieliśmy gościa na łikend, więc ugotowałam więcej niż zwykle rosołu, oczywiście przeholowałam. Zostało półtora litra złotego wywaru. Z triumfalnym uśmiechem zakomunikowałam, że przygotuję krupnik. Byłam mentalnie przygotowana na długą dyskusję pełną jęków i zawadzeń. Zaparłam się o szafki kuchenne, żeby nie odpuścić pozycji ani na milimetr i wtedy oberwałam prosto pod żebra. "Świetnie mamo, właśnie myślałem o krupniku!" Prawie osunęłam się na podłogę. Tak mnie zatkało, że zapomniałam języka w gębie. Na drugi dzień ugotowałam krupnik. Potrzebowałam do przygotowania zupy:
1,5 litra rosołu
2/3 szklanki średniej kaszy jęczmiennej
1 dużego ziemniaka
kawałek marchewki
2 listki laurowe
4 ziarna ziela angielskiego
sól
czarny pieprz
Postawiłam rosół na kuchence i zaczęłam go podgrzewać na małym ogniu z liściem laurowym i zielem angielskim. W między czasie umyłam, obrałam, pokroiłam ziemniaka w kostkę i marchewkę w plasterki. Wrzuciłam je do garnka, a kiedy były na wpół miękkie dosypałam kaszę. Gotowałam około 10 minut, zgasiłam, przykryłam i zostawiłam tak do obiadu. Kasza w ciepłym spęczniała. Po podniesieniu pokrywki doprawiłam.
Podałam zupę i uważnie liczyłam kęsy niejadka. Bez mrugnięcia okiem wsunął całą miskę. Jeszcze o wschodzie słońca myślałam, że blefuje. O zachodzie okazało się, że nastąpił w nim przełom kulinarny, jak tak dalej pójdzie to może skusi się na ser żółty albo żółtko z jajka, którego jest absolutnym wrogiem.