Jakiś czas temu zobowiązałam się przygotować kolację dla kilku znajomych, którzy ostatnimi czasy pracują dużo na świeżym powietrzu. Przynajmniej mamy niespotykanie ciepły październik, pogoda sprzyja i można sobie na takie wyczyny pozwolić. Nie zmienia to faktu, że praca jest ciężka i trzeba porządnie zjeść. Wszystko było by ok, gdyby nie seria katastrofalnych awarii jaka mnie dotknęła. Termostaty na wszystkich kaloryferach zaczęły przeciekać, pod brodzikiem zaczęła zbierać się woda, a w kuchni zaczęło śmierdzieć gazem. Oczywiście najpoważniejsza była sprawa z gazem. Miałam nadzieję ją szybko załatwić. Według pana, który sprawdzał instalację, coś było nie tak z podłączeniem płyty. Po kolejnym zbadaniu wycieków, okazało się, że cała instalacja jest do wymiany. Po jej wymianie dalej śmierdziało gazem. Okazało się, że kurki na płycie są nieszczelne i muszę oddać ją do reklamacji. Nie było by to takie straszne gdyby nie brak paragonu. Tym sposobem prawie od trzech tygodni jestem bez kuchenki. Na szczęście mam piekarnik, mikrofalówkę i czajnik elektryczny.
Wracając do kolacji. Pole popisu miałam ograniczone. Zaworu z gazem nie ruszałam, a jedzenie trzeba zrobić. Postanowiłam wypłynąć na szerokie, nieznane wody i przygotować coś czego się strasznie boję. Zapiekankę. Już kiedyś wspominałam, że to danie nigdy mi nie wychodzi. Najczęściej kończy się na tym, że ziemniaki są surowe albo wszystko pływa w sokach, które nie mają pewnego źródła. Byłam mentalnie przygotowana na pułapki i wiedziałam jak ich uniknąć. Do przygotowania prawdziwie męskiej zapiekanki potrzeba:
1kg ziemniaków
200g kiełbasy
2 średnie cebule
3 jajka
2 kopiaste łyżki śmietany 18%
400g pieczarek
150g tartej mozzarelli do zapiekania
masło
czarny pieprz
sól
Żeby uniknąć twardych ziemniaków, musiałam je obgotować. Bez kuchenki to nie jest takie łatwe. Obrane i pokrojone w plastry kartofle włożyłam do naczynia żaroodpornego, zalałam wodą, przykryłam i wstawiłam do mikrofalówki ustawionej na 700W na całe 20 minut. Po odcedzeniu okazały się na wpół dobre. Pieczarki pokroiłam w plastry, cebulę i kiełbasę w kostkę. Kamionkową formę wysmarowałam masłem i ułożyłam w niej ziemniaki na przemian z pieczarkami w rzędach. Na wierzch wysypałam cebulę i kiełbasę. Żeby uniknąć drugiej pułapki, uznałam, że muszę zrobić gęstą zalewajkę. Pieczarki przecież wodę puszczają. Dlatego użyłam gęstej śmietany 18%. Dwie spore łyżki dodałam do rozbitych jajek, przyprawiłam solą i świeżo mielonym czarnym pieprzem, a następnie dokładnie połączyłam i wylałam na zawartość kamionki. Na koniec posypałam wszystko mozzarellą. Piekarnik ustawiłam na 200° C i zapiekałam jakieś pół godziny. Byłam strasznie zaskoczona, kiedy okazało się, że zapiekanka wyszła. Podałam do niej ogórki kiszone i dla spragnionych mocnych wrażeń ostrą musztardę.

Kilka dni temu oglądałam Master Chefa, wydanie australijskie. W kolejnym z zadań uczestnicy piekli chleb dla restauracji. Jednym z wypieków było pieczywo z czarnymi oliwkami. Narobiłam sobie takiej ochoty, że w łikend musiałam spróbować. Przejrzałam kilka przepisów i jak zwykle zrobiłam po swojemu. Oczywiście nie obeszło się bez wpadki. Do przygotowania ciasta potrzebowałam:
500g mąki pszennej typ 750
1 opakowanie suchych drożdży
ok. 200ml ciepłej wody
ok. 70g czarnych oliwek bez pestek
sól
Z ciastem poszło mi szybko i sprawnie. Mąkę przesiałam do miski, dodałam drożdże, sól, wlałam wodę. Potraktowałam wszystko mikserem i dodałam posiekane oliwki. Jeszcze na moment włączyłam mikser, a potem zaczęłam wyrabiać dłońmi. Zajmowałam się tym ciastem w ten sam sposób co ciastem na pizzę i wyrabiałam je tak długo na blacie, aż było idealnie elastyczne. Odstawiłam na półgodziny, żeby wyrosło.
