Translate

niedziela, 28 grudnia 2014

Domowe lody

Świąteczne lenistwo czasem bywa inspirujące. W pierwszy dzień świąt leżałam na kanapie, czytałam książkę, którą znalazłam pod choinką i jednym okiem zerkałam na telewizor. Leciał akurat bożonarodzeniowy Jamie Oliver. Wśród całej masy pysznych potraw, które pewnie są opublikowane w jakiejś książce, były też domowe lody. Nie zapamiętała oczywiście receptury. Pamiętała składniki. Lody robił na bazie kremu waniliowego o jakiejś włoskiej nazwie. Pomyślałam, że spróbuję, szczególnie, że ktoś bardzo mi bliski miał mieć urodziny.

Do przygotowania lodów potrzebowałam:
4 jajka
170 ml śmietanki 30%
100 g cukru
3 Snickersy
1 tabliczka gorzkiej czekolady
1 laska wanilli
szczypta soli

Oddzieliłam białka od żółtek. Białka wstawiłam do lodówki. Żółtka utarłam z cukrem i dodałam wanilię.
W między czasie rozpuściłam w kąpieli wodnej tabliczkę czekolady i dwa Snickersy. Do białek dodałam szczyptę soli i ubiłam je na sztywną pianę. Śmietanę również ubiłam. Białka, żółtka i śmietanę połączyłam delikatnie mieszając, aż masa stała się jednolita. Na koniec wlałam rozpuszczoną czekoladę z batonikami robiąc marmurkowy wzorek jak w programie. Ostatniego Snickersa posiekałam i posypałam gotową masę, którą wstawiłam do lodówki na całą noc. Wafle kupiłam, może kiedyś spróbuje zrobić sama. Tym czasem mam w planach lody truskawkowe. Na szczęście mrożone truskawki można dostać przez cały rok.

 domowe lody, גלידת תוצרת בית, homemade ice cream, 自家製アイスクリーム, hausgemachtes Eis, helados caseros, crème glacée maison, namų ledai

piątek, 26 grudnia 2014

Bezglutenowe krokiety

Kuchnia bezglutenowa ostatnio jest bardzo popularna. Nie tylko osoby z nietolerancja na gluten stosują tę dietę. Od jakiegoś czasu stała się ona po prostu modna. Nieprzyswajalność glutenu nie jest wyrokiem. Można przyrządzać bardzo ciekawe dania, nawet świąteczne, a pokarmów z których trzeba zrezygnować naprawdę nie jest tak dużo. Świąteczne potrawy nie są wyjątkiem. U mnie w domu do barszczu były podawane krokiety. Jak krokiety, to trzeba przygotować naleśniki. Mąkę pszenną z powodzeniem można zastąpić mąką z ciecierzycy.

Naleśniki mają bogatszy smak. Taki odrobinę fasolowy. Do przygotowania bezglutenowych naleśników potrzeba:

250 g mąki z ciecierzyce
2 jaka
sól
wodę
mleko
3 łyżki olej

Jak w przypadku wersji standardowej należy  wszystko wymieszać tak, żeby nie było grudek, a ciasto było odpowiednio rzadkie. Za gęste nie chce rozlewać się ładnie po patelni. Naleśniki z ciecierzycy smażymy jak każde inne. Są nieco sztywniejsze dlatego dodaję więcej oleju do ciasta, co sprawia że jest bardziej elastyczne.

gluten-free pancakes,crêpes sans gluten, tortitas sin gluten, glutenfreie Pfannkuchen, 无麸质煎饼, グルテンフリーのパンケーキ, פנקייק ללא גלוטן, bezglutenowe naleśniki

Farsz do bezglutenowych naleśników zrobiłam słodki. Smak standardowych pieczarek jakoś gryzł mi się z fasolowymi naleśnikami. Do jego przygotowania potrzebowałam:

800 g pieczarek
1 średnią cebulę
1 dużą garść żurawiny
1 łyżka miodu
masło
odrobinę oleju
kieliszek rieslingu
sól
świeżo zmielony czarny pieprz

Na patelnie wyłożyłam masło i dodałam odrobinę oleju. Masło nie pali się jeśli ma olej do towarzystwa. Na rozgrzany tłuszcz wrzuciłam drobno posiekaną cebulkę. Kiedy się zeszkliła dodałam obrane i pokrojone w kostkę pieczarki. Posypałam je solą żeby puściły wodę. Jak zmiękły dolałam wino, wsypałam garść posiekanej żurawiny i łyżkę miodu. Dusiłam przez jakiś czas, aż większość wody odparowała. Posypałam pieprzem i farsz był gotowy.


gluten-free pancakes,crêpes sans gluten, tortitas sin gluten, glutenfreie Pfannkuchen, 无麸质煎饼, グルテンフリーのパンケーキ, פנקייק ללא גלוטן, bezglutenowe naleśniki

czwartek, 11 grudnia 2014

Puszyste śniadanie z omletem białkowym i bez glutenu

"Śniadanie to podstawowy posiłek", zdanie powtarzane jak mantra. No cóż czy się to komuś podoba czy  nie tak jest. Ja osobiście nie jestem wielbicielką śniadań. Do godziny 13:00 spokojnie mogę nie jeść i wcale nie odczuwam głodu. Trzy kawy świetnie zastępują  mi  posiłek. Jednak zdrowy rozsądek stuka mi gdzieś w tył czaszki i powtarza, że tak nie można. W ramach życzeń na trzydziestkę ktoś podesłał mi link do artykułu. Był on o tym dzieje z organizmem po trzeciej dekadzie i trochę się przestraszyłam. Postanowiłam, że koniec zwalania wszystkiego na brak czasu i trzeba się za siebie wziąć. Nie jestem rano głodna, ale staram się zjeść coś zdrowego, żeby nie wychodzić do pracy z pustym żołądkiem i nie robić przysługi wrzodom.

W dni wolne staram się bardziej. Ostatnio przygotowałam na śniadanie omlet białkowy i sałatkę z fenkułem. Sałatka była niczego sobie. Znalazłam przepis w internecie, trochę go oczywiście zmodyfikowałam. Jednak kiedy doszło do konsumpcji uznałam, że receptura wymaga dopracowania. Dlatego na razie w ramach dygresji od omletu tylko zdjęcie, a przepis w najbliższym czasie.


Tymczasem pomysł na omlet pojawił się kiedy czytałam jakieś jadłospisy znanych ludzi. Co druga osoba, ponoć codziennie jada takie omlety na śniadanie. Miałam kilka białek w lodówce (żółtka wylądowały w carbonarze) i uznałam, że to ten moment. Jak pisałam jakiś czas temu moda na unikanie glutenu zagościła pod moim dachem i jakoś nie chce minąć. Dlatego omlet dodatkowo był bezglutenowy. Do jego przygotowania potrzebowałam:

3 białek
łyżkę mąki z ciecierzycy
3 plastry szynki szwarcwaldzkiej
kawałek awokado
kawałek niebieskiego, twardego sera pleśniowego
ziarna słonecznika
olej słonecznikowy
masło

Białka ubiłam na sztywną pianę, pod koniec ubijania dodałam łyżkę mąki i miksowałam, aż całość miało gładką fakturę. Na patelnię wylałam trochę oleju i dałam kawałek masła. Na rozgrzany tłuszcz wysypałam trochę ziaren słonecznika, żeby się zarumieniły. Do piany dodałam, delikatnie mieszając: szynkę, awokado i ser. Wszystko pokrojone na drobne kawałki. Białą masę przełożyłam na patelnię. Omlet obróciłam jak zarumienił się z jednej strony, a kiedy druga była złota, śniadanie było gotowe.

 omlet bezglutenowy, glutenfreies Omelett,  tortilla sin gluten, omelette sans gluten, gluten-free omelette


niedziela, 7 grudnia 2014

Cynamonowe bułeczki

Zbliżają się święta, pora na pachnące cynamonem, imbirem i żurawiną słodkie wypieki. Powoli się przygotowuję na wielki pieczenie i co parę dni testuje nowe pomysły. Ostatnio piekłam ślimaczki cynamonowe. Ubóstwiam cynamon w każdej postaci i nigdy nie mam go dość. Niestety mój niejadek nie podziela tego entuzjazmu i z kilometra wyczuję choćby szczyptę cynamonu. Wtedy zaczyna od razu się wykrzywiać. Ja jednak się nie poddaję i cały czas próbuję go namówić chociaż na mały kęs.

