Dawno mnie tu nie było. Mimo najszczerszych chęci, rzucić gotowania nie potrafię i oczywiście nie mogę, bo jak nie ja to kto? Pomyślałam, że po miesięcznym urlopie od blogowania zacznę od czegoś małego i prostego. Nie leniłam się przez październik i całkiem sporo stałam przy garach i piekarniku. Zdjęcia też porobiłam, tylko zabrakło czasu na opisówkę.
Jak wielokrotnie pisałam mam wyjątkowo upartego niejadka w domu. Staram się nie dawać mu w ogóle słodyczy, a jak już to takie przygotowane w domu. Niestety czekoladowe jogurty nie wspomagają apetytu. Któregoś dnia rano zjadł śniadanie, całkiem grzecznie i bez marudzenia, co jak na niego było dziwne, a potem bez jęczenia wciągnął cały talerz zupy. Pomyślałam, że trzeba mu jakiś deser przygotować. Niejadek lubi wszystko co suche, w czołówce jego ulubionych produktów jest ciasto francuskie. Został mi kawałek gotowego w lodówce z tarty, którą przygotowałam dzień wcześniej. W tym miejscu powinnam się przyznać, że nigdy nie miałam odwagi przygotować tego ciasta sama.
Pomyślałam o ciasteczkach. Wszystkie wypieki z ciasta francuskiego smarowałam zawsze żółtkiem z dodatkiem mleka. Zbiesiłam się jednak i powiedział nie. Po prostu nie chciało mi się bawić z jajkiem. Pokroiłam ciasto na kwadraty 2x2 cm. Ułożyłam na blaszce wyścielonej papierem do pieczenia, posmarowałam samym mlekiem i na każdym płatku ciasta położyłam migdał. Na koniec posypałam cukrem trzcinowym.
Ciastka nie było dużo, zmieściły się na spodku od filiżanki. Niejadek zbliżył się niechętnie i z niepokojem w oczach spróbował. Potem zachował się jak wytrawny złodziej i za moimi plecami opędzlował całą porcję. Nawet nie połapałam się kiedy mu się to udało. Jedno na szczęście spróbowała, zanim go zawołałam. Wyszły nieźle. Pieczone migdały są przepyszne, a w razie niespodziewanej wizyty... No cóż 20 minut roboty i voilà!
Translate
poniedziałek, 10 listopada 2014
poniedziałek, 29 września 2014
Urodzinowe paszteciki
W zeszłym roku na swoje urodziny postanowiłam upiec do pracy ciasto. Niestety przez urok, przypadkowo rzucony nic z tego nie wyszło. Jedno było zakalcem, a drugie za mocno się spiekło. W tym roku postanowiłam nie ryzykować i zrobić coś na słono i w mniejszym formacie. Padło na paszteciki.Oczywiście jak to co roku bywa, musiało coś nawalić. Tym razem nigdzie nie było pieczarek. Udało mi się kupić tylko 25dag. Zaplanowałam połowę pasztecików z pieczarkami, a drugą połowę ze szpinakiem. Niestety większość zrobiłam z zielonym nadzieniem. Na braki w zaopatrzeniu w okolicznych sklepach nic nie da się poradzić.
Najpierw przygotowałam farsze. Pieczarki obrałam i pokroiłam w plastry i jeszcze na pół. Potrzebna była jeszcze duża cebula. Pokroiłam ją w kostkę i podsmażyłam, dodałam pieczarki, posoliłam i smażyłam, aż był miękkie, na koniec posypałam czarnym pieprzem.
Szpinak miałam mrożony. Gotowałam go na wolnym ogniu, żeby odparować jak najwięcej wody. Dodałam do niego trzy wyciśnięte ząbki czosnku, sól i pieprz. Kiedy większość wody zniknęła dodałam pół kostki fety i gotowałam jeszcze jakieś piętnaście minut.
