Translate

niedziela, 20 grudnia 2015

Farsz z kapusty do uszek, pierogów, krokietów, pasztecików i wszystkiego co sobie na święta wymyślimy

Idą święta i pora  zabrać się za przygotowania. Najgorzej zostawić wszystko na ostatnią chwilę, w tedy na pewno uda się tradycyjna awantura w Wigilię. Zawsze sobie obiecuję przygotować część potraw przynajmniej w łikend poprzedzający Święta Bożego Narodzenia. W tym roku nawet częściowo plan został wykonany. W każdym domu trochę inne potrawy są pewniakiem na stole wigilijnym. Moja mama nigdy nie robiła pierogów, ani uszek. Zawsze były krokiety z kapustą i grzybami. 

Ja również przygotowuję krokiety, do uszek nie mam cierpliwości, ale robię malutkie pierożki do barszczu. Tak czy inaczej podstawą wszystkich tych potraw jest farsz z kapusty. Wybrałam do niego w tym roku pieczarki, a nie borowiki. Powód jest prozaiczny mam w domu niejadka, który na leśne grzyby średnio się zapatruje, a pieczarki łatwo jest przemycić. Dlaczego? O tym zaraz. Na razie lista składników do farszu z kapusty:

1,5 kg kapusty kiszonej
2 łyżki kminku
1 łyżka cukru
800 g  pieczarek
2 duże cebule
olej 
sól
czarny pieprz

Jeśli kapusta jest bardzo kwaśna, to wystarczy ją opłukać. Potem włożyć do garnka zalać sporą ilości wody, nasypać kminku, cukru i gotować ze trzy godziny na wolnym ogniu, aż będzie dostatecznie miękka. W między czasie przygotowuję pieczarki do przemytu. Obrane trę na dużych oczkach. Jest to szybsze niż siekanie, a wymieszane z kapustą są prawie nie zauważalne, ale doskonale czuć ich smak. Najpierw na dużej patelni, na oleju zarumieniam drobno posiekaną cebulkę, potem dodaję starte pieczarki, podsypuję je solą. Staram się je jak najdokładniej odparować, żeby farsz nie był za mokry. Kiedy kapusta zmięknie trzeba ją wystudzić i mocno odsączyć. Robię to na sitku bo tak najłatwiej.  Potem drobno ją siekam. Szczególnie ważne jest to przy przygotowywaniu farszu na uszka. Kapustę łączę z pieczarkami i doprawiam pieprzem. Farsz jest gotowy. Najlepiej smakuje na drugi dzień, kiedy wszystkie składniki przesiąkną sobą na wzajem.



wtorek, 8 grudnia 2015

Ekspresowa sałatka last minute

Kontekst imprezowy widać. I nawet makaron wskazuje na okazję (te wszystkie pająki). Jednak taką sałatkę można jeść przez cały rok, nie tylko w halołin. Bardzo lubię sałatki z rybą, ogólnie lubię ryby. Ta sałatka jest sałatką "last minute". Początkowo chciałam użyć łososia i nawet go kupiłam. Jednak w całej swojej niefrasobliwości nie przeczytałam etykietki. Gdy otworzyłam puszkę okazało się, że ryba pływa w pomidorach. W te pędy wskoczyłam w trampki i galopem ruszyła do lokalnego sklepu na rogu.  Przygotowanie sałatki trwa tyle ile ugotowanie makaronu. Do jej sporządzenia potrzeba:

2 puszki tuńczyka albo łososia byle nie w pomidorach
garść pestek z dyni
posiekaną natkę pietruszki
400 g makaronu
1 puszkę czarnej fasoli
majonez
sól 
pieprz 

Po wrzuceniu makaronu do garnka i posiekaniu pietruszki należy jeszcze odcedzić i opłukać fasolę. Ugotowany makaron osączyć i spłukać zimną wodą. Ważne, żeby nie był rozgotowany. Potem wszystko wystarczy wrzucić do miski, połączyć majonezem podsypać solą, czarnym pieprzem i gotowe.



piątek, 4 grudnia 2015

Zupa dyniowa bez mleczka kokosowego

Doba jest zdecydowanie za krótka. Czas ostatnio ucieka mi w tak zastraszającym tempie, że nie wiem nawet kiedy miną listopad. Miałam przygotowanych kilka postów i nie udało mi się wygospodarować choć jednego popołudnia, żeby je wrzucić. Czego bardzo żałuję, bo np. zupa dyniowa, którą przygotowałam na imprezę halołinową była świetna. Nie była to zupa z rodzaju dyniowa tajska z mlekiem kokosowym, ale porządna rozgrzewająca jesienna zupa. Do jej przygotowani potrzebowałam:

1 średnią dynię
3 papryki
2 papryczki chilli
2 ząbki czosnku
1 średnią marchewkę
kawałek selera naciowego
olej z orzechów włoskich
sól pieprz
2 litry rosołu
mały kubek śmietany 30%
pestki z dyni

Pokrojoną na kawałki i oczyszczoną dynię zawinęłam w folię aluminiową, tak samo zrobiłam z połówkami papryk. Położyłam na blachę i piekłam, aż zrobiły się mięciutkie. Do garnka wlałam trochę oleju (jesienią i zimą lubię potrawy z aromatem orzechowym, ale w tej zupie nie jest to konieczne) i  zaczęłam go powoli rozgrzewać, kiedy był już mocno ciepły wrzuciłam posiekany ząbek czosnku, plastry marchewki i selera, żeby się zarumieniły. Wlałam do garnka rosół i dodałam kawałki dyni i papryki, które dzięki pieczeniu ładnie odeszły od skóry. Zmiksowałam całość blenderem i zostawiłam, żeby się gotowało na małym ogniu, przej jakieś 30 min. Pod koniec wsypałam do wesoło bulgoczącej brei posiekane papryczki chilli, trochę soli i trochę pieprz. Jeśli dobrze pamiętam, to chyba jeszcze dodałam wody bo była za gęsta ( w końcu gość w dom woda w zupę :P). Jak odrobinę przestygła to zabieliłam ją śmietaną. Pestki był tylko do posypania.



czwartek, 29 października 2015

Pieczone klopsiki

Zacznę inaczej niż zwykle, bo od zdjęcia.  Bardzo chciałam zrobić zdjęcie adekwatne do smaku dania, które na nim jest. Tylko problemem zawsze było światło. Uważam, że najtrudniejszym obiektem do sfotografowania jest mięso. Poświęcam taki zdjęciom wiele czasu i uwagi. Jednak w tym przypadku coś zawiodło, a raczej wszystko skomplikował brak czasu. Od zdjęcia poniżej, na który jest również kolorowa, pieczona marchew minęło chyba półtora miesiąca. Klopsy robię średnio co pięć, sześć dni, a jednak nie udało mi się ich uchwycić w lepszym świetle. Trudno, klopsy mi jakoś wybaczą. Zapewniam, że smakują o niebo lepiej niż wyglądają. 