Cynamonki przygotowałam na bazie ciasta drożdżowego. W planach mam jeszcze eksperymenty z innymi ciastami. Do przygotowania ślimaczków cynamonowych potrzeba:

1/2 kg mąki pszennej
2 jajka
1 paczkę suszonych drożdży
mleko
3/4 szklanki cukru
3 łyżki oleju
szczyptę soli

Ciasto przygotowałam jak zwykle. Mąkę pszenną zmieszałam z drożdżami, dodałam jajka, cukier i ciepłe mleko. Nigdy nie wiem ile go dokładnie leję, wydaje mi się że około 3/4 szklanki. Oczywiście do wszystkiego należy wsypać szczyptę soli, ciasto drożdżowe nie jest wyjątkiem. Nasypałam ok. pół łyżeczki białych kryształków. Wyrobiłam ciasto i na koniec dolałam jeszcze dwie łyżki oleju z prażonych orzechów włoskich. Ciasto dokładnie zagniotłam i poczekałam aż wyrośnie.

Wyrośnięte podzieliłam na dwie części, każdą rozwałkowałam na łady prostokąt i posmarowałam masą cynamonową, która jest bardzo prosta, do jej przygotowania potrzeba:

1/2 kostki masła
100g cukru
2 łyżeczki cynamonu

Bardzo miękkie masło dokładnie zmieszałam z cukrem i cynamonem. Następnie posmarowałam cynamonową papką rozwałkowany placki drożdżowe. Ciasto zwinęłam w rulon i odcinałam 2 cm kawałki, które układałam na papierze do pieczenia. Blaszkę włożyłam do piekarnika rozgrzanego do dwustu stopni i piekłam, aż zrobiły się rumiane.

bułeczki cynamonowe, cinnamon rolls, brioches à la cannelle, brioches à la cannelle, Zimtschnecken

niedziela, 30 listopada 2014

Kremowa zupa pomidorowa z mozzarellą

Wczoraj były Andrzejki, jakoś się tak poskładało, że mieliśmy gości. Czyli trafiła się okazja, żeby sobie pogotować. Wśród gości były dzieci, dlatego zdecydowałam się na słodkie menu, nie w stu procentach, ale  słodyczy było zdecydowanie więcej niż zwykle. Musiało też być coś na ciepło. Przygotowałam krem z pomidorów z mozzarellą, do którego było focaccio z czarnymi oliwkami. Postawiłam na szwedzki bufet, a zupę postawiłam w garnku, wazy mam niestety za małe.



Bazą do zupy było sofritto. Na oleju z prażonych pistacji podsmażyłam marchewkę, korzeń pietruszki i średnią cebulę. Do przygotowanie kremu z pomidorów potrzeba:

olej albo oliwa co kto lubi
marchewkę
korzeń pietruszki
cebulę
6 puszek pomidorów
400 ml przecieru pomidorowego
2 mozzarelle kulki
świeżą bazylię
sól 
czarny pieprz

Jak widać porcja jest na więcej niż dwie osoby. Do garnka z gotowym sofrito wlałam zawartość puszek i przecier. Zostawiłam na małym ogniu na jakieś trzy kwadranse, żeby się odparowało. Zdjęłam z kuchenki garnek, dodałam garść świeżych liści bazylii, sól, pieprz i pocięta na kawałki mozzarellę, na koniec wszystko potraktowałam blenderem.


czwartek, 20 listopada 2014

Bezglutenowy chleb

Pisząc ostatnio o brawnie wspomniałam, że zaprowadzono w moim domu dietę bezglutenową, na potrzeby sprawdzenia teorii spiskowych dotyczących pszenicy. Przyjęłam ją pokornie i bez buntu. Przerobiłam kilka diet w swoim życiu, można i taką. A nuż się uda. Początkowo całkowicie zrezygnowaliśmy z pieczywa. Przecież we wszystkim co jest dostępne w normalnych sklepach czai się podstępny gluten. Po kilku dniach zaczęło mi do tego stopnia jednak brakować chleba, że zaczęłam podjadać wafle ryżowe, których naprawdę nie lubię. Kryzys się pogłębiał, więc tupnęłam nogą i powiedziałam basta! Upiekę własny chleb. 

Przeszperałam internet w poszukiwaniu pieczywa z mąki ziemniaczanej. Znalazłam przepisy tylko z mieszanych mąk. Odniosłam wrażenie, że wszędzie królowała mąka z migdałów. Jak się okazało jest cholernie droga. 500g mąki za 35 złoty to jest fanaberia, a nie zdrowa dieta. Nie jestem pewna czy w przepisie, na który się zdecydowałam nie było jej przypadkiem w składzie. Gdy wlałam mleko tak jak było napisane, to w misce powstało bardzo rzadkie ciasto na naleśniki. Kserowałam kartki z przepisem i chyba ją przysłoniłam. To jednak nie jest istotne. Zwiększyłam ilość innych mąk, a co  najważniejsze jest, że upiekłam chleb bezglutenowy. 

Do jego przygotowania zużyłam:

250g mąki ryżowej
200g mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki suszonych drożdży
300ml ciepłego mleka
1 duże jajko
trochę soli
trochę cukru

Wszystkie suche składniki połączyłam ze sobą, dodałam mleko i miksowałam. Na koniec wbiłam całe jajko. Miksowałam jeszcze przez chwilę, a potem zaczęłam wyrabiać ciasto ręcznie. Kiedy uznałam, że ma dość, odstawiłam je w ciepłe miejsce i zostawiłam na godzinę, przykryte ścierką. Byłam bardzo sceptycznie nastawiona i raczej wątpiłam w zwiększanie objętość. Ku mojemu zaskoczeniu jednak urosło. Podłużną foremkę wysmarowałam masłem i przełożyłam do niej ciasto. Miało śmieszną konsystencję. Podejrzewam, że to przez mąkę ryżową. Było jakby suche, łamało się. W foremce odstało jeszcze jakieś trzy kwadranse. Zastosowałam się do zaleceń i zwilżyłam ciasto z wierzchu wodą. Wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do temperatury 190 stopni Celsjusza  na około 45 min. Co ciekawe udało się. Chleb w smaku był delikatny i był najbielszym pieczywem jakie widziałam. Teraz koniecznie muszę spróbować chleba z samej mąki ziemniaczanej. Szczerze wierzę, że taki musi istnieć.



 chleb bezglutenowy, gluten-free bread, glutenfreies Brot, pan sin gluten, pain sans gluten

niedziela, 16 listopada 2014

Brownie czyli grzech w czystej postaci

Robiąc porządki w książkach kucharskich trafiłam na starą teczkę, w której było pełno podejrzanych wydruków i powyrywanych stron z gazet, a nawet kilka dodatków specjalnych. Wśród nich była kuchnia amerykańska, dodatek do gazety wyborczej z przed 10 lat. Trafiłam ta na przepis na brownie. Uwielbiam czekoladą i nie mogłam sobie odmówić. Nie miałam w domu orzechów włoskich więc zastąpiłam je płatkami migdałów, zresztą bez dodatków też wychodzą świetne. W przepisie zastanowiło mnie rozpuszczanie masła i czekolady na parze. Zawsze robiłam to w kąpieli wodnej, ale jak mus to mus. 