Kluczowe było ciasto. Do jego przygotowania potrzebowałam:
0,5kg mąki pszennej
0,5 kostki świeżych drożdży
2 jajka
ciepłą wodę
sól 2 łyżki oleju słonecznikowego
żółtko
odrobinę mleka
W przesianej mące zrobiłam dołek i wlałam rozrobione drożdże. Kiedy urosły dodałam jajka, wodę i sól. Pod koniec wyrabiania dodałam olej. Ciasto zostawiłam do wyrośnięcia i włączyłam piekarnik ustawiając go na 200 stopni. Kiedy ciasto wyrosło dzieliłam je na części i rozwałkowywałam na szerokie pasy. W środkowej części układałam farsz, zlepiałam brzegi i smarowałam ciasto z wierzchu żółtkiem rozrobiony z odrobiną mleka. Następnie kroiłam "roladę" na paski i układałam na papierze do pieczenia. Trzymałam w piekarniku, aż miały złoty kolor i wyglądały jak na poniższym zdjęciu.
poniedziałek, 8 września 2014
Bułeczki z bakaliami
Niestety perspektywa spaceru była prawie pewna, ponieważ nie miałam ani grama pieczywa. Zrezygnowana pokręciłam się po kuchni i uznałam, że zrobię słodkie bułeczki drożdżowe. Problemem okazały się drożdże. Miałam paczkę suchych, niestety otwartą, ale praktycznie całą. Nie pamiętam do czego ich mogłam używać, przecież przez całe wakacje nie piekłam. Postanowiłam zaryzykować. Nie chciałam robić nudnych bułeczek z kruszonką. Postanowiłam dodać garść mieszanki studenckiej i trochę suszonej żurawiny.
Do przygotowania bułeczek potrzebowałam:
450g mąki pszennej
1 opakowanie suchych drożdży
2 jajka
3 łyżki miodu
ciepłe mleko
szczyptę soli
garść bakalii
Do posmarowania:
żółtko
odrobina mleka
Wyrobiłam ciasto mieszając wszystkie składniki prócz bakali i odstawiłam, żeby wyrosło. W między czasie rozbełtałam żółtko z odrobiną mleka i nastawiałam piekarnik na 200 stopni. Wyrośnięte ciasto zagniotłam jeszcze raz, tym razem dodając bakalie i uformowałam małe kulki. Ułożyłam je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, posmarowałam żółtkiem z mlekiem i wstawiłam do piekarnika. Piekłam aż zrobiły się złote. Najfajniejsze były w bułeczkach pieczone fistaszki.
środa, 27 sierpnia 2014
Gulasz wołowy
Przez wyjazdy i rozjazdy, nie bardzo miałam okazję ostatnio pogotować. I bardzo nieszczęśliwa jestem z tego powodu.Na szczęście wszystko wraca powoli do normy i zaczynam kręcić się po kuchni. Chodził za mną od jakiegoś czasu gulasz wołowy. Przez dobry tydzień szłam do sklepu po mięso i coś cały czas się nie chciało kupić. W końcu jednak kupiłam całkiem przyzwoitą porcję mięsa na gulasz i się zaczęło. Chciałam, żeby był ostry, ale nie za bardzo. Do jego przygotowania potrzebowałam:
400g mięsa wołowego
1 czerwoną cebulę
3 ząbki czosnku
1 średnią zieloną paprykę
2 łyżki mąki żytnie
1 łyżkę białej gorczycy
czarny pieprz
sól
1 wysuszoną papryczkę chilli
łyżka oleju słonecznikowego
Mięso pokroiłam w kostkę i podsmażyłam na oleju. Kiedy jego kolor zrobił się intensywnie brązowy dodałam cebulę pokrojoną również w kostkę. Gdy ta się ze szkliła zalałam zawartość garnka wodą, tak żeby dokładnie wszystko przykryło. Wrzuciłam gorczycę i chilli. Z zieloną papryką wolałam poczekać, żeby się nie rozgotowała.
400g mięsa wołowego
1 czerwoną cebulę
3 ząbki czosnku
1 średnią zieloną paprykę
2 łyżki mąki żytnie
1 łyżkę białej gorczycy
czarny pieprz
sól
1 wysuszoną papryczkę chilli
łyżka oleju słonecznikowego
Mięso pokroiłam w kostkę i podsmażyłam na oleju. Kiedy jego kolor zrobił się intensywnie brązowy dodałam cebulę pokrojoną również w kostkę. Gdy ta się ze szkliła zalałam zawartość garnka wodą, tak żeby dokładnie wszystko przykryło. Wrzuciłam gorczycę i chilli. Z zieloną papryką wolałam poczekać, żeby się nie rozgotowała.
Gdy mięso zrobiło się miękkie, zagęściłam gulasz mąką żytnią, dodałam sól i czarny pieprz. Początkowo chciałam do gulaszu podać kaszę gryczaną, jednak odkryłam w szafce makaron razowy i zmieniłam zdanie. Druga porcja była z dietetycznymi plackami ziemniaczanymi, ale o tym innym razem.