Mój niejadek jada coraz więcej. I próbuje coraz więcej. Niedługo przestane pisać o nim niejadek, a żarłok. Swego czasu jedynym mięsem jakie spożywał były klopsy z Ikei. Nie mam nic przeciwko gotowym danią od czasu do czasu, ale co za dużo to nie zdrowo. Ja lubię gotować i poświęcenie godziny snu na rzecz zdrowego posiłku dla dziecka nie jest tragedią, a wręcz przyjemnością. Okazało się, że uprzedniego faworyta zdeklasowałam zupełnie. Moje klopsy są "najlepsze na świecie", oczywiście zdaję sobie sprawę, że mówiąc to niejadek podlizuje się. Jednak to nieważne, jest mi i tak miło bo talerz zostawia pusty.

Do przygotowania klopsów potzrebuję:

1/2 kg mięsa mielonego (wybieram wieprzowo-wołowe, dobrej jakości)
1 ciemna bułka z ziarnami
3 łyżki siemienia lnianego
1 mała cebulka
1 jajko
1 łyżka świeżego cząbru
sól
czarny pieprz
oliwa z oliwek

Najpierw moczę bułkę w wodzie, a gdy zmięknie odciskam ją dokładnie. Dzięki niej klopsy są wilgotne w środku. Dodaje mięso, drobno posiekaną cebulkę, pocięte listki cząbru, siemię lniane, jajko, trochę soli i pieprzu, a potem dokładnie wyrabiam ręką. W międzyczasie ustawiam piekarnik na 200 stopni z termoobiegiem i smaruję gliniane naczynie (a w zasadzie to dwa) do zapiekanek oliwą z oliwek.  Tłustymi rączkami łatwiej się ugniata zawartość miski. Kiedy wszystkie składniki są dokładnie połączone, robię kulki o średnicy ok. 4cm i układam w formach. Piekę, aż mięso z wierzchu będzie ciemno brązowe, jak na zdjęciu poniżej. 




czwartek, 15 października 2015

Gwiezdna tarta z musem czekoladowym

Wielki fan Star Wars miał imieniny. Nie było imprezy. Tylko książka o odpowiedniej tematyce i  coś na słodko. Wymyśliłam sobie tarte z musem czekoladowym, która miała wyglądać kosmicznie - jak asteroida. Kilka tygodni temu zamówiłam sylikonowe foremki  Sokoła Milenium. Zrobiłam więc pralinki w tym kształcie. Do przygotowania czekoladek potrzebowałam:

białą czekoladę
gorzką czekoladę 70% kakao
dżem malinowy bez pestek (domowa robota)

Czekoladą roztopioną w kąpieli wodnej wypełniłam ścianki foremki zostawiając pusty środek. Wstawiłam do zamrażalnika na jakieś 10 minut. Wyjęłam, nałożyłam dżemu malinowego i oblałam czekoladą. Włożyłam do lodówki żeby pralinki dobrze zastygły. 

Zamiast trzymać się przepisu, który znalazłam na spód do tarty zaczęłam kombinować. Wszystko by się dobrze skończyło, gdym użyła jak pierwotnie zakładałam - tortownicy sylikonowej, a nie ceramicznego naczynia do tarty. Wymyśliłam sobie, że zamiast mąki pszennej upiekę ciasto z mąki z orzechów ziemnych. Ciasto wyszło smaczne, tylko przywarło do formy i mimo że była mocno natłuszczona ciężko było je wyciągnąć. Swoją drogą trochę je przypiekłam. Do przygotowania orzechowego spodu potrzeba:

200g mąki z orzechów ziemnych
100g masła
1 jajko
1/2 szklanki cukru
szczypta soli

Wszystko trzeba wyrobić na gładką masę, uformować kulkę i włożyć do zamrażalnika na ok. godzinę. Po wyjęciu przełożyć do foremki sylikonowej i piec przez 30 min w temperaturze 220 stopni Celsjusza. Ciasto oczywiście trzeba tak uformować, żeby miało wyższe brzegi, a spód nakłuć widelcem.

Mus jest bardzo prosty w przygotowaniu. Potrzeba cztery składniki i  trochę cierpliwości. 

200ml śmietanki 30%
1 tabliczka gorzkiej czekolady
pół szklanki cukru pudru
szczypta soli

Śmietanę ze szczyptą soli ubijamy na sztywno dodając stopniowo cukier. Potem dodajemy roztopioną w kąpieli wodnej czekoladę, oczywiście nieco przestudzoną. Na zimny, orzechowy spód wykładamy mus i wstawiamy ciasto na całą noc do lodówki. Przed podaniem układamy na nim Sokoła Milenium i borówki amerykańskie.

Myślę, że powtórzę ten wypiek, ale wprowadzę kilka drobnych zmian. Przede wszystkim zastosuję foremkę sylikonową i pomyślę o dodaniu jakiś potworów, które będą się ukrywały pod musem.



poniedziałek, 5 października 2015

Sałatka z wędzonej makreli i pęczaku

Wychodzę z założenia, że wszystkie udane sałatki składają się z czterech podstawowych składników, plus lepiszcze i przyprawy. Kilka dni temu rozmyślałam na sałatką na bazie pęczaku. Jakimś cudem ma całkiem duży zapas tej kaszy, a chciałabym zrobić trochę miejsca w szufladzie z, żeby móc tam wepchnąć coś innego. Drugie założenie było takie, że musi być jarska. Knułam i kombinowałam, aż w końcu  mnie oświeciło. Wędzona makrela! Ile można jeść tuńczyki z puszki albo łososie, czas na odmianę. Zostały jeszcze przynajmniej dwa składniki... W rezultacie zamknęłam się w czterech, czyli tak jak to zwykle robię, a użyłam:

1 1/2 szklanki pęczaku
3 cebulki dymki
4 ogórki kiszone
500 g makreli wędzonej
majonez
sól
czarny pieprz
gorczyca

Pęczak ugotowałam na sypko i wystudziła, dodałam do niego dokładnie obraną makrele i posiekaną drobno cebulkę, wymieszałam z majonezem. Długo zastanawiałam się nad czwartym składnikiem. W końcu stanęło na ogórku kiszonym, pokrojonym w drobną kostkę. Trochę posoliłam i popieprzyłam, a na wierzchu wysypałam ziarna gorczycy. Mąż uznał, że ogórka było za dużo. Lecz tej krytyki nie traktuje zbyt poważnie, dla kogoś kto nie uznaje ogórków w ogóle, to w każda ilość to zbyt wiele. Grunt to rozsądne podejście.


niedziela, 27 września 2015

Makaron w ziołach (nie znam, nie wiem, nie umiem)

Nie znam się na włoskiej kuchni. Nie wiem czy coś prawdziwie włoskiego kiedykolwiek jadłam. Nie umiem określić co jest właściwe albo nie. Mój mąż za to wielokrotnie podróżował do tego kraju i był w różnych jego częściach. Jego podejście do makaronu jest zupełnie inne niż to jakie ja miałam dotychczas. Myślałam stereotypowo (po naszemu, po polsku): makaron spaghetti z sosem pomidorowym i twardym startym serem, a szczytem było zrobienie wersji z mięsem. O ja biedna! Żyłam w okropnej nieświadomości! Z czasem zaczęłam podchodzić do tematu z coraz większym zainteresowaniem. Oczywiście, odkąd zaczęliśmy jadać razem, ja makaronów już nie przygotowywałam. 