Do przygotowania grzechu w czystej postaci potrzeba:

2 tabliczki gorzkiej czekolady
1 kostkę masła
6 dużych jajek
30 dag cukru
10 dag mąki
1 garść orzechów włoskich

Taki był oryginalny przepis, jak wyżej wspomniałam ja zamiast orzechów włoskich użyłam migdałów. Do garnka z sitkiem, takiego do gotowania na parze wstawiłam metalową miskę. Wrzuciłam do niej pokruszoną czekoladę i pociętą na kawałki kostkę masła,  przykryłam pokrywką i podkręciłam temperaturę. Woda w garnku szybko zaczęła bulgotać. W między czasie wbiłam do miski sześć jajek. Po kilku próbach jestem przekonana, że muszą to być duże jajka, inaczej ciasto wyjdzie suche. Jajka połączyłam z cukrem i mąką. Czekolada z masłem ładnie się rozpuściła. Rozmieszałam je trzepaczką i wystawiłam miskę na balkon, żeby trochę przestygły. Dużą prostokątną blachę wyłożyłam papierem do pieczenia. Połączyłam obie masy i wylałam na papier. Ciasto piekło się 20 minut w temperaturze 200 stopni bez termoobiegu.


 browni,bezglutenowe, sans gluten, glutenfreie, sin gluten, gluten-free

Ostatnio padł pomysł, żeby przetestować dietę bezglutenową. Wiadomo, cała teoria spiskowa wokół modyfikacji genetycznej pszenicy. Nie jestem przekonana czy to prawda, ale postanowiłam spróbować. Po drodze wypadł jednak oficjalny obiad  i musiałam upiec jakieś ciasto. Postawiłam na browni! Zastąpiłam mąkę pszenną mąką ryżową. Ta wersja browni była najlepsza. Od tej pory innej mąki do ciasta nie będę dodawać. Bezglutenowe browni rządzą!!!

 browni,bezglutenowe, sans gluten, glutenfreie, sin gluten, gluten-free

poniedziałek, 10 listopada 2014

W razie przypadkowych gości, na stole lądują słodkie i szybkie ciasteczka z migdałami

Dawno mnie tu nie było. Mimo najszczerszych chęci, rzucić gotowania nie potrafię i oczywiście nie mogę, bo jak  nie ja to kto? Pomyślałam, że po miesięcznym urlopie od blogowania zacznę od czegoś małego i prostego. Nie leniłam się przez październik i całkiem sporo stałam przy garach i piekarniku. Zdjęcia też porobiłam, tylko zabrakło czasu na opisówkę.

Jak wielokrotnie pisałam mam wyjątkowo upartego niejadka w domu. Staram się nie dawać mu w ogóle słodyczy, a jak już to takie przygotowane w domu. Niestety czekoladowe jogurty nie wspomagają apetytu. Któregoś dnia rano zjadł śniadanie, całkiem grzecznie i bez marudzenia, co jak na niego było dziwne, a potem bez jęczenia wciągnął cały talerz zupy. Pomyślałam, że trzeba mu jakiś deser przygotować. Niejadek lubi wszystko co suche, w czołówce jego ulubionych produktów jest ciasto francuskie. Został mi kawałek gotowego w lodówce z tarty, którą przygotowałam dzień wcześniej. W tym miejscu powinnam się przyznać, że nigdy nie miałam odwagi przygotować tego ciasta sama.

Pomyślałam o ciasteczkach. Wszystkie wypieki z ciasta francuskiego smarowałam zawsze żółtkiem  z dodatkiem mleka. Zbiesiłam się jednak i powiedział nie. Po prostu nie chciało mi się  bawić z jajkiem. Pokroiłam ciasto na kwadraty 2x2 cm. Ułożyłam na blaszce wyścielonej papierem do pieczenia, posmarowałam samym mlekiem i na każdym płatku ciasta położyłam migdał. Na koniec posypałam cukrem trzcinowym.

Ciastka nie było dużo, zmieściły się na spodku od filiżanki. Niejadek zbliżył się niechętnie i z niepokojem w oczach spróbował. Potem zachował się jak wytrawny złodziej i za moimi plecami opędzlował całą porcję. Nawet nie połapałam się kiedy mu się to udało. Jedno na szczęście spróbowała, zanim go zawołałam. Wyszły nieźle. Pieczone migdały są przepyszne, a w razie niespodziewanej wizyty... No cóż 20 minut roboty i voilà!



poniedziałek, 29 września 2014

Urodzinowe paszteciki

W zeszłym roku na swoje urodziny postanowiłam upiec do pracy ciasto. Niestety przez urok, przypadkowo rzucony nic z tego nie wyszło. Jedno było zakalcem, a drugie za mocno się spiekło. W tym roku postanowiłam nie ryzykować i zrobić coś na słono i w mniejszym formacie. Padło na paszteciki.Oczywiście jak to co roku bywa, musiało coś nawalić. Tym razem nigdzie nie było pieczarek. Udało mi się kupić tylko  25dag. Zaplanowałam połowę pasztecików z pieczarkami, a drugą połowę ze szpinakiem. Niestety większość zrobiłam z zielonym nadzieniem. Na braki w zaopatrzeniu w okolicznych sklepach nic nie da się poradzić. 

Najpierw przygotowałam farsze. Pieczarki obrałam i pokroiłam w plastry i jeszcze na pół. Potrzebna była jeszcze duża cebula. Pokroiłam ją w kostkę i podsmażyłam, dodałam pieczarki, posoliłam i smażyłam, aż był miękkie, na koniec posypałam czarnym pieprzem.

Szpinak miałam mrożony. Gotowałam go na wolnym ogniu, żeby odparować jak najwięcej wody. Dodałam do niego trzy wyciśnięte ząbki czosnku, sól i pieprz. Kiedy większość wody zniknęła dodałam pół kostki fety i gotowałam jeszcze jakieś piętnaście minut.

Kluczowe było ciasto. Do jego przygotowania potrzebowałam:

0,5kg mąki pszennej
0,5 kostki świeżych drożdży
2 jajka
ciepłą wodę
sól 2 łyżki oleju słonecznikowego
żółtko
odrobinę mleka

W przesianej mące zrobiłam dołek i wlałam rozrobione drożdże. Kiedy urosły dodałam jajka, wodę i sól. Pod koniec wyrabiania dodałam olej. Ciasto zostawiłam do wyrośnięcia i włączyłam piekarnik ustawiając go na 200 stopni. Kiedy ciasto wyrosło dzieliłam je na części i rozwałkowywałam na szerokie pasy. W środkowej części układałam farsz, zlepiałam brzegi i smarowałam ciasto z wierzchu żółtkiem rozrobiony z odrobiną mleka. Następnie kroiłam "roladę" na paski i  układałam na papierze do pieczenia. Trzymałam w piekarniku, aż miały złoty kolor i wyglądały jak na poniższym zdjęciu.