środa, 20 sierpnia 2014
Ryżowe łakocie z jabłkami
Ostatnio mój przyjaciel przeczytał artykuł o pszenicy, z którego to wynikało, że jest ona największy możliwym złem jakie konsumujemy. Ponoć po II Wojnie Światowej została zmodyfikowana do tego stopnia, że jej skład się całkowicie zmienił. Produkuje się jej teraz bardzo dużo i w zasadzie jest we wszystkim. Brzmi to trochę jak teoria spiskowa. Jednak jak się nad tym zastanowić, to pszenica jest we wszystkim. Wystarczy iść na dział z batonikami. Prócz "smaku raju" i "pawełków z kolegami" we wszędzie możemy ją znaleźć. Ponoć powoduje chroniczne bóle stawów i inne schorzenia. Mój przyjaciel oczywiście od razu postanowił zrezygnować z tej trucizny i zapowiedział koniec spożycia!
Postanowiłam się przychylić do manifestu i też spróbować. Zupełnie przypadkiem kupiłam tego dnia papierówki, i zupełnie przypadkiem postanowiłam coś upiec. Wymyśliłam sobie mąkę ryżową. Nie miałam jej w domu, ale miałam biały ryż. Zaczęłam go mielić w takim mikserze, co ze wszystkiego robi papkę. Żaren nie miałam pod ręką niestety. Mąka z ryżu wyszła grubo ziarnista, ale się tym nie przejęłam. Nie wiem skąd przyszedł mi pomysł na drożdże. Miała być bez glutenowo przecież, ale cóż... Do mojej pierwsze, nie do końca udanej próby wyrzeknięcia się pszenicy użyłam:
500g mąki ryżowej
1/2 szklanki mąki pszennej
1 paczkę suchych drożdży
mleko
kilka papierówek
i powinnam 1/2 szklanki cukru
Kilka dni wcześniej kupiłam małą, sylikonową foremkę w kształcie mufinki. Połowę ciasta, które mi zostało ułożyłam w niej, przykryłam plastrami papierówek, i położyłam resztę na wierzchu. Wyszedł mini torcik. Przy drugiej próbie kupię w sklepie porządnie zmieloną mąkę ryżową i nie zapomnę o cukrze.
Postanowiłam się przychylić do manifestu i też spróbować. Zupełnie przypadkiem kupiłam tego dnia papierówki, i zupełnie przypadkiem postanowiłam coś upiec. Wymyśliłam sobie mąkę ryżową. Nie miałam jej w domu, ale miałam biały ryż. Zaczęłam go mielić w takim mikserze, co ze wszystkiego robi papkę. Żaren nie miałam pod ręką niestety. Mąka z ryżu wyszła grubo ziarnista, ale się tym nie przejęłam. Nie wiem skąd przyszedł mi pomysł na drożdże. Miała być bez glutenowo przecież, ale cóż... Do mojej pierwsze, nie do końca udanej próby wyrzeknięcia się pszenicy użyłam:
500g mąki ryżowej
1/2 szklanki mąki pszennej
1 paczkę suchych drożdży
mleko
kilka papierówek
i powinnam 1/2 szklanki cukru
Nie
do końca pamiętam ile mleka wlałam. Ciasto miało odpowiednią
konsystencję. Zapomniałam niestety o cukrze i babeczki były nieco
bez smaku. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że odrobina miodu czy
słodkiego dżemu rozwiązywała problem. Wyrobione ciasto
odstawiłam, żeby urosło. Kiedy znacznie zwiększyło swoją
objętość, przełożyłam je do foremek i ułożyłam na nim
kawałki papierówek. Piekłam w ok.200°C, aż zrobiły się
rumiane.
Kilka dni wcześniej kupiłam małą, sylikonową foremkę w kształcie mufinki. Połowę ciasta, które mi zostało ułożyłam w niej, przykryłam plastrami papierówek, i położyłam resztę na wierzchu. Wyszedł mini torcik. Przy drugiej próbie kupię w sklepie porządnie zmieloną mąkę ryżową i nie zapomnę o cukrze.