Lipiec był w tym roku upalny, mąż wyjechał na kontrakt, a mi się gotować nie chciało. W upały najczęściej nic się nie chce. Głodna byłam jak pierun. Pomyślałam, że to dobra okazja, żeby pod jego nieobecność spróbować... Jak coś nie wyjdzie przynajmniej tylko ja będę o tym wiedzieć i nie będzie wstydu na całą galaktykę. Na balkonie mam ziołowy ogródek. Pozbierałam trochę listków i zabrałam się za przygotowania. Do zmajstrowania mojej pierwszej w życiu autorskiej pasty potrzebowałam:

1 garść ziół: bazylia, oregano. szałwia i mięta
oliwę z oliwek
ząbek czosnku
sól 
sok z cytryny
grana padano
pomidorki koktajlowe
250 g makaron 

Szałwii i mięty było po trzy listki, większość stanowiły bazylia i oregano. Zioła posiekałam drobno, dodałam wyciśnięty ząbek czosnku, szczyptę soli i zalałam oliwą, tak żeby posiekane listki były przykryte. Makaron odcedziłam, wlałam do niego zioła i wrzuciłam pomidorki pokrojone na połówki. Porcję makaronu z ziołami przełożyłam na talerz, skropiłam kilkoma kroplami soku z cytryny i posypałam startym serem.


Pasta była lekka, szybka w przygotowani i bardzo smaczna. Niejadek również w niej zagustował, tyle że bez sera i pomidorów. Zaserwowałam mężowi i teraz dosyć regularnie przygotowuję to danie. Podoba mi się moja zmiana podejścia do makaronu. Nie wiem na ile to włoskie, za to na pewno smaczne.


wtorek, 22 września 2015

Naleśniki pszenno-gryczane ze szpinakiem i serem kozim

Na szczęście wszystko kiedyś ulega zmianie. Zamiłowanie mojego niejadka do "niepróbowania" też. W czasie pobytu na Węgrzech wziął na ząb kawałek mięsa z gulaszu, co uważam za jedno z najważniejszych wydarzeń kulinarnych sierpnia. Wielokrotnie pisałam już o tym, że sosy to najstraszniejsza możliwa rzecz jaka może znaleźć się na jego talerzu. Zaczęłam więc powoli wypuszczać się na szerokie wody bezkresnego oceanu kulinarnych eksperymentów. Oczywiście bardzo powoli. Na razie podniosłam kotwicę i wypływam z portu.

Moje kochane dziecko zawsze jadało naleśniki, jednak jeśli wyczuło smak innej mąki niż pszenna to było już po obiedzie. Postanowiłam zaryzykować i przygotowałam naleśniki z mieszanki mąki pszennej i gryczanej, ze zdecydowaną przewagą tej drugiej. Zużyłam:

2 szklanki mąki gryczanej
1 szklanka mąki pszennej
3 jajka
mleko
szczypta soli
olej rzepakowy

Oczywiście nie wiem ile wlałam mleka, praktycznie nigdy nie pamiętam ile płynów wlewam do ciasta. Wszystkie składniki wymieszałam i usmażyłam naleśniki bez większej filozofii. Po wakacjach na Węgrzech niejadkowi pozostała słabość do dżemów. Codziennie w restauracji hotelowej zjadał co najmniej jedną kanapkę posmarowaną jakimś smakiem owocowym. Przetestował wszystkie dostępne, co było olbrzymim zaskoczeniem. Dlatego naleśniki na obiad były idealnie asekuracyjnym daniem. Dzięki dżemowi wyjście z portu było zagwarantowane. Chodziło o spróbowanie czegoś nowego. Na jego chęć skosztowania zielonej brei nawet nie liczyłam, ale ją przygotowałam i nawet podjęłam próbę, która oczywiście zakończyła się fiaskiem. Szpinak  do naleśników przygotowałam korzystając z następujących składników:

1 paczka świeżych liści szpinaku
1 opakowanie twarożku koziego
3 ząbki czosnku
czarny pieprz
sól

Listki wrzuciłam na gorącą wodę, która wesoło bulgotała na dużej patelni. Dodałam pokrojony w plasterki czosnek i posypałam solą. Kiedy woda się zredukowała dodałam serek. Na zielonej brei robiły się piękne pęcherzyki, które pękając radośnie zachlapywały mi kuchenkę. Po 2-3 minutach przestawiłam patelnię na deskę posypałam pieprzem i zabrałam się za rolowanie.

Usłyszałam, że robię najlepsze naleśniki na świecie. Nawet chętnie by zjadł te zielone, ale tylko pod jednym warunkiem, że w środku będzie dżem z kiwi.



poniedziałek, 6 lipca 2015

ORZEŹWIAJĄCY KONKURS

Te upały są nie do zniesienia, do wody wrzucam kostki lodu, które rozpuszczają się w ekspresowym tempie. Jednak pozostawiają pozostawiają po sobie kwaśny smak. Dlaczego? Ponieważ zamrażam sok cytrynowy, rozcieńczony z wodą. Macie pomysł na alternatywne wykorzystanie foremki do lodu, napiszcie o tym i wyślijcie maila na adres subiektywniewkuchni@gmail.com. Najciekawsza propozycja zostanie nagrodzona nowiutką foremką, taką jak ta na zdjęciu, na dole.  Jeśli się nie uda to zawsze można ją kupić w sklepie rossi

 
Regulamin

- Konkurs trwa od 06 do 12 lipca 2015 roku. 
- Odpowiedzi proszę wysyłać na adres: subiektywniewkuchni@gmail.com
 - Nagrody przyznane zostaną przez jury
- O przyznaniu nagrody Uczestnicy zostaną poinformowani przez  za pośrednictwem wiadomości 
   e-mail, po zakończeniu konkursu 

niedziela, 5 lipca 2015

Orzeźwiający napój na letnie upały

W takie upały należy bezwzględnie nawadniać organizm. Oczywiście woda jest najlepsza, ale ile można, czasem ma się ochotę na coś co inaczej smakuje. Jednak, jak mam wybierać między sokami w kartonach, których zawartość owocu w soku owocowym bywa różna, a najczęściej przewyższa ją ilość cukru albo gazowanymi, sztucznie barwionymi napojami wolę coś sama przygotować. Nie jest to zajęcie bardziej czasochłonne od zaparzenia kawy, a ilość przygotowanego płynu jest znacznie większa niż jeden kubek gorącego płynu.

Jednym z moich ulubionych napoi jest czerwony smoothi. Do jego przygotowania potrzeba:

czerwone porzeczki
truskawki 
dojrzałego banana
kostki lodu albo zamrożony mus z truskawek

Porzeczki najczęściej są kwaśne i żeby nie używać cukru dodaję banana, wszystko dokładnie miksuję i napój jest gotowy.

Upały mają to do siebie, że ciało puchnie. Szczególnie jak jest się już po trzydziestce. Nadmiar wody z organizmu można usunąć m.in. dzięki cytrynie czy  żurawinie. Jak mam inne cytrusy pod ręką też je dodaję. Do przygotowania napoju, który widać na zdjęciu użyłam:

1 cytryny
1 grejfruta
1 garści suszonej żurawiny
przegotowaną wodę

Wyciśnięty sok z cytrusów zmieszałam z wodą (dopełniłam dzbanek do 0,75l)  dodałam żurawinę i dokładnie zmiksowałam blenderem.


