Ostatnio zaskakująco często odwiedzają nas moi rodzice. Przywożą ze sobą najróżniejsze rzeczy. Nie są to słoiki, bo dokarmiać nas nie muszą, w końcu jestem gotująca. Jak poszłam na studia to potrafiłam zrobić mizerię, ugotować makaron, zabełtać sos z torebki i posadzić jajka. Od tamtej pory moje umiejętności zdecydowanie wzrosły. Dlatego dostaję często warzywa i owoce. A to dwie wielkie dynie przywiozą, a to wielokilogramowego kabaczka, albo jak ostatnio piękne pigwy, na które nie mam jeszcze pomysłu. W związku z ich przyjazdem chciałam zrobić coś do kawy. Wybraliśmy się jednak niespodziewanie na szybkie zakupy do szwedzkiego supermarketu meblowego. Przeszło mi przez myśl, żeby zaopatrzyć się tam w torcik migdałowy. Pomyślałam jednak, że do powrotu do domu zostanie z niego zupa i łatwiej będzie kupić śliwki węgierki i upiec ciasto drożdżowe. Przecież wszystko miałam, zostało tylko brać się za pieczenie, a potrzebowałam:
1/2 kg śliwek
1/2 kg mąki pszennej
1 opakowanie suchych drożdży
1 łyżka miękkiego masła
70 g cukru
2/3 szklanki mleka
szczypta soli
Wszystkie składniki zmieszałam ze sobą, oczywiście oprócz śliwek, które porządnie umyłam rozkroiłam na pół i usunęłam z nich pestki. Wyrobione ciasto odstawiłam na kaloryfer w misce przykrytej czystą ścierką.W międzyczasie zrobiłam kruszonkę. Lubię mieszać dłońmi masło z tymi sypkimi składnikami, tak powoli całość zmienia strukturę i jest przyjemna w dotyku. Do przygotowania kruszonki potrzeba:
100 g masła
100 g mąki
100 g cukru
Wyrośnięte ciasto wyłożyłam równomiernie na blachę uprzednio wysmarowaną masłem i obsypaną mąką. Powciskałam w nie śliwki i obsypałam kruszonką. Pozwoliłam mu jeszcze przez 10 minut rosnąć, a następnie wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza. Wyjęłam gdy kruszonka zrobiła się złota.
Translate
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto drożdżowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasto drożdżowe. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 17 października 2016
środa, 25 maja 2016
Ciasto drożdżowe z rabarbarem
Uwielbiam rabarbar, a najbardziej ciasta z nim. Przechodząc przez stoisko warzywne uderzył mnie świeży kolor i zwabiła zapach. Chociaż nie planowałam piec ciasta, zmieniłam zdanie. Kupiłam kilogram i szczęśliwa jakby mi ktoś w kieszeń napluł wróciła zabrać się za wypieki. Lubię ciasto drożdżowe, ale nie chciałam żeby było zbyt grube i puchate, więc nie dodałam do niego jajek.
Do ciasta potrzebowałam:
0,5 kg mąki pszennej
1 opakowanie suchych drożdży
1 opakowanie cukru wanilinowego
50 g cukru
3/4 szklanki ciepłego mleka
2 łyżki oleju
Na wierzch:
1kg młodego rabarbaru
5 łyżek cukru
woda
cukier puder
Wszystkie składniki zmieszałam ze sobą, kiedy ciasto było dokładnie wyrobione i gładkie, natarłam je olejem i odstawiłam pod przykryciem do wyrośnięcia. Rabarbar obrałam, pokroiłam i wrzuciłam do garnka z wodą. Było jej tam może szklanka, posypałam cukrem wszystko cukrem i zamieszałam. Gotowałam bardzo krótko. Młody rabarbar lubi się rozpadać. Ciasto wyłożyłam do tortownicy nasmarowanej masłem i ułożyłam na niej kawałki rabarbaru. Piekłam w temperaturze 180 stopni Celsjusza do póki ciasto nie miało złotego koloru. Przed podaniem posypałam cukrem pudrem.