czwartek, 7 sierpnia 2014
Tradycyjny, letni, polski obiad
Jak myślimy o typowym letnim obiedzie to co przychodzi nam na myśl? Oczywiście świeże warzywa. W lecie najbardziej cieszą mnie młode ziemniaki ze śmietaną czy maślanką albo ziemniaki, a do nich mizeria z pachnących ogórków. W ciepłe miesiące objadam się bobem i arbuzami (tylko wtedy mają przyzwoite ceny i smakują tak jak powinny). Myśląc o typowym, letnim obiedzie przychodzi mi na myśl przede wszystkim jedno połączenie. Młode ziemniaki, fasolka szparagowa i jajko sadzone. Jeszcze na początku studiów nie mogłam zdzierżyć fasoli, nie znosiłam jej! Na szczęście człowiek mądrzej. Teraz nie wyobrażam sobie przeżyć lata bez niej. Jest jej wiele gatunków. Ostatnio dostałam fioletową, która podczas gotowania robi się zielona i nakrapianą, której we wrzątku znikają plamki. Obie były pyszne i bez łyka. Przygotowuję fasolkę szparagową nieco inaczej niż większość. Nie podaję jej z bułką tartą, podsmażoną na maśle. Po prostu gotuję ją w osolonej wodzie i masłem. Ma wtedy lekko słodkawy smak.
Oczywiście do fasolki muszą być młode ziemniak. Obskrobane, a nie obrane, bezwzględnie posypane świeżym, posiekanym koperkiem. Zawsze można je jeszcze dodatkowo polać śmietaną albo jogurtem naturalny. To jednak kwestia smaku i przyzwyczajeń jakie zabieramy ze sobą z domu.
Oczywiście do fasolki muszą być młode ziemniak. Obskrobane, a nie obrane, bezwzględnie posypane świeżym, posiekanym koperkiem. Zawsze można je jeszcze dodatkowo polać śmietaną albo jogurtem naturalny. To jednak kwestia smaku i przyzwyczajeń jakie zabieramy ze sobą z domu.
Na koniec oczywiście jajko sadzone. Żeby było udane musi mieć płynne żółtko. A jeśli ma mieć idealne białko bez śladów przypieczenia trzeba usmażyć je na oleju. Tylko kto będzie przekładał wygląd nad smak? Lekki, letni obiad gotowy.
piątek, 1 sierpnia 2014
Arachidowe pesto dla niejadka
Wielokrotnie pisałam, że mam w domu niejadka. Próby podsunięcia czegoś nowego pod pyszczek spotykają się z reguły ze stanowczym i ostentacyjnym: NIE! Jednak jest na niego pewna metoda. Jak uda się wcisnąć mu jednego kęsa i jeśli mu posmakuje... To czasem nawet prosi o dokładkę. Poza tym ostatnio oglądał ze mną programy kulinarne w telewizji. Wszystkiego tam próbowali i w dodatku dzieci gotowały. Postanowiłam wykorzystać chwilę zapału i dałam mu do spróbowania listek bazylii. Posmakowało! Opowiedziałam o pesto, nie takim prawdziwym, tylko takim na potrzeby niejadka. Pomysł przypadła do gustu i został zaakceptowany.
Miałam trochę ciasta makaronowego w lodówce. Rozwałkowany placek mógł sam przepuścić przez maszynkę i zrobić nitki. Pesto sam miksował i sam wrzucał wszystkie składniki do maszyny rozdrabniającej. Nie ucieraliśmy, zbyt duży nakład pracy, zbyt szybko by się znudził. Do przygotowania arachidowego pesto potrzeba:
1/2 krzaczka bazylii
100g orzeszków ziemnych nie solonych
4 łyżki oleju arachidowego
sól
Jak wspomniałam wyżej, wszystko zostało zmiksowane na papkę. Soli użyłam bardzo mało. Gotowe pesto zmieszałam z gorącym, odcedzonym makaronem i obiad był gotowy. Potrawa się przyjęła. Poniżej nasz pierwszy po urlopowy obiad, wersja dla mamy, dziecko jada bez parmezanu oczywiście.
Miałam trochę ciasta makaronowego w lodówce. Rozwałkowany placek mógł sam przepuścić przez maszynkę i zrobić nitki. Pesto sam miksował i sam wrzucał wszystkie składniki do maszyny rozdrabniającej. Nie ucieraliśmy, zbyt duży nakład pracy, zbyt szybko by się znudził. Do przygotowania arachidowego pesto potrzeba:
1/2 krzaczka bazylii
100g orzeszków ziemnych nie solonych
4 łyżki oleju arachidowego
sól
Jak wspomniałam wyżej, wszystko zostało zmiksowane na papkę. Soli użyłam bardzo mało. Gotowe pesto zmieszałam z gorącym, odcedzonym makaronem i obiad był gotowy. Potrawa się przyjęła. Poniżej nasz pierwszy po urlopowy obiad, wersja dla mamy, dziecko jada bez parmezanu oczywiście.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