Ostatnia propozycja na upalne dni to klasyka gatunku jaką bardzo wielu z nas pamięta z dzieciństwa.  Kompot! Ostatnio przygotowałam agrestowy. Nie jestem pewna ile wlałam wody do garnka (garnek był duży), ale wyszło mi ok. półtora litra esencjonalnego płynu. Prócz wody do garnka trafiło:

1/2 kg agrestu
1 jabłko
laska wanilii bez nasionek
brązowy cukier

Agrest umyłam i przełożyłam do garnka, dodałam jabłko, obrane, oczyszczone z gniazd nasiennych i pokrojone w kostkę oraz laskę wanilii.  Dlaczego bez nasion? Odpowiedź jest prosta zużyłam je do czegoś innego. A pustą laskę schowałam dla aromatu i właśnie do kompotu się przydała. Zalałam wszystko wodą i gotowałam aż płyn stał się esencjonalny.  Agrest był strasznie kwaśny więc dodałam brązowego cukru. Przecedziłam i rozlałam do butelek. Kompocik na upał był bombowy.



środa, 24 czerwca 2015

Słodkie i puszyste placuszki na midzie z musem truskawkowym i czymś ekstra

Wracałam do domu padnięta niczym koń po wyścigach i objuczona tobołami jak wielbłąd. Ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę było gotowanie. Do tego nie miałam pomysłu. Zastanawiałam się nad naleśnikami. Jednak z serem niejadek by nie zjadł, ale z gęstym sosem truskawkowym - to może by przełknął. Jednak okazało się, że jogurt naturalny, nowy, nie otwarty z datą ważności do 7.07.2015 po odchyleniu wieczka miała zielone, kudłate plamki. Plany legły w gruzach. Usiadłam zrezygnowana i zaczęłam knuć. Co mogę zrobić z tego co mam? Puchate placki! Przez chwilę wahałam się czy do ciasta nie dorzucić otrębów, ale się powstrzymałam. Dla sceptycznego pożeracza było by to za wiele.

Do przygotowania placuszków potrzeba:

150g mąki pszennej
150ml mleka
1 jajko
1 łyżkę oleju
3 łyżki płynnego miodu
1 płaską łyżeczkę sody
1 jajko
truskawki


Wszystkie składniki dokładnie wymieszałam i smażyłam na patelni lekko pokropionej olejem. W międzyczasie  zmiksowałam truskawki na mus.  Gotowe placki podsunęłam niejadkowi polane czerwonym musem z kapką żółtego dresingu z mango. Zamiast słodkiego mango może być ulubiony dżem albo bita śmietana. Co ciekawe zjadł.


sobota, 13 czerwca 2015

Naturalne lody truskawkowe

Nie dość, że wreszcie się zrobiło lato, to mamy jeszcze sezon ana truskawki. W tej sytuacji nie mogłam sobie odpuścić i zrobiłam lody truskawkowe.  Po za sezonem robię je z mrożonych owoców, ale to nie to samo. Ostatnio zauważyłam, że panuje jakaś obsesyjna moda na lody naturalne. Nie do końca rozumiem czym są lody naturalne. Zakładam, że to takie bez wspomagaczy i polepszaczy. Przyznam się, że nie miałam nigdy odwagi  stanąć w kilkunastometrowej kolejce. Zamiast marnować czas na stanie w ogonku wolą przygotować lody sama.

Do przygotowania lodów truskawkowych "naturalnych" potrzeba:
4 jajka
1 szklankę cukru pudru
300 ml  śmietanki 30%
szczypta soli
sok z cytryny
szklanka musu z truskawek

Żółtka oddzielam od białek i ucieram je z cukrem pudrem na gładką jednolitą masę. Do białek dodaje szczyptę soli i ubijam na sztywno. Śmietanę ubijam z odrobiną soku z cytryn. Łącze wszystko w dużym płaskim pojemniku z pokrywką. Żółtka, bita śmietana i białka łatwo się mieszają ze sobą. Mus truskawkowy jest ciężki więc trzeba dokładnie go połączyć z resztą składników, żeby nie opad na dno i nie wyszły nam lody śmietankowe z musem. Pudełko zamyka i wstawiam na noc do zamrażalnika.

Fajną opcją są również lody na patyku. Zamiast przelewać masę do jednego pudła można przełożyć do kilku małych pojemniczków, zaopatrzonych od razu w "patyczki". Takie foremki do lodów można znaleźć w sklepie rossi. Oprócz foremek można tam znaleźć inne akcesoria do  lodów, które mogą zainspirować.  Jako wielka wielbicielka musu truskawkowego przygotowuje sobie małe lodowe figurki używając do tego sylikonowych wytłoczek do kostek lodu. Zabawne wytłoczki można również znaleźć w sklepie rossi. Wkrótce konkurs z tym związany, a na dole moje roboty z musu na lodach truskawkowych.



środa, 27 maja 2015

Kasza gryczana z botwinką

Jak mąż wyjeżdża na kontrakt, to jadłospis zmienia się całkowicie. Teoria, że kobieta tyje jak mieszka z facetem jest stuprocentową prawdą. Doświadczalnie sprawdziłam na sobie. Udało mi się zrzucić 2 kg i waga sama spada, chociaż się nie głodzę, a nawet podjadam słodycze. Specjalizuję się teraz w daniach, które wygodnie jest zabrać do pracy i są najczęściej jednogarnkowe. Do takich kombinacji świetnie nadaje się kasza. Nie ważne jaka, ważne, że kasza.

Ostatnio przygotowałam sobie danie sezonowe na bazie kaszy gryczanej. Z reguły używałam jej jako dodatku do dań z mięsem, a tym razem było wegetariańsko.
Do przygotowania potrzebowałam:

100 g kaszy gryczanej
pęczek botwinki
200 g pieczarek
1 cebulę szalotkę
2 ząbki czosnku
2 łyżki śmietany 12%
sól
masło 
olej
ocet

Botwinkę drobno posiekałam (bez bulw) i obgotowałam jak na chłodnik, w litrze wody z dodatkiem octu. Na gorącym maśle z  olejem podsmażyłam drobno posiekaną cebulę i czosnek. Jak się zarumieniły wrzuciłam na patelnie pokrojone w kostkę grzyby. Kiedy te z kolei puściły wodę dodałam miękką botwinkę i podlałam wszystko szklanką wody. Kidy uznałam że smaki wystarczająco się zmieszały, wsypałam kaszę gryczaną i dodałam dwie łyżki śmietany. Tym sposobem miałam obiad na dwa dni.


sobota, 23 maja 2015

Klasyczna polska margarita, czyli pizza dla niejadka. Post kompleksowy

Moje dziecko zaczyna się rozkręcać. Powoli próbuje nowych rzeczy. Może nowych to trochę za duże słowo. Jak był mały to jadł wszystko. Sytuacja zaczęła się zmieniać jak skończył trzy lata, wtedy powoli w odstawkę odchodziły kolejne dania. Zaczęło się od sosów, a na mięsie skończyło. Co dziwne sos czosnkowy zawsze mu smakował i to nawet kiedy tego czosnku było naprawdę dużo. Ostatni stwierdził, że chętnie zje pizze, ale taką bez niczego. Oczywiście muszę przygotować jeszcze wyżej wymieniony sos. Chociaż nie miałam ochoty, bez słowa zabrałam się za przygotowania. 
Zaczęłam od sosów. 