W między czasie wstawiłam do piekarnika frytki dla niejadka i tu się zaczęły problemy. Jak wyjęłam blaszkę, bezwiednie przekręciłam pokrętło z temperaturą do zera. Włożyłam kamień do środka i zaczęłam porcjować ciasto. Ostatni dostałam bardzo fajną foremką do wycinania ravioli, tak mi przypadła do gustu, że wszystko nią wycinam. Bułeczki z oliwkami też. Ciasto rozwałkowałam na grubość ok. centymetra i wykrajał serduszka, które odkładałam na czystą ścierkę, gdzie sobie jeszcze powoli rosły. Kiedy skończyłam włożyłam połowę do piekarnika. Po kilku minutach zorientowałam się, że nie bardzo chcę rosnąć, a wtedy okazało się, że temperatura spadła do pięćdziesięciu stopni. Naprawiłam błąd, ale nie do końca zmieściłam się w czasie, musiała wyjść z domu. Resztę bułeczek zostawiłam przykryte materiałem i upiekłam jak wróciłam. Piekarnik rozgrzałam do 250° C i ułożyłam je na kamieniu na jakieś 10 minut. Smaczne wyszły, wdaje mi się, że to dzięki mące.
Nie znam się kompletnie na grzybach, za to lubię je jeść. Nigdy ich nawet nie zbierałam, nie licząc jednego wypadu. Miałam kilka lata i z mamą pojechałam do rodziny na Litwę. Był to czas zaraz po Czarnobylu. Pamiętam jak przez mgłę, że wybraliśmy się do lasu i zbieraliśmy kurki, było ich strasznie dużo. Ludzie przy drogach sprzedawali je na worki. Tymczasem tu i teraz gotuję. Zdarza mi się robić coś ze wspomnianych kurek, ale w zasadzie to wolę pieczarki, które chyba grzybami nie są. Jakiś czas temu zrobiłam sobie kasze gryczaną z nimi. Wyszła mi świetna. Opędzlowałam całą patelnię za jednym zamachem. Postanowiła, że jak przyjdzie jesień i zacznie się sezon to zrobię to samo tylko z prawdziwymi grzybami.
Poszłam na targowisko i oniemiałam. Tyle grzybów to ja już dawno nie widziałam. Ponoć w tym roku jest dobry sezon. Nie miałam pojęcia, które wybrać. Podgrzybki mi ładnie wyglądały. Kupiłam ich chyba z 200g, ale pewna nie jestem. Całkiem nieżle smakowały, ale chyba bardziej nadają się do słoika z octem niż do kaszy. Bądź co bądź jak kupiłam to zrobiła. Następnym razem przetestuję borowiki. Do przygotowania moich grzybków z kaszą potrzeba:
100g kaszy gryczanej
200g grzybów leśnych
1 średnia cebula
natka pietruszki
masło
olej
sól
pieprz czarny
Grzyby oczyściłam z listków i innych gałązek, a potem obgotowałam. Trzymałam je w garnku jakieś 5 minut. W między czasie podsmażyłam na maśle z dodatkiem oleju cebulę na złoto. Odsączone grzyby przełożyłam na patelnię, odrobinę posoliłam i smażyłam, kiedy uznałam, że już im wystarczy dodałam pieprzu. Wsypałam do nich kaszę gryczaną, dodałam pół łyżki masła i dużo siekanej natki pietruszki. Tyle, obiad był gotowy.
W sobotę rano wybrałam się na lokalny placyk po orzechy. Spacer między straganami dobrze mi zrobił. Ostatnio czułam się wyzuta z pomysłów na gotowanie, a tu... Jesień przyszła i asortyment na straganach diametralnie się zmienił. Pełno jest skrzynek z orzechami. Gruszki i jabłka, a ile odmian. Śliwki mieniące się na fioletowo. Olbrzymie dynie i grzyby. Na grzyby nastawiłam się strasznie, ale o tym następnym razem. Skoro przyszedł łikend postanowiła, że zrobię coś na słodko. Dawno o tym nie pisałam, wysokie temperatury nie nastrajają do pieczeni. W końcu po co przy czterdziestu stopniach w słońcu dogrzewać się dwustoma z piekarni.