 



poniedziałek, 8 września 2014

Bułeczki z bakaliami

Po powrocie do domu byłam tak padnięta, że na myśl o wyjściu po chleb do sklepu robiło mi się słabo.
Niestety perspektywa spaceru była prawie pewna, ponieważ nie miałam ani grama pieczywa. Zrezygnowana pokręciłam się po kuchni i uznałam, że zrobię słodkie bułeczki drożdżowe. Problemem okazały się drożdże. Miałam paczkę suchych, niestety otwartą, ale praktycznie całą. Nie pamiętam do czego ich mogłam używać, przecież przez całe wakacje nie piekłam. Postanowiłam zaryzykować. Nie chciałam robić nudnych bułeczek z kruszonką. Postanowiłam dodać garść mieszanki studenckiej i trochę suszonej żurawiny.
Do przygotowania bułeczek potrzebowałam:

450g mąki pszennej
1 opakowanie suchych drożdży
2 jajka
3 łyżki miodu
ciepłe mleko
szczyptę soli
 garść bakalii

Do posmarowania:
żółtko
odrobina mleka


Wyrobiłam ciasto mieszając wszystkie składniki prócz bakali i odstawiłam, żeby wyrosło. W między czasie rozbełtałam żółtko z odrobiną mleka i nastawiałam piekarnik na 200 stopni. Wyrośnięte ciasto zagniotłam jeszcze raz, tym razem dodając bakalie i uformowałam małe kulki. Ułożyłam je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, posmarowałam żółtkiem z mlekiem i wstawiłam do piekarnika. Piekłam aż zrobiły się złote. Najfajniejsze były w bułeczkach pieczone fistaszki.


środa, 27 sierpnia 2014

Gulasz wołowy

Przez wyjazdy i rozjazdy, nie bardzo miałam okazję ostatnio pogotować. I bardzo nieszczęśliwa jestem z tego powodu.Na szczęście wszystko wraca powoli do normy i zaczynam kręcić się po kuchni. Chodził za mną od jakiegoś czasu gulasz wołowy. Przez dobry tydzień szłam do sklepu po mięso i coś cały czas się nie chciało kupić. W końcu jednak kupiłam całkiem przyzwoitą porcję mięsa na gulasz i się zaczęło. Chciałam, żeby był ostry, ale nie za bardzo. Do jego przygotowania potrzebowałam:

400g mięsa wołowego
1 czerwoną cebulę
3 ząbki czosnku
1 średnią zieloną paprykę
2 łyżki mąki żytnie
1 łyżkę białej gorczycy
czarny pieprz
sól
1 wysuszoną papryczkę chilli
łyżka oleju słonecznikowego

Mięso pokroiłam w kostkę i podsmażyłam na oleju. Kiedy jego kolor zrobił się intensywnie brązowy dodałam cebulę pokrojoną również w kostkę. Gdy ta się ze szkliła zalałam zawartość garnka wodą, tak żeby dokładnie wszystko przykryło. Wrzuciłam gorczycę i chilli. Z zieloną papryką wolałam poczekać, żeby się nie rozgotowała.

gulasz wołowy, Fleischeintopf, Guiso de carne, 
beef Stew

Gdy mięso zrobiło się miękkie, zagęściłam gulasz mąką żytnią, dodałam sól i czarny pieprz. Początkowo chciałam do gulaszu podać kaszę gryczaną, jednak odkryłam w szafce makaron razowy i zmieniłam zdanie.  Druga porcja była  z dietetycznymi plackami ziemniaczanymi, ale o tym innym razem.



środa, 20 sierpnia 2014

Ryżowe łakocie z jabłkami

Ostatnio mój przyjaciel przeczytał artykuł o pszenicy, z którego to wynikało, że jest ona największy możliwym złem jakie konsumujemy. Ponoć po II Wojnie Światowej została zmodyfikowana do tego stopnia, że jej skład się całkowicie zmienił. Produkuje się jej teraz bardzo dużo i w zasadzie jest we wszystkim.  Brzmi to trochę jak teoria spiskowa. Jednak jak się nad tym zastanowić, to pszenica jest we wszystkim. Wystarczy iść na dział z batonikami. Prócz "smaku raju" i "pawełków z kolegami" we wszędzie możemy ją znaleźć. Ponoć powoduje chroniczne bóle stawów i inne schorzenia. Mój przyjaciel oczywiście od razu postanowił zrezygnować z tej trucizny i zapowiedział koniec spożycia!

Postanowiłam się przychylić do manifestu i też spróbować. Zupełnie przypadkiem kupiłam tego dnia papierówki, i zupełnie przypadkiem postanowiłam coś upiec. Wymyśliłam sobie mąkę ryżową. Nie miałam jej w domu, ale miałam biały ryż. Zaczęłam go mielić w takim mikserze, co ze wszystkiego robi papkę. Żaren nie miałam pod ręką niestety. Mąka z ryżu wyszła grubo ziarnista, ale się tym nie przejęłam. Nie wiem skąd przyszedł mi pomysł na drożdże. Miała być bez glutenowo przecież, ale cóż... Do mojej pierwsze, nie do końca udanej próby wyrzeknięcia się pszenicy użyłam:

500g mąki ryżowej
1/2 szklanki mąki pszennej
1 paczkę suchych drożdży
mleko
kilka papierówek
i powinnam 1/2 szklanki cukru

Nie do końca pamiętam ile mleka wlałam. Ciasto miało odpowiednią konsystencję. Zapomniałam niestety o cukrze i babeczki były nieco bez smaku. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że odrobina miodu czy słodkiego dżemu rozwiązywała problem. Wyrobione ciasto odstawiłam, żeby urosło. Kiedy znacznie zwiększyło swoją objętość, przełożyłam je do foremek i ułożyłam na nim kawałki papierówek. Piekłam w ok.200°C, aż zrobiły się rumiane.


Kilka dni wcześniej kupiłam małą, sylikonową foremkę w kształcie mufinki. Połowę ciasta, które mi zostało ułożyłam w niej, przykryłam plastrami papierówek, i położyłam resztę na wierzchu. Wyszedł mini torcik. Przy drugiej próbie kupię w sklepie porządnie zmieloną mąkę ryżową i nie zapomnę o cukrze. 


czwartek, 7 sierpnia 2014

Tradycyjny, letni, polski obiad

Jak myślimy o typowym letnim obiedzie to co przychodzi nam na myśl? Oczywiście świeże warzywa. W lecie najbardziej cieszą mnie młode ziemniaki ze śmietaną czy maślanką albo ziemniaki, a do nich mizeria z pachnących ogórków. W ciepłe miesiące objadam się bobem i arbuzami (tylko wtedy mają przyzwoite ceny i smakują tak jak powinny). Myśląc o typowym, letnim obiedzie przychodzi mi na myśl przede wszystkim jedno połączenie. Młode ziemniaki, fasolka szparagowa i jajko sadzone. Jeszcze na początku studiów nie mogłam zdzierżyć fasoli, nie znosiłam jej! Na szczęście człowiek mądrzej.  Teraz nie wyobrażam sobie przeżyć lata bez niej. Jest jej wiele gatunków. Ostatnio dostałam fioletową, która podczas gotowania robi się zielona i nakrapianą, której we wrzątku znikają plamki. Obie były pyszne i bez łyka. Przygotowuję fasolkę szparagową nieco inaczej niż większość. Nie podaję jej z bułką tartą, podsmażoną na maśle. Po prostu gotuję ją w osolonej wodzie i masłem. Ma wtedy lekko słodkawy smak.


Oczywiście do fasolki muszą być młode ziemniak. Obskrobane, a nie obrane, bezwzględnie posypane świeżym, posiekanym koperkiem. Zawsze można je jeszcze dodatkowo polać  śmietaną albo jogurtem naturalny. To jednak kwestia smaku i przyzwyczajeń jakie zabieramy ze sobą z domu.