Do przygotowania sosu pomidorowego potrzebowałam:
1 puszkę pomidorów
garść świeżych ziół (oregano i bazylia)
kawałek cebuli
sól
czarny pieprz 
łyżkę oliwy z oliwek
odrobinę cukru

Pomidory odcedziłam i zmiksowałam z resztą składników. Cukier jest potrzebny przy sosach pomidorowych bezwzględnie, bo przełamuje ich kwaskowy smak.

Do przygotowania sosu czosnkowego użyłam
1 małego jogurtu naturalnego
2 łyżek majonezu
2 ząbków czosnku
2 łyżek posiekanego koperku
sól
czarny pieprz

Przeciśnięty czosnek zmieszałam z pozostałymi składnikami i sos był gotowy. Oba pojemnik wstawiłam do lodówki i zabrałam się za przygotowywanie ciasta. 

 
Najważniejszym składnikiem ciasta jest cierpliwość. Trzeba mu poświęcić czas. Dokładnie wyrobić, pozwolić wyrosnąć, jeszcze raz wyrobić i znowu pozwolić zwiększyć swoją objętość.

Do przygotowania ciast potrzeba:
1/2 kg mąki typ 750 (mąka chlebowa)
1 opakowanie suchych drożdży
1 szklanka ciepłej woda
oliwa z oliwek
sól

Mąkę mieszam z drożdżami, dodaję szczyptę soli, wlewam wodę i wyrabiam ciasto. Kiedy ma zwartą konsystencje, wyciągam je z miski i dalej gniotę na desce, podsypując mąką. Trwa to tak długa, aż będzie gładkie i puszyste. Odstawiam je wtedy do wyrośnięcia. Kiedy zwiększy swoją objętość dwukrotnie. Wyrabiam je jeszcze raz i porcjuję. Najczęściej wychodzi pięć kawałków, które formuje w kulki. Pozwalam obsypanym mąką, pod przykryciem powoli się powiększać. Na zdjęci widać jak powinno wyglądać dobrze wyrośnięte ciasto



 Kidy kulki się powiększają, mam  czas na przygotowanie wszystkiego co wyląduje na pizzy. Tego dnia nie miałam nic do roboty. Niejadek chciał pizzę bez niczego. Czyli ser i sos. Ser miałam starty (mozzarella do zapiekania), a sos w lodówce. Margarita którą z reguły robię składa się z mozzarelli kulki i liści świeżej bazylii. Nie miałam ochoty podejmować ryzyka i zrobiłam "polską margaritę".  Pizze piekę na kamieniu w domowym piekarniku. Ciasto rozwałkowałam, posmarowałam sosem pomidorowym, posypałam serem i wrzuciłam do pieca na kilka minut. Udało się! Zjadł pół! Byłam w ciężkim szoku. W trakcie posiłku zdradził mi tajemnicę sosu czosnkowego. Mama sos czosnkowy jest po to, żebym nie czuł smaku tego co jest na pizzy. 

 

sobota, 16 maja 2015

Kasza jaglana z cukinią i pieczarkami

Z całym uporem wykopałam pokłady silnej woli zakopane gdzieś głęboko i zaczęłam się racjonalnie odżywiać.  Z domu do pracy nie mam za blisko i godziny spędzone w mieście sprzyjają jedzeniu w okolicznych kantynach i knajpkach. Obiecałam sobie, że kończę z tym i dzielnie robię sobie sama kanapki i przygotowuję obiady tak, żebym mogła je podgrzać w pracy. Staram się przygotowywać stałe posiłki. Każda nawet najgęstsza zupa stwarza ryzyko wylania. A zawartość torebki utytłana w lepkiej mazi nie jest czymś co poprawia nastrój w poniedziałkowy poranek.

Najczęściej nie muszę nawet specjalnie robić zakupów, żeby zmontować obiad. Ostatnio po przebobrowaniu lodówki i szafek, udało mi się przygotować całkiem nieźle wyglądające, aromatyczne i na prawdę smaczne danie z kaszą jaglaną w roli głównej.

Do przygotowania obiadu użyłam:

100g kaszy jaglanej
200g pieczarek
1 małą cukinię
sól
czarny pieprz
sok z limonki
czosnek niedźwiedzi
masło
olej orzechowy

Pieczarki posypane solą podsmażyłam  na maśle z dodatkiem oleju z orzechów włoskich. Lubię kiedy grzyby mają taką aromatyczną nutę. Kidy były prawie gotowe dorzuciłam cukinię pokrojoną w plastry i skropiłam sokiem z limonki. Chciałam, żeby zmiękła ale zachowała świeży kolor. Trzymałam przez chwilę na patelni. Kiedy było już gotowe przyprawiłam czosnkiem niedźwiedzim i czarnym pieprzem. Kasza jaglana w międzyczasie się ugotowała, więc wszystko wymieszałam. Obiad na dwa dni jak nic. 


zBLOGowani.pl

wtorek, 12 maja 2015

Domowa lemoniada

Pogoda powoli zmienia się z wiosennej w letnią. Jak tylko wiatr słabnie staram się podawać posiłki na balkonie. Tęsknie za upalnymi dniami i dotykiem gorących promieni słońca na skórze. Niestety zmienność aury nie wpływa korzystnie na zdrowie. Wszyscy w domu fląchamy i cherlamy. Jak nie katar to kaszel i tak w kółko. Żeby  wzmocnić trochę nasze nadpsute zdrowie z reguły staram się podawać wszystkim witaminę C. Jednak z powodu tęsknoty za latem i usilnym próbą zmniejszenia sztuczności we wszystkim co zjadamy, postanowiłam zrobić lemoniadę.

W domowej lemoniadzie najważniejsze jest to, że dokładnie znam jej skład. Poza tym w przygotowaniu pomaga mi niejadek. Pierwsza faza zabawy to wyciskanie cytryn na starej elektrycznej maszynce, którą moi rodzice dostali z RFN jak ja byłam jeszcze małym bąblem. Druga to próbowanie, czy napój jest wystarczająco kwaskowy.

Do przygotowania domowej lemoniady potrzeba:
3 duże cytryny
800 ml wody
4 łyżki cukru trzcinowego

Cytryny dokładnie myję, kroje na pół, a mój pomocnik je wyciska. Przez drobne sitko przelewam sok z owoców  do dzbanka, dolewam wodę. Najczęściej wystudzoną przegotowaną, a nie mineralną. Wsypuję cukier (tu następuje degustacja po każdej łyżce) i dokładnie mieszam. Na koniec przelewam do butelki i gotowe.



lemon

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Kolorowe penne z fistaszkowym pesto

Brak czasu i kuchnia prowadzona pod kaprysy niejadka powoduje, że swoim obiadom nie poświęcam dużo czasu, a wręcz zjadam je bez planu. Te przypadkowe dania można w zasadzie podzielić na trzy grupy. Pierwsza: to co nie smakowało albo to czego w ogóle nie chciało tknąć dziecko i zostało bo perzcież nie wyrzucę. Druga grupa to posiłki gotowane z zamiarem podania ich dziecku, ale z możliwością alternatywnej wersji. Trzecia grupa to posiłki zrobione z tego co jadło dziecko, ale termin się kończy i trzeba to zużyć. Ten smakowicie wyglądający obiad jest połączeniem grupy drugiej i trzeciej.