Mowa o niczym innym jak moich kochanych babeczkach. Uznałam, że do tak pięknego słonecznego dnia będą pasowały takie ze słodką gruszką. Nie zastanawiałam się długo. Kupiłam dużą, słodką, odrobinę miękką gruszkę i jak tylko wróciłam do domu, to wzięłam się za pieczenie. Do przygotowania takich babeczek potrzeba:
100g masła
200g cukru
1 jajko
1/2 torebki cukru wanilinowego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 szklanki mąki
ok. 1 1/2 szklanki mleka
2 rządki gorzkiej czekolady
1 dużą miękką gruszkę
2 szczypty cynamonu
Miękkie masło utarłam z cukrami i dodałam do nich żółtko, a białko zostawiłam w osobnej misce do ubicia na sztywno. Do masy z żółtkiem przesiałam mąkę z proszkiem do pieczenia, wlałam mleko, starłam czekoladę i wsypałam cynamon. Gruszkę umyłam, obrałam i pokroiłam w drobną kostkę, a czekoladę starłam prosto do miski na dużych oczkach. Wszystko razem połączyłam, a na koniec, delikatnie mieszając dodałam sztywne białko. Piekłam babeczki w 180° C przez około 15 minut. Wyszły niezłe. Dostałam nawet pochlebną recenzję od mojego niejadka, który po skosztowaniu małego kęsa, wszedł do kuchni i powiedział. Mamo jakie smaczne babeczki, mają pyszny smak. Po pięciu minutach wrócił i stwierdził. Mamo dostanę nagrodkę za to, że powiedziałem, że babeczki z gruszką są smaczne. Ot lizus interesowny.
Jak każdy raz w roku mam urodziny i raz w roku wszystko musi pójść nie tak. To jest dzień w którym mogę być pewna, że coś się będzie działo i to na sto procent nie tak jakbym tego chciała. Były pomylone rezerwacje, goście którzy nie przyszli, braki w barku, spóźnienia, awantury i cała masa nieprzyjemnych scen. Przez lata się trochę tego nazbierało. Nauczona doświadczeniem uznałam, że imprez nie będzie, upiekę tylko ciasto i wezmę do pracy. Wymyśliłam, że ciasta będą dwa. Jedno migdałowe, które uwielbia i wszyscy mi znajomi też, duża blach rozchodzi się w kilkanaście minut. Problem z tym ciastem jest jeden, przygotowanie go jest czasochłonne. Poza tym przepis mam z niemieckiej książki, a sposób ich pisania jest rozwlekły, więc zanim doczytam do końca, to zawsze jakiś element pominę. W tym roku zapomniałam o drożdżach i wrzuciłam je w zasadzie w ostatniej chwili.
Drugie ciasto jakie chciałam upiec było z wiśniami. Nie skomplikowane, z książki o słonych i słodkich wypiekach, o której wspominałam w poście o brunetce. Wszystko byłoby super gdyby nie zbieg niefortunnych okoliczności. Po pierwsze moje urodziny, a po drugie, koleżanka mi ciasta przeklęła. Nie zrobiła tego specjalnie, ale muszę trzy razy bardziej uważać jak mi mówi, że wiesz "jak się będziesz starać to ci nic z tego nie wyjdzie". I tak było. Ciasto z migdałami się zbyt mocno przypiekło, a z ciasta z wiśniami wyszedł zakalec. O zakalcu napisze następnym razem. Tym czasem wracając do ciasta migdałowego.