Na koniec oczywiście jajko sadzone. Żeby było udane musi mieć płynne żółtko. A jeśli ma mieć idealne białko bez śladów przypieczenia trzeba usmażyć je na oleju. Tylko kto będzie przekładał wygląd nad smak? Lekki, letni obiad gotowy.



piątek, 1 sierpnia 2014

Arachidowe pesto dla niejadka

Wielokrotnie pisałam, że mam w domu niejadka. Próby podsunięcia czegoś nowego pod pyszczek spotykają się z reguły ze stanowczym i ostentacyjnym: NIE! Jednak jest na niego pewna metoda. Jak uda się wcisnąć mu jednego kęsa i jeśli mu posmakuje... To czasem nawet prosi o dokładkę. Poza tym ostatnio oglądał ze mną programy kulinarne w telewizji. Wszystkiego tam  próbowali i w dodatku dzieci gotowały.  Postanowiłam wykorzystać chwilę zapału i dałam mu do spróbowania listek bazylii. Posmakowało! Opowiedziałam o pesto, nie takim prawdziwym, tylko takim na potrzeby niejadka. Pomysł przypadła do gustu i został zaakceptowany.

Miałam trochę ciasta makaronowego w lodówce. Rozwałkowany placek mógł sam przepuścić przez maszynkę i zrobić nitki. Pesto sam miksował i sam wrzucał wszystkie składniki do maszyny rozdrabniającej. Nie ucieraliśmy, zbyt duży nakład pracy, zbyt szybko by się znudził. Do przygotowania arachidowego pesto potrzeba:

1/2 krzaczka bazylii
100g orzeszków ziemnych nie solonych
4 łyżki oleju arachidowego
sól

Jak wspomniałam wyżej, wszystko zostało zmiksowane na papkę. Soli użyłam bardzo mało. Gotowe pesto zmieszałam z gorącym, odcedzonym makaronem i obiad był gotowy. Potrawa się przyjęła. Poniżej nasz pierwszy po urlopowy obiad, wersja dla mamy, dziecko jada bez parmezanu oczywiście.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Zupa kalafiorowa z grillowaną marchewką

Jeśli mam wybierać wolę brokuły od kalafiora. Jednak czasem go kupuję dla równowagi. Ostatnio do obiadu był w wersji gotowanej z bułka tartą. Połowa została. Przeleżał dwa dni w lodówce i żeby nie dostał sam nóżek i nie wyszedł musiałam coś z nim zrobić. Uznałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie zupa. Pomyślałam o kremie. Krem jest świetny, ale tylko wtedy gdy coś chrupkiego równoważy jego konsystencje. Kremowe zupy bez dodatków są po prostu nudne. Mogłam zrobić grzanki z pieczywa. Jednak postawiłam na lżejsze i mniej kaloryczne rozwiązanie. Na marchewkę.

Do przyrządzenia mojego kremu z kalafiora potrzeba:

1/2 ugotowanego kalafiora
3 chochle rosołu
garść posiekanej natki pietruszki
1 średnią marchewkę
2 garści obranych nasion słonecznika
sok z cytryny
czarny pieprz
sól

Przygotowanie tej zupy jest bardzo proste i bardzo szybkie. Różyczki kalafiora zagotowałam z rosołem i zmiksowałam blenderem. Dodałam posiekaną natkę pietruszki, odrobinę soku z cytryny, sól i czarny świeżo zmielony pieprz. W międzyczasie uprażyłam nasiona słonecznika, a marchewkę pokrojoną w kostkę wrzuciłam na suchą patelnię grillową i poczekałam aż się zarumieni. Przed podaniem krem z kalafiora posypywałam słonecznikiem i marchwią.

Zdecydowanie wole kalafior w takiej formie, taki z wody do mnie nie przemawia.

 zupa kalafiorowa, Cauliflower soup, sopa de la coliflor, 
Blumenkohlsuppe, Chou-fleur soupe

czwartek, 3 lipca 2014

Szybka kolacja dla przyjaciół

Przed wyjazdami wakacyjnymi mam takie urwanie głowy, że nie mam czasu gotować. Obiady jem najczęściej na mieści (jest parę naprawdę fajnych miejsc we Wrocławiu) albo przygotowują coś sprawdzonego, szybkiego i absolutnie nudnego. Z ciekawszych dani, które ostatni zrobiłam były tarty. Wiem, że niedawno już o jednej pisałam, ale w sytuacji kiedy nie ma się czasu są one świetnym rozwiązaniem, szczególnie jeśli używa się gotowego ciasta francuskiego. Wieczorem mieli przyjść znajomi, godzina była niepewna, a stół nie mógł być pusty. Do końca nie wiedziałam ile będzie osób i w ogóle same niewiadome. Tarty są smaczne zarówno na ciepło jak i na zimno i pasują do większości trunków (od herbaty i soku przez piwo, aż do wysokich procentów). Dlatego przygotowałam dwie duże prostokątne, co spotkało się oczywiście z falą protestów współgospodarza (tarta musi być okrągła), ale cóż. Jak mają być goście musi być jakaś awantura, choćby taka tyci tyci.

Prócz tart zrobiłam jeszcze  sałatę z kurczakiem na ostro, prażonym słonecznikiem w słodko kwaśnym dresingu. Pierwsza tarta była ewidentnie serowa. Do jej przygotowania potrzebowałam:

1 ciasto francuskie
1 opakowanie pomidorków koktajlowych
kawałek niebieskiego, twardego sera pleśniowego
kawałek brie
liście świeżego oregano
3 jajka
mleko 
sól 
czarny świeżo zmielony pieprz

Blachę wyłożyłam papierem, ułożyłam ciasto podciągając brzegi do góry, żeby zalewajka się nie wylała. Pomidorki pokroiłam w ćwiartki, a sery w kostkę. Rozłożyłam równo na cieście, zalałam jakami rozbełtanymi z mlekiem, posypałam solą, czarnym pieprzem i świeżym oregano z uprawy doniczkowej na balkonie.

tarta z serem, tart with cheese, Tarte mit Käse, Tarta de queso, Tarte au fromage

Z drugą tarta postąpiłam dokładnie tak samo. Różniła się tylko zawartością. Prócz podstawowych składników potrzebowałam do jej przygotowania:

twardą fetę 
2 małe cukinie
kilka plastrów parzonego boczku
tymianek cytrynowy
2 papryczki chilli

Cukinię obrałam bo miała twardą skórę, pokroiłam w plastry i równo poukładałam na cieście, a reszta składników wylądowała na niej w artystycznym nieładzie.

tarta z serem, tart with cheese, Tarte mit Käse, Tarta de queso, Tarte au fromage

Wszystko zniknęło. Goście zjedli na zimno. Chyba smakowało, nikt nie narzekał na bóle brzucha. Przy moim ostatnim zabieganiu i roztargnieniu uważam to za mały sukces. Najbardziej chyba ucieszyło mnie to, że korzystałam z ziół, które sama wyhodowałam, a nie takich zmarnowanych z supermarketu.

 
dîner sur le balcon, cena en el balcón, 
dinner on the balcony, Abendessen auf dem Balkon

wtorek, 24 czerwca 2014

Wybuchowa sałatka z kurczakiem i granatem

Zaczęło się od nieudanej imprezy. Impreza to za duże słowo, spotkania towarzyskiego. Miało być, a w końcu nie było. Za to sąsiedzi przyszli. Niestety byli już po kolacji. Efektem całego zamieszania była pełna lodówka. Planowałam miedzy  innymi przygotować sałatkę z kurczakiem. Mięso pokroiłam w kostkę oblałam odrobiną oleju słonecznikowego, posypałam słodką papryką, pieprzem cayenne i solą, zostawiłam na godzinę w lodówce i usmażyła. Zamiast wrzucić gotowego kurczaka do sałatki trzymałam go jeszcze dwa dni w lodówce i robiąc co tygodniowy rekonesans, uznałam, że nadszedł czas sałatki, bo inaczej wszystko wyjdzie stamtąd na własnych nóżkach.