Do ciasta potrzebowałam:
0,5 kg mąki pszennej
1 opakowanie suchych drożdży
1 opakowanie cukru wanilinowego
50 g cukru
3/4 szklanki ciepłego mleka
2 łyżki oleju
Na wierzch:
1kg młodego rabarbaru
5 łyżek cukru
woda
cukier puder
Wszystkie składniki zmieszałam ze sobą, kiedy ciasto było dokładnie wyrobione i gładkie, natarłam je olejem i odstawiłam pod przykryciem do wyrośnięcia. Rabarbar obrałam, pokroiłam i wrzuciłam do garnka z wodą. Było jej tam może szklanka, posypałam cukrem wszystko cukrem i zamieszałam. Gotowałam bardzo krótko. Młody rabarbar lubi się rozpadać. Ciasto wyłożyłam do tortownicy nasmarowanej masłem i ułożyłam na niej kawałki rabarbaru. Piekłam w temperaturze 180 stopni Celsjusza do póki ciasto nie miało złotego koloru. Przed podaniem posypałam cukrem pudrem.
środa, 11 lutego 2015
Racuchy na tłusty czwartek
Jutro tłusty czwartek! Nie znam osoby której by ten fakt nie cieszył. Oczywiście w drodze do pracy kupię zapas pączków i kilka na pewno wróci ze mną do domu. Jednak nie mogę sobie odmówić jednej przyjemności. Smak dzieciństwa i domu - racuchy. Zanim mama skończyła smażenie to połowy już nie było. Zawsze z siostrą podjadałyśmy. Świeże, chrupiące, posypane grubą warstwą cukru pudru. Do przygotowania racuchów potrzeba:
1/2 kg mąki
1 opakowanie suszonych drożdży
otartą skórkę z cytryny
2 łyżki cukru
szczyptę soli
ciepłe mleko
olej
cukier puder
Mąkę trzeba wymieszać z drożdżami, dodać sól, cukier i skórkę z cytryny. Wszystko wymieszać i wlać mleko. Nigdy nie wiem ile wlewam mleka. Ciasto musi mieć konsystencję jogurtu greckiego. Zmiksowane na gładką masę odstawia się do wyrośnięcia. Jak zwiększy swoją objętość, nakładamy je na łyżkę zmoczoną w gorącym tłuszczu. Racuchy oczywiście smażymy na głębokim oleju. I układamy w garnku lekko poklepując (garnek jest lepszy do smażenia, olej mniej pryska). Na koniec pozostaje tylko posypać je cukrem pudrem i się delektować.
1/2 kg mąki
1 opakowanie suszonych drożdży
otartą skórkę z cytryny
2 łyżki cukru
szczyptę soli
ciepłe mleko
olej
cukier puder
Mąkę trzeba wymieszać z drożdżami, dodać sól, cukier i skórkę z cytryny. Wszystko wymieszać i wlać mleko. Nigdy nie wiem ile wlewam mleka. Ciasto musi mieć konsystencję jogurtu greckiego. Zmiksowane na gładką masę odstawia się do wyrośnięcia. Jak zwiększy swoją objętość, nakładamy je na łyżkę zmoczoną w gorącym tłuszczu. Racuchy oczywiście smażymy na głębokim oleju. I układamy w garnku lekko poklepując (garnek jest lepszy do smażenia, olej mniej pryska). Na koniec pozostaje tylko posypać je cukrem pudrem i się delektować.
poniedziałek, 9 września 2013
Ciasto drożdżowe dla odważnych
Plan na dzisiejszy post był ustalony. Niedzielne popołudnie pachnące ciastem drożdżowym i konfiturą malinową domowej roboty. Od rana powinnam była wiedzieć, że nic z tego nie wyjdzie. Pierwsze symptomy pojawiły się przy śniadaniu. Boczek mi się odrobinę za mocno przysmażył. Oczywiście wcale się tym nie przejęła. Lubię jak coś jest tak porządnie zarumienione. Czas uciekał mi jak głupi, a do tego jakoś strasznie śpiąca się zrobiłam. W końcu zabrałam się za ciasto, zwykłe, drożdżowe ciasto. Przepis miałam zanotowany w moim starym, czarnym notesie z czaszką na okładce. Oczywiście wzięłam go od mamy i oczywiście nie zapisałam wszystkich proporcji. Gdyby nie to, że byłam zaspana to może nie doszło by do komplikacji.