Mój kochany niejadek lubi pesto, ale pod warunkiem, że jest ono domowe i zawiera trzy składniki plus sól. Pesto dla niejadka przygotowuję z:

liści  świeżej bazylii
orzechów arachidowych
oleju z orzechów arachidowych
ewentualna szczypta soli

Wszystko musi być gładkie, orzechy mogą się delikatnie odznaczać i wtedy jest smacznie. Pesto którego użyłam było z gatunku trzecia grupy. Trzeba zjeść bo pokryje się pleśnią. Piękny kolorowy makaron był pomysłem mojego syna który czasem lubi jak na talerzu coś się dzieje i jest barwnie.

Do przygotowania takiego jak na zdjęciu potrzeba:

arachidowe pesto
kolorowy makaron
suszone pomidory 
parmezan

Makaron ugotowałam al dente, (Połowę paczki zjadła niejadek Oczywiście na sucho, nie miał melodii na pesto. Po pochłonięciu góry kolorowych rurek zjadł łyżeczkę zielonej pasty, żeby przypadkiem w trakcie jedzenia nic się  nie zmieszało.) odcedziłam i do gorącego dodałam pesto oraz  pokrojone na kawałki suszone pomidory. Przełożyłam do talerza, posypałam z tartym serem i obiad był gotowy. Wyglądał jak zaplanowany dla mnie, a w zasadzie ja zjadłam przy okazji. Tak to niestety już jest, w końcu jestem mamą.


środa, 8 kwietnia 2015

Ostra zupa z nutką Azji

Od jakiegoś czasu chodzą za mną smaki wschodu. Jeśli ktoś zagląda na mojego drugiego bloga (http://kanapkazjedzona.blogspot.com/) też natrafi na podobne aromaty. Podejrzewam, że moje ostatnie upodobania są spowodowane wizytą w koreańskiej restauracji, która mnie absolutnie urzekła. Po raz kolejny miałam nadwyżki rosołu i uznałam, że zrobię zupę. Przekopałam lodówkę i znalazłam zestawienie warzywno-owocowe, które było idealne na orientalny krem. 

Do jego przygotowania potrzebowałam:
1/2 żółtej papryki
1/2 avocado
3 ząbki czosnku
1 dużą marchewkę
1 cebulę
sok z 1/2 limonki
1 1/2 l rosołu
2 papryczki chilli
sól 
pieprz
migdały



Obrane i pokrojone składniki wrzuciłam do garnka z rosołem, gdzie gotowały się do miękkości. Krojąc papryczki nie starłam się pozbyć się wszystkich pestek. Chciałam, żeby krem był mocno pikantny. Kiedy faza gotowania była zakończona, zmiksowałam wszystko blenderem, dodałam sok z limonki sól i pieprz. Nie dodawałam całej gamy przypraw zależało mi na wydobyciu smaku warzyw i avocado. Podawałam z prażonymi migdałami.


wtorek, 31 marca 2015

Znowu szybka kolacja dla gromadki przyjaciół tzn. szybka męska tarta na słodko i nie tylko

Tym razem było trochę więcej znajomych i na stole znalazło się więcej przekąsko-zakąsek niż tylko tarty. Jednak post będzie wyłącznie  o tartach, a właściwie o jednej i to nie mojej. Uznałam, że tak ładnie geometrycznie poukładane składniki muszą zostać docenione. Po za tym facet który odkryje jak pokroić trójkątny ser na mniejsze trójkąty bez strat jest widokiem porównywalnym z małym dzieckiem, które po raz pierwszy stanęło na nogi. Trzeba go poklepać po plecach i powiedzieć, że jest wspaniały. Pomysł był prosty i spójny, to znaczy że równa się doskonały. Do przygotowania męskiej tarty potrzeba:

1 ciasto francuskie
1 opakowanie szynki długo dojrzewającej
1 opakowanie sera pleśniowego (lazur)
2 gruszki
3 jajka
trochę mleka
sól 
czarny pieprz (najlepiej świeżo mielony)

Szynkę, gruszki i ser należy ułożyć na cieście najlepiej tak jak na poniższym zdjęciu. Jajka trzeba rozbełtać z mlekiem, solą i pieprze. Zalewajka nie może być za rzadka. Wystarczy ją wylać na ciasto i wstawić blaszkę do piekarnika rozgrzanego do ok. 180-190 stopni.


Kiedy ciasto jest rumiane i składniki zapieczone tarta jest gotowa. Wyszło smacznie. Jednak jest jedno ale i trochę rozważań. Gruszki nie mogą być za słodkie. Jeśli będą, zdominują wszystkie smaki i nawet najbardziej aromatyczna szynka się nie przebije. W trakcie konsumpcji doszliśmy grupowo do wniosku, że jako dodatek pasowałaby żurawina na gęsto albo coś podobnego o lekko kwaskowym smaku. Natomiast amatorzy różnych konsystencji,  mogą spokojnie dorzucić orzechy włoskie, które po zapieczeniu będą kruche, a swoją goryczką przełamią smak gruszek.


poniedziałek, 23 marca 2015

Przepyszny krem z warzyw

Któregoś dnia zostałam dotknięta klęską urodzaju. Niejadek się pochorował i wszystkie życzliwe osoby przyniosły mi rosół. Sama zdążyłam też ugotować wielki gar. Na szczęście jest kilka sposobów na nie marnowanie pysznej zupy. Część zamroziłam, część zjadł rekonwalescent, a część przetworzyłam. Wśród dorosłych domowników brakuję entuzjastów królowej zup. Za to wszystkie inne są chętnie zjadana. Dlatego jakieś 1,5 litra rosołu zamieniło się w aromatyczny krem z warzyw. Do przygotowania mojej zupki potrzebowałam:

1 1/2  litra rosołu 
2 duże marchewki
1 dużą pietruszkę (korzeń)
1 łodygę selera naciowego
1/2  papryki
garść suszonych pomidorów
sok z cytryny
sól czarny pieprz

Jest to zupa absolutnie porasta w przygotowaniu. Wystarczy, że warzywa pokroiłam w cienkie plasterki, wrzuciłam do garnka z rosołem i gotowałam tak długo, aż zrobiły się miękkie. W mieszkaniu unosił się charakterystyczny zapach pietruszki, którą bardzo lubię.W między czasie na maśle z dodatkiem oleju zrobiłam grzanki z czerstwego chleba. Zupy kremy trzeba przełamać czymś do pogryzienia inaczej są nudne. Po ugotowaniu zawartość garnka potraktowałam blenderem. Byłam bezlitosna, wszystko zmieniłam w papkę. Przyprawiłam sokiem z cytryny solą i pieprzem. Przed podaniem dodawałam grzanki, rzeżuchę i ziarna słonecznika. 