Przepis jest niemiecki. Pamiętam je z przeszklonych lad w piekarniach na zachodzie. Jest absolutnie pyszne i pachnące. Mam tylko problem z przepisem. Dlatego teraz zanotuję go po swojemu i przy następnej akcji pieczenia będę z komputera korzystać. Do przygotowania ciasta z migdałami potrzeba:
225 ml ciepłego mleka mleka
500 g mąki
sól
50 g cukru
1 opakowanie cukru wanilinowego
1 żółtko
skórka z jednej cytryny
70 g masła
42 g świeżych drożdży
Przygotowanie ciasta jest całkiem proste. Mąkę mieszamy z solą, cukrem, cukrem wanilinowym, skórka z cytryny. Wbijamy żółtko, dodajemy miękkie masło, wlewamy ciepłe mleko i kruszymy drożdże. Miksujemy ciasto, a na koniec wyrabiamy je dłońmi, aż będzie gładkie i elastyczne. Obsypujemy je mąką i zostawiamy na pół godziny w misce. Kiedy podrośnie, znowu je zagniatamy i zostawiamy na kolejne pół godziny. W między czasie, trzeba nasmarować dużą blachę tłuszcze i wsadzić kostkę masła do zamrażalnika. Ciasto które jest dwa razy większe wykładamy na blachę i robimy w nim dołki łyżeczką. Blachę przykrywamy i pozwalamy mu jeszcze urosnąć. Do skończenia ciasta potrzeba:
150 g płatków migdałów
1 kostkę masła
150 g cukru
Na wyrośnięte ciasto trzeba wysypać migdały, na tarce z dużymi oczkami zetrzeć zmrożone masło i posypać wszystko cukrem. Potem już tylko wstawić ciasto do piekarnika rozgrzanego do 200° C i trzymać je tam przez jakieś 25 minut. Warto go pilnować, żeby się nie spiekło.
Przez kilka dni zastanawiałam się o czym będzie czwartkowy post. Początkowo chciałam napisać o typowym polskim obiedzie. Usmażyłam kotlety schabowe, już miałam robić surówkę, która tematycznie by pasowała, ale stwierdziłam, że nie! Ostatnio bardziej niż kotlety i kombinowanie co będzie na obiad zajmuje mnie inna rzecz. Jeśli ktoś do mnie zagląda to pewnie zauważył, że od pewnego czasu prowadzę drugi blog. Założyłam go w zasadzie dla siebie i nikomu nic nie mówiłam. Chciałam zrobić sama dla siebie dziennik kanapek, które jem. Powodów było kilka. Pierwszy wziął się z wojaży.
Jak ostatnio byłam w Niemczech to zauważyłam, że można na każdym rogu kupić pyszne, świeże kanapki, które przede wszystkim nie są nudne. Nie ma tam sera żółtego z "szynką" i sosem do hamburgerów, tylko kanapki z łososiem i świeżymi warzywami albo z serem pleśniowym i suszonymi pomidorami. Nikt tych kanapek nie maltretuje folią spożywczą, tylko są pakowanie w papierowe torebki. Postanowiłam, że jak zjem dobrą kanapkę na mieście to o niej napiszę.
Po drugie na subiektywnie w kuchni z premedytacją nie umieszczam zdjęć. Lubię moje rysunki i to one wyświetlają się pod postami, jeśli ktoś jest głodny fotek to są one na fb, tymczasem kanapka zjedzona jest pełna dokumentacji fotograficznej, co mnie cieszy.
Po trzecie, zawsze mi się wydawało, że nie potrafię zrobić fajnej kanapki. Myślałam, że to domena facetów, takie kilku warstwowe przekąski ze wszystkim. Okazało się, że zaczyna mi to coraz lepiej wychodzić. I jak mówi mój syn "Jak mama zrobi kanapkę to mucha nie siada". Miałam jeszcze kilka powodów, ale tych upubliczniać nie będę.