Wśród znalezisk było:

1 opakowanie rukoli z botwinką
200 g kurczaka
1 granat
1 limonka
resztka białego, półwytrawnego wina

Liście umyłam i osuszyłam. Kurczaka musiałam wskrzesić, więc wrzuciłam go na patelnię z łyżką gorczycy. Jak się zagrzał i przeszedł aromatem ziaren jego walory smakowe zdecydowanie się podniosły. Nasionami z połowy granatu obsypałam rukolę z botwinką. Dodałam kurczaka, a z wina, połowy limonki i łyżeczki miodu gryczanego zrobiłam dresing. Smak był naprawdę wybuchowy. 

Po raz kolejny wyszło mi coś z przypadku. Muszę chyba zacząć notorycznie przygotowywać menu na kolacje ze znajomymi i w ostatniej chwili je odwoływać albo przynajmniej przekładać o kilka dni. Kto wie jaki ciekawe pomysły przyjdą mi do głowy.


sałatka z kurczakiem, granat, rukola, botwinka, Salat mit Huhn, Granate, Rakete, Rote Beete,salade de poulet, grenades, fusées, betterave,ensalada con pollo, granada, cohete, remolacha,salad with chicken, grenade, rocket, beetroot,

piątek, 20 czerwca 2014

Tarta ze szparagami

Dwa tygodnie temu odkurzałam pod szafkami w kuchni. Byłam tak zawzięta w tym czyszczeniu, że rurą strąciłam blachy i dwa ceramiczne naczynia do zapiekania. Blachą nic się nie stało, ale wszystko co było do potłuczenia rozsypało się w drobny mak. Najbardziej żal mi było dużej owalnej formy. No cóż, zamiast płakać poszłam do sklepu. Kupiłam okrągłą formę do tarty z falowanym brzegiem. Musiałam oczywiście od razu ja przetestować. 

Sezon na szparagi w pełni, więc będzie tarta ze szparagami!!! Postanowiłam i niezwłocznie pobiegłam do warzywniaka. Ostatnio nie wychodzą mi ciasta pod tarty, dlatego kupiłam gotowe francuskie. Czasem można trafić paczkowane okrągła do specjalnie dedykowane do tarty, które jest naprawdę smaczne, ale niestety nie tym razem.

Do przygotowania tarty ze szparagami potrzebowałam:

1 ciasto francuskie
1 garść żółtych pomidorków koktajlowych 
10 dag niebieskiego sera pleśniowego
10 dag szynki w kawałku
1 pęczek cienkich zielonych szparagów
3 jajka
mleko
sól 
czarny pieprz

Ciasto dopasowałam do formy. Ponakłuwałam jego spód widelcem.Gęsto ułożyłam zblanszowane szparagi, którym wcześniej obcięłam stwardniała końcówki. Ser i szynkę pokroiłam w kostkę, a pomidorki na połówki. Wysypałam wszystko na wierzch. Zrobiłam zalewajkę z rozbełtanych jajek i odrobiny mleka z dodatkiem soli i czarnego pieprzu. Całość wstawiłam do piekarnika na ok. 30 minut przy temperaturze    190 C.

 tarta ze szparagami, szparagi, ciasto francuskie, ser pleśniowy, szynka, obiad, tart with asparagus, Torte mit Spargel, Tarte aux asperges, tarta de espárragos

niedziela, 15 czerwca 2014

Oszukany biszkopt z truskawkami i galaretką

W zeszłym tygodniu pisałam o tortach. Wspomniałam również o cieście które nie wyszło. Chciałam zrobić biszkopt z truskawkami, jednak czas był zdecydowanie przeciwko mnie. Goście mieli przyjść w samo południe, a ja nie miałam fizycznie możliwości przygotować czegokolwiek poprzedniego dnia. Od rana w sobotę biegałam i starałam się nadrobić straty. Początek był nawet obiecujący. Biszkopt wyszedł mi świetny. I udało mi się sprawnie go przygotować w niecałą godzinę. Mój biszkopt jest trochę oszukany.

Do jego przygotowania potrzeba:

2 jajek
15 dag cukru
125 ml ciepłego mleka
1/2 torebki cukru wanilinowego
250g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Jajka ucieram z cukrami, dolewam mleko, przesiewam mąkę z proszkiem do pieczenia. Gotową masę przelewam do foremki wysmarowanej tłuszczem i wysypanej bułka tartą. Potem wystarczy wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180 C na pół godziny.

Południe zbliżało się nieubłaganie, a ja dalej byłam w polu. Szybko przygotowałam galaretkę, oczywiście z 300ml wody, a nie 500ml, żeby była gęstsza. Wstawiłam ją do zamrażalnika, żeby szybciej stężała. Jak wylałam ją na biszkopt, była nadal zbyt płynna i wsiąknęła w ciasto. Przygotowałam drugą, ta z kolej za bardzo stężała. Efekt była taki, że goście jedli biszkopt nasączony galaretką obłożony truskawkami i obsypany kawałkami stężałej galaretki. Przynajmniej żelatyny wyszło dużo.

Tydzień później postanowiłam się poprawić i przygotowałam ciasto, które było zgodne z moją wizją o udanym cieście. Miałam w lodówce pół opakowania ricotty i  pół małego kartonika śmietany 30%. Zmiksowałam je na gładką masę dodałam dwie łyżki soku z cytryny i pół laski wanilii. Postanowiłam się zabezpieczyć i wysmarować biszkopt tłustym kremem, żeby go zaizolować przed zbyt płynną galaretką.  Tym razem byłam czujna i dopilnowała, żeby żelatyna była na wpół ścięta. Udało mi się zrobić wszystko jak należy, efekt można zobaczyć na zdjęciu poniżej.

sponge cake with strawberries and jelly, Biskuitkuchen mit Erdbeeren, gâteau aux fraises,bizcocho con fresas

niedziela, 8 czerwca 2014

Wyjątkowy tort, a właściwie to więcej niż jeden

Ten post jest wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że pod tekstem umieściłam dwa zdjęcia. On jest wyjątkowy dlatego, że dotyczy tortów, wpadek i okoliczności ściśle związanych z urodzinami niejadka. Goście przychodzili w rozstrzeleniu czasowym i nie mogłam zrobić jednego przyjęcie. Byłam zmuszona przygotować trzy. Oczywiście z dużym wyprzedzeniem niejadek określił dokładnie swoje wymagania względem ciast. Miały być truskawki, oreo, m&m's i dużo czekolady. W gruncie rzeczy ucieszyłam się, że słodycze mogę rozśrodkować i zrobić dwa różne torty. Trzeci był trochę oszukany, ale o tym później. Ciasta w dwóch pierwszych przypadkach były takie same. Zrobiłam "brunetkę". Pisałam już kiedyś o niej. Jest łatwa i bardzo czekoladowa. Do jej przygotowania potrzeba:

1 szklankę mąki
1 łyżeczkę proszku do pieczenia
3 łyżeczki gorzkiego kakao
100g masła
1 szklankę cukru pudru
1 paczkę cukru wanilinowego
3 jajka
1/2 szklanki mleka
 szczyptę soli

Kakao z mąką, proszkiem do pieczenia i solą trzeba przesiać. Ciepłe masło z cukrami uciera się na kremową masę, a następnie dodaje do tego po jajku, odrobinie mleka i sypkich składników miksując wszystko.  Potem już tylko wystarczy przelać masę do tortownicy i wstawić do piekarnika rozgrzanego do
180°C na 30 minut.