Postanowiłam trochę poeksperymentować z taką koncepcją przyrządzania zup. Dzisiejsza była inspirowana smakami orientu, ale o tym następnym razem



niedziela, 1 marca 2015

Babeczki z brokułami

Jestem wielką wielbicielką wytrawnych babeczek i kiedy ostatnio mieli pojawić się goście uznałam, że babeczki będą świetnym pomysłem. Przekopałam lodówkę w poszukiwaniu inspiracji i trafiłam na brokuła, który wymagał natychmiastowej obróbki  termicznej.  Znalazłam jeszcze fetę i papryczki chilli. Zestaw był doskonały. Wystarczyło tylko przygotować ciasto. Wszystkie składniki miałam w domu i niezwłocznie zabrałam się za przygotowania. Zaczęłam od brokuła, którego zwyczajowo ugotowałam na parze. Papryczkę pokroiłam w drobniutką kosteczkę, a fetę w trochę większą. Do przygotowania babeczek potrzeba:

4 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g jogurtu naturalnego
200 ml mleka
2 jajka
100 g masła
pół kostki fety
2 garści ugotowanych brokułów
papryczkę chilli
czarny pieprz
sól

Mąkę zmieszałam z proszkiem do pieczenia, jogurtem, mlekiem, jajkami i miękkim masłem. Mieszałam składniki mikserem do momentu kiedy masa zrobiła się idealnie gładka. Potem dodałam ser i warzywa, posypałam przyprawami i delikatnie wymieszałam łyżką, tak żeby dodatki równo rozłożyły się w cieście. Przyznam się, że byłam trochę leniwa i zamiast użyć foremek (nie znoszę ich myć) nałożyłam ciasto wprost do papilotek ułożonych na blasze. Babeczki trochę straciły na fasonie, ale nie na smaku, a to najważniejsze. Piekłam je w temperaturze 170 stopni przez ok. 40 min. (nie jestem jak zwykle pewna czasu, miały złotą skórkę, a w środku nie były surowe jak je wyjęłam)


czwartek, 19 lutego 2015

Białkowa sałatka z tuńczykiem

Sama nigdy nie stosowałam diety Dukana, ale zdarza mi się od czasu do czasu robić sobie dni z samym białkiem. Czuję wtedy że mój organizm zaczyna działać na szybszych obrotach, jestem mniej zmęczona i poprawia mi się trawienie. Początkowo nie miałam pomysłu na moje białkowe dni. Jadłam to co można, ale bez specjalnego zapału. Jajka, tuńczyk z puszki w sosie własnym, pierś z kurczaka pieczony w rękawie, chudy ser biały, jogurt naturalny 0%, generalnie nudna prawie głodówka. Oczywiście sama nie wymyśliłam takiej fajnej diety, z nią jest tak samo jak z bezglutenowym jedzeniem, o którym już kiedyś pisałam. 

Pewnego dnia gdy zarządzony został dzień białkowy uznałam, że koniec z tym bezpłciowym jedzeniem. Dokładnie wypytałam co możemy jeść, a co jest zabronione i zrobiłam sałatkę. Jest prosta, szybka i bezglutenowa, a jeśli ma być trochę podkręcona wystarczy dosypać do niej posiekanego szczypiorku. 
Do jej przygotowania potrzeba:

6 jajek ugotowanych na twardo
2 puszki tuńczyka w sosie własnym
5 czubatych łyżek jogurtu naturalnego 0%
2 łyżki musztardy francuziej
sól
kolorowy pieprz
posiekany koperek
posiekana natka pietruszki.

Jajka kroję w kostkę i dodaję do nich tuńczyka. Jogurt mieszam z musztardą, odrobiną soli, kolorowym pieprzem, siekanym koprem i pietruszką. Proporcje przypraw zależą od gustu przyrządzającego. Wszystko trzeba wymieszać i gotowe. 



sobota, 14 lutego 2015

Ciasteczkowe serduszka z malinowym lukrem na Walentynki

Walentynki to dla mnie takie "niby święto". Okazja żeby kupić trochę wykałaczek z serduszkami i parę foremek o dziwnych kształtach. Skoro jednak mniej lub bardziej zaczyna się wkradać do społecznej świadomości, to postanowiłam, że przygotuję coś. Bardzo rzadko piekę ciastka, szczególnie te kruche. Ciasto wychodzi mi dobre, ale nie lubię całej zabawy, która się wiąże z wykrawaniem i przekładaniem na blaszkę. Niejadek chciał piec ciastka już kilka dni temu więc się zgodziłam. 

Przepis podpatrzyłam w książce z przepisami Star Wars, oczywiście pozmieniałam po swojemu i dodałam lukier, a nie posypałam cukrem pudrem. Chciałam, żeby polewa była czerwona albo różowa. Staram się nie korzystać z barwników spożywczych. Co z tego, że można uzyskać intensywną zieleń jak zawiera ona całą masę przetworzonych chemicznie składników. Do przygotowania lukru użyłam:

cukru pudru
domowego, nieklarowanego syropu malinowego

Wystarczyło zmieszać cukier z syropem i już. Lukier musi być gęsty, żeby ładnie układał się na ciasteczkach, a nie rozlewał się wszędzie.

Do przygotowania ciastek natomiast potrzebowałam:

200 g miękkiego masła
250 g cukru
2 jajka
1 laskę wanilii
300 g mąki pszennej
szczyptę soli

Masło rozbiłam mikserem i wsypałam cukier.  Ucierałam przez jakiś czas, następnie wbiłam jedno jajko, a kiedy masa była gładka dodałam drugie i powtórzyłam proces. Wsypałam ziarenka z jednej laski wanilii i zaczęłam dodawać po łyżce mąki ze szczyptą soli, cały czas miksując. Gotowe ciasto zawinęłam w folię i włożyłam do zamrażalnika na godzinę. 

Kawałki ciasta rozwałkowywałam pomiędzy dwoma kawałkami foli spożywczej, wykrawałam serduszka i kładłam na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. W piekarniku rozgrzanym do 200 stopni trzymałam ciasteczka tak długo, aż stały się brązowe.Na koniec lukier i gotowe, efekt widać poniżej.


 ciasteczka, Walentynki, #valentains, cookies


środa, 11 lutego 2015

Racuchy na tłusty czwartek

Jutro tłusty czwartek! Nie znam osoby której by ten fakt nie cieszył. Oczywiście w drodze do pracy kupię zapas pączków i kilka na pewno wróci ze mną do domu. Jednak nie mogę sobie odmówić jednej przyjemności. Smak dzieciństwa i domu - racuchy. Zanim mama skończyła smażenie to połowy już nie było. Zawsze z siostrą podjadałyśmy. Świeże, chrupiące, posypane grubą warstwą cukru pudru. Do przygotowania racuchów potrzeba:

1/2 kg mąki
1 opakowanie suszonych drożdży 
otartą skórkę z cytryny 
2 łyżki cukru
szczyptę soli
ciepłe mleko
olej 
cukier puder

Mąkę trzeba wymieszać z drożdżami, dodać sól, cukier i skórkę z cytryny. Wszystko wymieszać i wlać mleko. Nigdy nie wiem ile wlewam mleka. Ciasto musi  mieć konsystencję jogurtu greckiego. Zmiksowane na gładką masę odstawia się do wyrośnięcia. Jak zwiększy swoją objętość, nakładamy je na łyżkę zmoczoną w gorącym tłuszczu. Racuchy oczywiście smażymy na głębokim oleju. I układamy w garnku lekko poklepując (garnek jest lepszy do smażenia, olej mniej pryska). Na koniec pozostaje tylko posypać je cukrem pudrem i się delektować. 