Oba blogi się od siebie różnią, ale są ze sobą powiązane. Często opisują jakąś potrawę na subiektywnie, a potem prezentują jej wykorzystanie na kanapce. Dzisiaj też tak będzie. Jakiś czas temu chwaliłam się na fb książką Kuchnia żydowska. Znalazłam w niej przepis na bajgle i na jego podstawie je wczoraj upiekłam. Do ich przygotowania potrzebowałam:
1 łyżkę suszonych drożdży
2 łyżki cukru pudru
50 ml oleju rzepakowego
1 łyżeczkę soli
225 ml wody
500 g mąki pszennej
2 jajka
sezam
Drożdże z jedną łyżką cukru wsypałam do miski. Resztę cukru z olejem, wodą i solą podgrzałam na kuchence ciągle mieszając. Kiedy cukier całkiem się rozpuścił, ciepłą ciecz przelałam do miski, którą przykryłam bawełnianą ścierką. W międzyczasie do miski wsypałam mąkę i roztrzepałam jedno jajko na talerzu. Wyrośnięte drożdże na zmianę z jajkiem dodawałam do mąki, aż utworzyła się kulka gładkiego i elastyczne ciasta. Miskę wysmarowałam olejem i zostawiłam ciasto do wyrośnięcia na dwie godziny. Po wyjęciu z miski delikatnie je wygniotłam na stolnicy posypanej mąką. Podzieliłam na dwanaście części i zrobiłam z nich ruloniki. Jedną z końcówek moczyłam w wodzie i sklejałam mocno z drugą, tak powstały "oponki". Na desce posypanej mąką zostawiłam je na 25 minut pod przykryciem. W dużym garnku zagotowałam wodę, roztrzepałam drugie jajko z odrobiną soli i wyjęłam z szafki sezam. Oponki wrzucałam do wrzątku na około jedną minutę i przekładałam na blaszkę wysmarowaną tłuszczem. Smarowałam je jajkiem i posypywałam sezamem, a potem na jakieś piętnaście minut trafiały do piekarnika rozgrzanego do 200° C. Co z nimi zrobię w trakcie śniadania? O tym napiszę na kanapce.

Pierogi. Z czym by nie były ich przygotowanie jest zawsze czaso- i pracochłonne. Osobiście lubię to zajęcie, jeśli oczywiście nie mam ograniczeń, a z tym u mnie ostatnio krucho. Jednak tak stęskniłam się za pierogami domowej roboty, że nie mogłam sobie odpuścić. W piątek przygotowałam farsz, z myślą o lepieniu w sobotę od samego rana. Początkowo miały być tylko ruskie, ale jak w sobotę wdepnęłam "tylko po chleb" do sklepu spożywczego, to kupiłam jeszcze szpinak.
Plan miałam idealny. Praktycznie wszystko przygotowane, ale... To nie do końca był mój dzień. Wszystko mi się w czasie rozłaziło i wypadało z rąk. Potłukłam nawet miskę szklaną. Tak nawiasem mówiąc nie widziałam, żeby szkło rozbiło się na taką drobinę igieł. Co dziwne spadła mi z jakichś dziesięciu centymetrów. Wracając do tematu pierogów. Chyba zbyt długo jadłam kupowane. Farsz zrobiłam do ruskich a'la ten de lux z garmażerki, czyli z boczkiem. Wyszły dobre, ale to jednak nie mój smak. Ciekawym i wielbicielom boczku proponuję spróbować. Szpinak chciałam zrobić na gęsto, tak jak zwykle go robię, tyle że trochę bardziej odparowany. Otworzyłam lodówkę i zobaczyłam otwartą paczkę tartej mozzarelli do zapiekania. Pomyślałam, że w sklepie sprzedają taki ze szpinakiem i serem, to też spróbuję. Pomysł był dobry i całkiem smaczny, tylko ten farsz śmierdział mi jak stare skarpety i zwątpiłam w niego. Efekt był taki, że ulepiłam kilka, a resztę ciasta i resztę szpinaku zostawiłam w lodówce. Szpinak chyba zapiekę z makaronem, a z ciasta zrobię klasyczne ruskie. Te mi nie bardzo podeszły. Ser biały był za kwaśny. No, cóż ta sobota nie była moim dniem.
Od pierwszych moich pierogów zawsze robię to samo ciasto z książki i w taki sam sposób. Potrzeba do jego przygotowania:
3 szklanek mąki pszennej
1 żółtko
wrzątek
sól
Na płaskiej powierzchni usypuję wulkan z mąki, posypuję go solą i zaczynam do dołka powoli wlewać wrzątek, zagarniając mąkę z zewnątrz do środka. Jak prawie cała jest zagarnięta, pozwalam "błotku" trochę wystygnąć i wbijam żółtko. Zostaje już tylko ręczne zagniatanie na gładko.
Do farszu z boczkiem potrzeba:
1 kg ziemniaków
500 g białego sera
1 dużą cebulę
paczkę parzonego boczku
sól
czarny pieprz
Ugotowane ziemniaki i ser biały mielę na gładką masę, dodaję drobno pokrojoną, usmażoną cebulę z boczkiem, przyprawiam, mieszam i gotowe. Zostaje tylko lepienie.