Planowałam zrobić oba toryt takie same w środku, a inne na zewnątrz. Niestety jak zaczęłam przygotowywać pierwszy, tak bardzo się starałam, że zamiast bitej śmietany wyszedł mi ser. Żeby uratować sytuację zmiksowałam go z truskawkami i tym przełożyłam rozcięte ciasto. Kolejna porcja bitej śmietany już się udała. Wysmarowałam nią więc cały tort, do brzegów przylepiłam ciastka oreo, a na szczycie prócz świeczki znalazły się pachnące latem truskawki.


tort czekoladowy z truskawkami, oreo, m&m


Drugi tort był przełożony według planu bitą śmietaną i drobno pokrojonymi truskawkami. Całość oblałam dwoma tabliczkami mlecznej czekolady, rozpuszczonymi w kąpieli wodnej. Oczywiście dodałam do czekolady trochę mleka, żeby była bardziej płynna. Na koniec spełniłam życzenie jubilata i obsypałam tort 200g m&m'sów. Wyszło super. Nie pomyślałam tylko, że czekolada jest ciężka, i może przylepić się do talerz na którym trwał proces produkcyjny. Na drugi dzień kiedy przekładałam tort na paterę spód się trochę rozpadła, ale udała się to ukryć przed konsumentami. 

Trzeci "tort" był biszkoptem z truskawkami i galaretką. Uznałam, że będzie pasował do przyjęcia na ogrodzie bardziej niż czekoladowo-kremowe torciska. Trochę mi czasu zabrakło, przygotowywałam go w pośpiechu i zaliczyła sromotną porażkę. Smaczny był, ale wygląda koszmarnie. Pod koniec tygodnie przygotuję go jeszcze raz i wtedy napisze o wszystkich wpadkach, jak na jeden post jest ich już za dużo.


tort czekoladowy z truskawkami, oreo, m&m





poniedziałek, 2 czerwca 2014

Mini bomby - faszerowane malutkie cukinki

Buszując w dziale z warzywami, w jednej ze skrzynek zobaczyłam coś, co mogłam określić jednym słowem: słodkie. Tak urzekająco wyglądającego warzywa jeszcze nigdy nie widziałam. Były to małe okrągłe cukinie. Bez zastanowienia wrzuciłam do koszyka pięć i zaczęłam kombinować co z nimi zrobić.Uznałam, że nafaszeruję je mięsem, tak jak z reguły robię z papryką i zapiekę.

Do przygotowania moich małych bomb potrzebowałam:

5 małych okrągłych cukinii
500g mielonej wołowiny
1 średnią cebulę
4 plastry boczku parzonego
2 puszki pomidorów krojonych
garść marynowanych papryczek jalapeño (pokrojonych w plastry)
sól
czarny pieprz

Cukinie umyłam i częściowo obrałam ze skórki. Odcięłam "czapeczki" i wydrążyłam. Boczek pokroiłam na kwadraciki i wrzuciłam na rozgrzaną patelnie bez dodawania tłuszczu. Kiedy się zarumienił dodałam drobno posiekaną cebulę. Wołowinę przełożyłam do miski, posoliłam, popieprzyłam i wymieszałam z podsmażoną cebulą i boczkiem. Wydrążone cukinie wypchałam mięsem. Początkowo chciałam zrobić farsz  z ryżem, ale koniec końców zrezygnowałam z zapychacza. Miałam nadzieję, że znajdę odpowiedniej wielkości naczynie żaroodporne. Niestety nic w odpowiednim rozmiarze nie miałam i musiałam użyć dwóch małych. Ułożyłam faszerowane cukinie i do każdego naczynia wlałam po puszce krojonych pomidorów. Oprószyłam wszystko solą i już miałam wstawiać do piekarnika..., ale wpadł mi do głowy pewien pomysł. Miałam słoik marynowanych papryczek jalapeño i postanowiłam powciskać ich plasterki pomiędzy pomidory. Wsunęłam naczynia z faszerowana cukinią do piekarnika rozgrzanego do 180°C. Po ok. 20 minutach przykryłam je pokrywkami. Po niecałej godzinie obiad był gotowy. Nagle w kuchni pojawiła się mój niejadek popatrzył z zaciekawieniem na cukinie i spytał "Mamo skąd masz te indiańskie miseczki".  Mi kojażyły się raczej z bombami czy granatami, ale chyba byłam w błędzie.


piątek, 30 maja 2014

Marchewka i suszone owoce

Zaczęłam przygotowania do wielkiego pieczenia tortu. Tort sam w sobie nie będzie zbyt duży, ale za to na wyjątkowe zamówienie. Piąte urodziny to ważna data i muszą mieć odpowiednią oprawę, ale o tym niedługo, na razie zrobiłam przegląd szafek w poszukiwaniu wszystkiego co mogłoby się przydać do pieczenia. W jednym z pudełek znalazłam suszona żurawinę i morele. Doszłam do wniosku, że nie ma sensu trzymać ich dłużej i coś  z nimi zrobię. Zbliżała się akurat pora obiadu i zdecydowałam, że będą częścią surówki.

Surówka z marchewki jest jedną z moich ulubionych, kojarzy mi się z domem i dzieciństwem. Pamiętam jak zapychałam sobie nią usta i wysysałam sok. Jak nikt nie patrzy to dalej tak robię. Miałam w domu dwa pęczki młodej marchewki i musiałam to wykorzystać.

Do przygotowania marchewkowej surówki wykorzystałam:

2 pęczki młodej marchewki
garść suszonych owoców
sok z cytryny
1 jabłko

Marchewkę oskrobałam i starłam na małych oczkach z obranym jabłkiem zrobiłam tak samo. Suszone owoce pokroiłam na kawałki i wrzuciłam do miski, wszystko skropiłam sokiem z cytryny. Marchew była słodka, więc nie musiałam dodawać cukru. Surówkę można podawać w dwojaki sposób. Od razu po przygotowaniu, wtedy suszone owoce są jeszcze twarde albo nieco później, kiedy już nawilgną. Mam wrażenie, że udało mi się połączyć zimę i wiosnę w jednej misce, z czego jestem strasznie zadowolona.

 surówka z marchwi, suszone owoce, salad with carrots, dried fruit, Salat mit Karotten, getrocknete Früchte, ensalada con zanahorias, frutos secos, Salade de carottes, fruits secs

wtorek, 27 maja 2014

Uczę się czegoś nowego, makaron...

Makaron jest integralną częścią rosołu - krótkie drobne nitki, które lądują podstępnie na krawatach, albo bluzkach w trakcie oficjalnych obiadów. To moje pierwsze skojarzenie. Drugie to wersja włoska. Spaghetti, czyli makaron z sosem pomidorowym i parmezanem, ewentualnie z sosem mięsnym. Trzecie skojarzenie - mój przyjaciel, który jest absolutnym wielbicielem kuchni włoskiej i w tej kulinarnej kwest wierzę mu bez jakichkolwiek zastrzeżeń.