W "przepisie" było masło i olej, zadzwoniłam do źródła, ale źródło było poza zasięgiem. Przewertowałam kilka książek kucharskich i nic w nich nie znalazłam. Stwierdziłam, że dodam po łyżce. Ilości mleka też nie napisałam, więc chlapnęłam jakieś 100 ml. Ciasto wydało mi się za suche, więc chlapnęłam jeszcze raz tyle. I to był błąd, bo nie dodałam jeszcze jajek. W między czasie, kiedy podgrzewałam mleko do rozrobienia drożdży to mi w mikrofalówce wykipiało.
Konsystencja ciasta była jak na biszkopt, więc zaczęłam dodawać mąki pszennej, aż ta się skończyła. Zrobiło się po dziewiątej, a ja mam niby ciasto drożdżowe w misce, którego można użyć zamiast kleju w razie potrzeby. Przegrzebałam szafkę, znalazłam mąkę! Eureka! Kurde owsiana. No cóż, innego wyjścia nie miała. Przesiałam ją i dodałam do lepkiej zawartości miski. Było jeszcze jeno ale. Mąki zamiast pół kilo miałam prawie kilogram. Uznałam, że dodam jeszcze drożdży, podgrzałam mleko, które oczywiście wykipiało. W końcu się udało. Konsystencja była idealna. Zostawiłam do wyrośnięcia. Zamiast jednej foremki, miała jeszcze dwanaście bułeczek.
Niby takie nic, a same problemy w tej kuchni. O rozsypanej mące, spadających nożach i całej stercie naczyń w zlewie nawet nie chce mi się wspominać. Dopadła mnie zła karma i tyle. Od czasu do czasu coś musi nie wyjść. Na szczęście ciasto się udał, może troszkę się za bardzo przypiekło, ale kto by się tym przejmował, skoro jest przyzwoicie smaczne. Bułeczki posypałam sezamem. Są całkiem ładne i proszą się o konfiturę albo dżemik. Mam nadzieje, że kuchenny pech zakończył się na poparzeniu trzech palców o piekarnik. Strach pomyśleć co będzie się działo jak mnie będzie dalej prześladować, a jutro mam placki ziemniaczane smażyć.
Ku przestrodze zapisze przepis, który mnie załatwił dzisiaj na cacy.
1/2 kg mąki pszennej
drożdże
100 g cukru
skórka z owocu
cukier wanilinowy
2 jaja
ciepłe mleko
masło i olej
żółtko + mleko do posmarowania
W "przepisie" było masło i olej, zadzwoniłam do źródła, ale źródło było poza zasięgiem. Przewertowałam kilka książek kucharskich i nic w nich nie znalazłam. Stwierdziłam, że dodam po łyżce. Ilości mleka też nie napisałam, więc chlapnęłam jakieś 100 ml. Ciasto wydało mi się za suche, więc chlapnęłam jeszcze raz tyle. I to był błąd, bo nie dodałam jeszcze jajek. W między czasie, kiedy podgrzewałam mleko do rozrobienia drożdży to mi w mikrofalówce wykipiało.
Konsystencja ciasta była jak na biszkopt, więc zaczęłam dodawać mąki pszennej, aż ta się skończyła. Zrobiło się po dziewiątej, a ja mam niby ciasto drożdżowe w misce, którego można użyć zamiast kleju w razie potrzeby. Przegrzebałam szafkę, znalazłam mąkę! Eureka! Kurde owsiana. No cóż, innego wyjścia nie miała. Przesiałam ją i dodałam do lepkiej zawartości miski. Było jeszcze jeno ale. Mąki zamiast pół kilo miałam prawie kilogram. Uznałam, że dodam jeszcze drożdży, podgrzałam mleko, które oczywiście wykipiało. W końcu się udało. Konsystencja była idealna. Zostawiłam do wyrośnięcia. Zamiast jednej foremki, miała jeszcze dwanaście bułeczek.