niedziela, 25 stycznia 2015

Rozgrzewająca zimowa kasza

Już było tak pięknie, a tu znowu spadł śnieg. I przypomniały mi się święta. Po choince już nawet nie został aromat, ale w powietrzu coś przypomniało o grudniu. W ferworze przedświątecznych przygotowań zabrakło mi czasu na umieszczenie kilku wpisów. Między innymi został mi post o zimowej kaszy. Któregoś zimnego popołudnia wróciłam z pracy przemarznięta, herbatka z miodem nie pomogła i bałam się, że dopadnie mnie jakieś choróbsko. Doszłam do wniosku, że rozgrzeje się obiadem. Podstawowym składnikiem była kasza gryczana, którą bardzo lubię, a mam wrażenie, że często o niej zapominam. Do przygotowania rozgrzewającego zimowego posiłku potrzeba:

200 g kaszy gryczanej
kawałek świeżego imbiru
2 ząbki czosnku
kilka pieczarek
2 papryczki chilli
2 łyżki miodu
kieliszek rieslingu
masło
sól
pieprz cayenne

Kaszę bez woreczków gotowałam tak, żeby wchłonęła wodę. Dodałam do niej wtedy czosnek i pieczarki podsmażone na maśle, drobno posiekany imbir i chilli. Wymieszałam z miodem i na koniec wlałam riesling. Zostawiłam jeszcze na jakieś pięć minut  na kuchence, żeby smaki się połączyły. Przed przełożeniem do miseczek przyprawiłam szczyptą soli i pieprzem.





poniedziałek, 19 stycznia 2015

Zupa szpinakowa

Ostatnio znowu stałam się wielbicielką zup. Przez jakiś czas jadłam je na mieście, jednak odkąd zaczęłam dostawać zgagi w moim ulubionym lokalu, odpuściłam sobie. Podejrzewam, że zmienili receptury. Dodają więcej tłuszczu albo kostki rosołowe. Nie twierdze, że to zła praktyka, ale co za dużo to powoduje problemy z układem pokarmowym. Zamiast stołować się na mieście znowu gotuję w domu. Z reguły mam nadmiar rosołu. Mój niejadek nie zawsze ma ochotę na zupkę, więc zawsze coś zostanie. Szczególnie, że gotuję raz w tygodniu wielki gar tej zupy. Na szczęście zawsze można ją użyć jako bazę. Gorzej jakby jadał tylko ogórkową.

Chyba cierpię na brak żelaza, bo chce mi się szpinaku. Ile można jeść go na gęsto? Zupa jest świetną alternatywą. Do jej przygotowania potrzeba:

5 chochli rosołu
1 paczka mrożonego szpinaku
3 ząbki czosnku
3 łyżki jogurtu naturalnego
sól
czarny pieprz
twardy ser (typu feta)

Do rosołu wrzuciłam szpinak, żeby się rozpuścił. Kiedy zawartość garnka zaczęła przypominać zupę dodałam posiekany czosnek i sól. Zostawiłam na małym ogniu na 15 minut, żeby trochę woda odparowała. W między czasie pokroiłam ser w kostkę. I włożyłam do opiekacza na kilka minut. Można to zrobić również w piekarniku. Zdjęłam zupę z kuchenki zmiksowałam ją blenderem, dodałam jogurt naturalny i świeżo zmielony, czarny pieprz. Przed podaniem do miseczek wrzuciłam upieczony ser.

Spinach soup, zupa szpinakowa, Špinatai sriuba, soupe aux épinards, espinacas sopa, Spinat-Suppe, Шпинат суп

niedziela, 18 stycznia 2015

Domowe nachos

Zastanawiałam się czy można w warunkach domowych zrobić nachos. Przekopałam internet i znalazłam przepis ze zdjęciem, na którym trójkąciki z ciasta wyglądały całkiem apetycznie. Zastosowałam się do zaleceń z receptu i na przyjęcie sylwestrowe przygotowałam nachosy. Jednak nie bardzo przypominały takie paczkowane ze sklepu. Przede wszystkim były z mąki pszennej i z dużą ilością masła. Nie powiem były bardzo smaczne. Jednak to nie było to.

Jakiś czas później robiłam chlebek z ciecierzycy i mnie oświeciło. Przepis na nachosy musi być prosty. Podjęłam więc drugą próbę. Nie pamiętam proporcji, ale przy takich składnikach są one zupełnie bez znaczenia. Na oko widać czy ciasto ma właściwą konsystencje.  Do przygotowania nachosów potrzebowałam:

mąkę kukurydzianą
olej kukurydziany
wrzącą wodę
sól
ostrą, suszoną paprykę

Mąkę kukurydzianą usypałam w stożek, zrobiłam w nim wgłębienia i powoli wlewałam wrzątek, zagarniając mąkę z zewnątrz, tak samo jak z ciastem na pierogami. Kiedy prawie cała mąka była zarobiona, poczekałam aż  przestygnie. Posypałam ją solą i ostrą papryką, dodałam oleju tak żeby ciasto było elastyczne.   Wyrobiłam i uformowałam wałek jak na kopytka. Dużą patelnię postawiłam na palniku, żeby się porządnie rozgrzała. Kawałki ciasta rozwałkowywałam i wycinałam z nich trójkąty (nie wszystkie równoboczne :D), które układałam na gorącej suchej patelni. Żeby ciasto nie przywierało podczas wałkowania, wałek i stolnice smarowałam w newralgicznych punktach olejem. Kawałki ciasta wystarczyło raz obrócić. Przekąska na wieczór była gotowa brakowało tylko guacamole.


 nachos

piątek, 2 stycznia 2015

Prawdziwa carbonara

Zaczął się nowy rok i po świątecznym obżarstwie postanowiłam schudnąć. Kolega stwierdził, że może lepiej zrobić jakieś bardziej realne postanowienie w stylu: rzucam palenie; ale nie. Przede wszystkim to ja się muszę zacząć ruszać, a bieganie po kuchni przez  pół dnia nie sprawia, że kalorie się spalają. Ich ilość się zwiększa przez pączkowanie wywołane nieznośną bliskością lodówki. Tym czasem, żeby uciec z kuchni zapadłam się w krześle przy biurku i pisze zaległe posty. Trafiłam miedzy innymi na zdjęcie carbonary, wykonane jakiś miesiąc temu. Nie powiem, zrobiłam się głodna.

Wersja ze zdjęcia jest włoska, a nie tłusta, europejska. Makaron ze śmietaną 30% i boczkiem to potrawa, której mogę zjeść dwa widelce i mam dość, a potem jeszcze zgaga, wzdęcie... Nie, to zdecydowanie nie dla mnie. Prawdziwa carbonra jest lżejsza. 

Do jej przygotowania potrzeba (porcja dla dwóch osób):

200-250g makaronu
100 g  boczku
4 żółtka 
mleko
twardy ser
czarny pieprz

Makaron wesoło bulgocze, a w miedzy czasie boczek pokrojony w drobną kostkę wysmaża się na duże patelni. Kiedy jest już chrupiący wrzuca się do niego odcedzony makaron, wlewa cztery żółtka rozbełtane z odrobiną mleka i miesza. Potrawę układa się na talerzach posypuje startym serem np. grana padano i dużą ilością świeżo zmielonego, czarnego pieprzu.