Ostatnio dostałam zadanie przygotowania obiadu według instrukcji wykrzykiwanych jak komendy pomiędzy pokojem, a kuchnią. Miałam zrobić makaron z tuńczykiem, szalenie prosty przepis na bardzo szybki obiad. Do jego przygotowania (porcja dla dwóch osób) potrzeba:

250 g makaronu
puszkę tuńczyka (może być w sosie własnym lub w oleju)
pęczek natki pietruszki
rosół
1 średnią cebulę
olej

Uparłam się na olej słonecznikowy, nie lubię oliwy z oliwek na ciepło i to była jedyna zmiana na jaką przystał. Ugotowałam makaron, oczywiście musiał być al dente (wiadomo - u nas to niedogotowany), w miedzy czasie drobno posiekałam cebulę, zeszkliłam ją na oleju i wlałam do niej rosół. Cebula musi się poddusić w nim. Jak będzie miękka dodajemy tuńczyka. Potem wystarczy na patelnię wrzucić makaron, dodać posiekaną pietruszkę i obiad gotowy. Mój makaron wyszedł trochę za suchy, dodałam za mało rosołu, następnym razem będzie na pewno lepiej.

makaron, tuńczyk, obiad, pasta with tuna, pâtes au thon, Pasta mit Thunfisch, pasta con atún

poniedziałek, 19 maja 2014

Znowu kombinuję co zrobić z kurczakiem wyjętym z rosołu

Coraz bardziej jestem zaskoczona swoją pomysłowość. Jak tak dalej pójdzie będę mogła stworzyć broszurkę z pomysłami na mięso wyjęte z zupy. Rosół to u mnie ostatnio podstawowe danie. Jakiś pomór padł na dom i wszyscy po kolei zaliczają sztafetę grupowo przeziębieniowo zapaleniową. Całe masy gotowanego mięsa zostają mi z zupy. Wyrzucić nie mogę, zwierząt w domu nie mam, a okoliczne koty i tak są tak tłuste, że można je lać po pyskach najlepszą szynką i tak jeść nie będą chciały.

Poszperałam w lodówce i znalazłam cukinię. Zauważyłam pewną prawidłowość u siebie. Jak idę do warzywniaka, to kupuję wszystko jak leci. Trochę tak bez zastanowienia. Wychodzę z założenia, że "przecież coś z tym zrobię", albo najczęściej mam już jakiś pomysł, którego nie mam czasu zrealizować i zostaję jak w tym przypadku z cukinią w ręku.

Jak gotuję rosół na kurczaku to prawie zawsze obdzieram go ze skóry. W tym przypadku miałam do dyspozycji udko. Oprócz udka zużyłam:

marchewkę z rosołu
kawałek cukini
świeżą pieruszkę
kiełki rzeżuchy
sól
czarny pieprz
wodę

Wszysko włożyłam do naczynia żaroodpornego jak na zdjęciu poniżej, przyprawiłam i podlałam wodą. Od dna jakieś niecały centymetr. Kiedy cukinia nabrała ładnego koloru danie było gotowe. Kurczak wyszedł całkiem soczysty, a bałam się, że go ususzę.

kurczak, udko z kurczaka, obiad, cukinia, warzywa z mięsem, Caldo de pollo con verduras, Bouillon de poulet avec des légumes, Chicken broth with vegetables, Huhn mit Gemüse


czwartek, 15 maja 2014

Fasola w pomidorach, czyli co ciekawego miałam w lodówce

Od pewnego czasu chodziła za mną fasola - taki piękny jasiek. Początkowo myślałam o jakiejś zupie, ale jak zrobiłam remanent w lodówce okazało się, że będzie eintopf. Miałam zamrożone kabanosy, puszkę pomidorów i jakąś ostrą papryczkę. Ze śniadania zostawiłam kawałki pomidorów z łykowatymi częściami. 

Fasolę oczywiście namoczyłam wieczorem w dniu poprzedzającym gotowanie.  Można użyć takiej z puszki, ale według mnie ma ona mniej uroku. Łudziłam się również, że cały ten proces z pęczniejącym jaśkiem skłoni mojego niejadka d o spróbowania, jednak jak zwykle skończyło się tylko na nadziei. Do przygotowania mojego eintopfu zużyłam:

1/2 paczki pięknego jaśka
3 duże kabanosy wieprzowe
1 puszkę pomidorów krojonych
1 ostrą papryczkę
łyżkę oleju
sól
czarny pieprz

Najpierw ugotowałam fasolę, tak na półtwardo. Odcedziłam ją i wrzuciłam do większego garnka.  W międzyczasie usmażyłam na łyżce oleju kabanosy pokrojone w plasterki. Do fasoli wlałam niecałą szklankę wody, dorzuciłam pomidory i całą papryczkę, którą ponacinałam. Ze śniadania zostały mi pomidory, które wrzuciłam do garnka w całości. Świeże mają zupełnie inny smak niż te z puszki, dzięki czemu potrawa się ożywiła. Dodałam kabanosy i gotowałam na małym ogniu przez jakiś czas. Puszkowe pomidory się rozgotowały i sos zrobił się aksamitny. Przed podaniem posypywałam jeszcze świeżą, siekaną natką pietruszki. 

eintopf, fasola, obiad, pomidory, sos pomidorowy, un repas de pot de haricots, ein Topf-Mahlzeit aus Bohnen, one pot meal of beans, una comida de olla de los frijoles

czwartek, 8 maja 2014

Tortilla! Jak zrobić idealne placki

Kilka razy zabierałam się za robienie tortilli. Łatwiej jest oczywiście wyskoczyć do sklepu i kupić paczkę gotowych, tylko co to za satysfakcja. Próby zrobienia ich z mąki kukurydzianej były tragiczne. Wszelkie inne próby pozostawię lepiej bez komentarza. Zachowałam się wreszcie jak na prawdziwego mężczyznę przystało i postanowiłam poszukać rady kogoś mądrzejszego. Doczytałam, że to co chcę zrobić to tortille meksykańskie. Wklepałam więc w wujka google hasło po hiszpańsku i znalazłam przepis. Z doświadczenia wiem jednak, że sposób przygotowania ciasta ma duże znaczenie. Wklepałam w przeglądarkę ponownie to samo, tyle że tym razem szukałam filmiku. Włączyłam pierwszy z listy. Wprawiona w robieniu tortilli kobieta w okolicach pięćdziesiątki przygotowywała leniwie placki, opowiadając o tym co robi. Nie zrozumiałam zbyt wiele, za to jak ja się napatrzyłam! Uznałam, że szkolenie skończone.

Z przepisu wynikała, że potrzeba:
500g mąki
250ml ciepłej wody
125ml oleju
1 łyżeczkę soli

Wszystkie składniki powoli wymieszałam dłonią, a kiedy miały już zwartą konsystencję, zaczęłam wyrabiać ciasto. Ugniatałam je na blacie, podobnie jak robię to z pizzą. Dłuższą chwilę  zajęło mi uzyskanie gładkiej elastycznej kulki ciasta. Podzieliłam ją na osiem równych części i zabrałam się za rozwałkowywanie. Na filmiku, "pani od tortilli" mówiła, że ciasto należy rozwałkować od siebie i do siebie, a następnie odwrócić i wałkować znowu tylko dwa razy. Zastosowałam się. Placki były cienkie jak pergamin i elastyczne (to w dużej mierze zasługa oleju). W między czasie rozgrzałam piekarnik z kamieniem. Postanowiłam, że tak będę je piekła. Można je też rzucać na suchą gorącą patelnie. Tortille kładłam na kamień i obracałam  jak widziałam, że ciasto się ścięło. Obracała je tylko raz i wyciągałam. Jak za długo leżały w piekarniku robiły się kruche jak maca. Cieszyłam się jak głupia, że wyszły mi takie giętkie i cały czas je zwijałam. Z tej radości i skakania po kuchni cała się rozczochrałam i wyglądałam strasznie komicznie.Za to tortille prezentowały się bajecznie.

 tortilla