Niby takie nic, a same problemy w tej kuchni. O rozsypanej mące, spadających nożach i całej stercie naczyń w zlewie nawet nie chce mi się wspominać. Dopadła mnie zła karma i tyle. Od czasu do czasu coś musi nie wyjść. Na szczęście ciasto się udał, może troszkę się za bardzo przypiekło, ale kto by się tym przejmował, skoro jest przyzwoicie smaczne. Bułeczki posypałam sezamem. Są całkiem ładne i proszą się o konfiturę albo dżemik. Mam nadzieje, że kuchenny pech zakończył się na poparzeniu trzech palców o piekarnik. Strach pomyśleć co będzie się działo jak mnie będzie dalej prześladować, a jutro mam placki ziemniaczane smażyć.
Ku przestrodze zapisze przepis, który mnie załatwił dzisiaj na cacy.
1/2 kg mąki pszennej
drożdże
100 g cukru
skórka z owocu
cukier wanilinowy
2 jaja
ciepłe mleko
masło i olej
żółtko + mleko do posmarowania
czwartek, 2 maja 2013
Ślimaczki z rodzynkami czyli bułeczki drożdżowe
Dostałam
w gratisie od szefa wolne, to robię w domu zaległe porządki.
Zawsze wydaje mi się, że jest tych zaległych spraw tak dużo, a
potem okazuje się, że do wczesnego popołudnia udaje mi się
wszystko zrobić. Dzisiaj było podobnie. Za oknem deszczowo, ale
przynajmniej wiosna. W kuchni mam krótką firankę i odnoszę wrażenie,
że drzewa które są za szybą zielenią się na moim parapecie obok
doniczek z ziołami. Na dwór nie ma po co wychodzić, chyba że ma
się ochotę założyć kalosze i poskakać po kałużach i wrócić
z mokrymi nogawkami. A takich amatorów to ja znam i spacer już
zaliczyliśmy. Uznałam, że wieczorem zrobię coś dla siebie. Jak
rozbójnik zaśnie poczytam sobie książkę przy filiżance herbaty
z cytryną. Pogoda taka coś nie bardzo. Przydałoby się coś
połasować do tego czytania. Pojawiła się zachciewajka.
Zachciewajka na ślimaki drożdżowe z rodzynkami.
Kiedyś
nie znosiłam rodzynek. Może nie podobały mi się, bo są takie
pomarszczone. Może dlatego, że musiałam pić z nich wodę (Już
tłumaczę, zalewa się rodzynki wrzątkiem i jak wystygną wypija
się wodę, to pomaga przy problemach gastrycznych, a jako dziecko
miewałam bóle brzucha). Powody są mało istotne, teraz je po
prostu lubię i mam na nie ochotę. Uznałam że upiekę kilka
bułeczek, nie za wiele, bo nie będzie miał kto ich zjeść. Na
„nie za wiele” ślimaków z rodzynkami potrzeba:
250g
mąki pszennej
20g
świeżych drożdży
100g
cukru pudru
35g
masła
szczypta
soli
100g
rodzynek
125ml
mleka
1
żółtko
1
garść siekanych migdałów
Mąkę
przesiałam i zrobiłam pośrodku dołek. Do filiżanki wlałam
trochę mleka i podgrzałam je w mikrofali, żeby było ciepłe
dodałam łyżeczkę cukru, pokruszyłam drożdże i dokładnie
wymieszałam, a następnie wlałam do dołka. Kiedy drożdże wyrosły
wsypałam cukier, wlałam masło rozpuszczone, połączone z mlekiem
i dodałam solidną szczyptę soli. Wyrobiłam ciasto i odstawiłam
do wyrośnięcia w ciepłe miejsce, przykryte ścierką. W między
czasie zagotowałam wodę i zalałam wrzątkiem rodzynki, żeby
zmiękły. Kiedy ciasto wyrosło dodałam je do niego, delikatnie
wyrabiając i podsypując mąką. Następnie odrywałam nieduże
kawałki, robiłam z nich wałeczki i zwijałam w ślimaki, które
układałam na blaszce wysmarowanej masłem (papier do pieczenia
wyszedł). Żółtko roztrzepałam z odrobiną mleka i posmarowałam
nim uformowane bułeczki. Na koniec moje ślimaczki posypałam
siekanymi migdałami. Pozwoliłam im jeszcze rosnąć przez około 20
minut. Wsunęłam blachę do piekarnika rozgrzanego do 220°C.
Wyjęłam ślimaczki jak były złote, a w całym mieszkaniu
pachniało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

